| Średnia ocena użytkownika |
(0 głos) |
|
| Opinie |
10326  |
|
|
|
Sytuacja turysty zastanawiającego się nad kierunkiem najbliższej podróży jako żywo przypomina dylemat sympatycznego czworonoga z bajki Fredry, pt. „Osiołkowi w żłoby dano”.
Dzięki szczęśliwym czasom, w których przyszło nam żyć, większości z nas towarzyszą w tym wyborze jedynie dwa smutne ograniczenia: zapisy kodeksu pracy oraz limit środków w rachunku karty kredytowej. Z tym pierwszym sprawa jest dość trudna – nie sposób poradzić sobie z krzywdzącymi przepisami, które ciężką całoroczną harówkę nagradzają w najlepszym wypadku jedynie 26 dniami płatnego urlopu.
Dużo lepiej wygląda kwestia kasiorki (czytaj: sytuacji finansowej przeciętnego gospodarstwa domowego). Nie tylko dlatego, że jak trąbią media, wiedzie nam się coraz lepiej i każdemu z nas należy się podwyżka. Jeśli wierzyć artykułom, chodzi jedynie o wybór, czy zadowala nas 100, czy 300% sianka (czytaj: miesięcznego dochodu brutto) więcej, a jak nie to bez łaski – wszędzie czają się setki pracodawców gotowych nas przyjąć za ciężkie tysiące…
Nawet jeśli tak wspaniale nie jest to, dzięki recesji i żałosnemu kursowi do niedawna najsilniejszej waluty świata ($$$), ceny wszystkiego co związane jest z podróżowaniem spadły. Czasem tak bardzo, że taniej niż w polskie góry, dolecimy na inne kontynenty… Oczywiście zawsze mogłoby być lepiej, ale i teraz – mając do dyspozycji zaoszczędzone dwa lub więcej tysięcy złociszy, naprawdę można przebierać w ofertach. Nadmiar kierunków, miejsc, terminów, gwiazdek hoteli i przeróżnych atrakcji zawrócić może w głowie…
Co gorsza pojawia się jednak kolejne kryterium wyboru – jechać niedaleko miejsca, gdzie ostatnio było tak wspaniale – do tego samego kraju, czy regionu Polski lub Europy, czy tez wybrać coś zupełnie odmiennego, innego, przeciwnego i nieznanego? Zwiedzić wszystko, co jest do zwiedzenia w zachwycającym nas kraju, czy pobieżnie rzucić okiem na różne miejsca, klimaty, kultury i ludzi? Prawda, że życie jest często zbyt krótkie by poznać swoje miasto i okolice, nie mówiąc o regionie, kraju, czy kontynencie. Ale czy to oznacza, że nie należy próbować i „gonić króliczka”? Może lepiej zostać w domu i spędzić urlop z browarem przed ekranem nowego telewizora o jeszcze większej przekątnej niż poprzedni?
To już zależy tylko od nas samych i nikt nikogo do niczego przekonywał nie będzie :) A podobają się Wam zdjęcia Norwegii w portalu (tutaj: http://www.norwegofil.pl/Fotografie/). Piękne prawda? Ale co do zasady, nawet najpiękniejsze zdjęcia przedstawiają żałośnie mały wycinek rzeczywistości, która otacza fotografa. Nie przekazują dźwięków, zapachów, ruchu – nie przekazują pełni życia… Telewizor, czy fiordy? Wybierzcie sami…
Krzysztof Motylski
{mospagebreak heading=Najnowszy odcinek&title=Odcinki od 1 do 20}
Odcinek pierwszy
Dlaczego warto odwiedzić Norwegię? Bo życie jest przerażająco krótkie, a są takie miejsca na Ziemi, które trzeba zobaczyć :) Norweskie fiordy wydawały się właśnie jednym z takich miejsc. Kraina ta, w naszych wyobrażeniach, łączyć miała upodobania mojej dopiero co poślubionej małżonki do morza, z moimi - do gór.
Decyzja zapadła więc szybko, a wybór konkretnego regionu Norwegii padł na Bergen, na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Nie dość, że tam właśnie docierał samolot z Polski, to jeszcze blisko stąd było w sam środek fiordów.
Samolot tanich linii lotniczych z Warszawy do Bergen osiadł na pasie norweskiego lotniska z gracją i lekkością sporego hipopotama. ?Tanie? w przypadku linii lotniczych nie jest podobno równoznaczne z ?mniej bezpieczne?, ale komfort podróży niewiele odbiegał od tego oferowanego przez polskie tramwaje. Główną tego przyczyną były odległości między fotelami sprawiające, że pasażerowie co bardziej słusznego wzrostu, próbujący zmieścić swe kończyny w przeznaczonym dla nich obszarze, dokonywali akrobacji właściwych niegdyś dla słuchaczy szkoły cyrkowej w Julinku pod Warszawą.
Polacy do maluchów w większości nie należą, podobnie zresztą jak i Norwegowie. Złośliwością jakowąś i perfidią jest więc dopuszczenie do lotów na trasach łączących te kraje maszyn, których gabaryty nadają się bardziej do obsługi połączeń między dwiema wioskami Smerfów. Inna sprawa, że Boeing 737, którym frunęliśmy, jest pewnie najpopularniejszym na świecie i świetnie sprawdzającym się samolotem. Chodziło więc nie tyle o sam samolot, co o rozsądne określenie dopuszczalnej liczby jego pasażerów, a w związku z tym foteli i przestrzeni między nimi. Jeśli chodzi o ten, to projektant jego wnętrz najwyraźniej czerpał natchnienie z nigdy niedoścignionego wzoru ergonomii i racjonalnego wykorzystania przestrzeni - polskiego Fiata 126 p.
Dość jednak smutów, bo czymże jest krótkotrwała niewygoda w porównaniu z rozpoczynającą się właśnie wspaniałą podróżą i przygrzewającym na lotnisku w Bergen słońcem, które zdawało się chwilowo przeczyć wyczytanym informacjom o pochmurnej i deszczowej pogodzie nękającej zachodnie regiony Norwegii przez większość roku. Z uwagi na ukształtowanie terenu i bliskość ogromnej masy wody Morza Północnego (czyli części Oceanu Atlantyckiego), zachód Norwegii i samo Bergen nawiedzane są przez stada chmur przynoszących deszcze. A że stada te nie są w stanie przedostać się ponad łańcuchami gór ciągnącymi się wzdłuż zachodniego wybrzeża, to i zrzucają swój niezbyt przyjemny ładunek wprost na głowy mieszkańców Bergen. Ci zresztą nie wykazują żadnych oznak zmartwienia tym, że przez ponad 250 dni pada tam deszcz, a roczna suma opadów sięga czasem 3 metrów wody na metr kwadratowy...
Solidne buty, a często po prostu wzorzyste kaloszki we wszystkich kolorach tęczy, kurtka przeciwdeszczowa i parasol to codzienny zestaw wyjściowy mieszkańców regionu. Turyści odwiedzający ten rejon powinni więc dobrze przemyśleć pomysł noclegów w namiotach (szczególnie tych za 50 zł, zakupionych podczas promocji w supermarketach). Trzeba jednak pamiętać, że nawet bardzo deszczowa pogoda może się zmienić już po przejechaniu kilkunastu kilometrów - jeśli nie w słoneczną, to przynajmniej w zaledwie pochmurną. A promienie słońca przeświecające przez chmury, które cieniem kładą się na granitowych zboczach zrobią wrażenie nawet na najbardziej przemoczonym, zmarzniętym i zobojętniałym turyście :)
Odcinek drugi
Wylądowaliśmy więc w Norwegii - krainie ropy naftowej, fiordów, łososia i trolli. Co byśmy o niej wiedzieli, gdyby nie lektura przewodników, map i stron internetowych przed podróżą? Pewnie bardzo niewiele, bo Norwegia nie pojawia się raczej w polskich mediach.
Zgodnie z najlepszą zasadą brukowców, że ?bad news is good news & good news is no news?, nasi dziennikarze uważają zapewne, że nie ma tu o czym pisać. Na zaledwie małą wzmiankę zasłużyła zuchwała i szokująca Norwegów kradzież obrazów Edvarda Muncha z muzeum w Oslo, w 2004 r. Tymczasem żadnych wojen, kryzysów, blokad dróg, napadów na banki, skandali w rodzinie królewskiej (tak, tak, Norwegia jest monarchią - król Harald i królowa Sonja obchodzili w tym roku 70 urodziny). Bo i po co się awanturować i o co walczyć, żyjąc w jednym z najbogatszych krajów na świecie, który od lat zajmuje czołowe miejsca w rankingu państw pod względem warunków życia mieszkańców. Przy okazji, warto jednak pamiętać, że bogactwo to wynika nie tyle z ciężkiej pracy, czy geniuszu Norwegów, co z hojności przyrody, której kraj ten zawdzięcza nie tylko łososie, renifery, fiordy i Przylądek Północny, ale także ogromne złoża ropy naftowej pod dnem dwóch mórz: Północnego i Norweskiego.
Ale ad rem, jak mówią Norwegowie :) Lotnisko w Bergen, bo tu właśnie przylecieliśmy z Warszawy, należy do tzw. silent airports. Oznacza to mniej więcej tyle, że z głośników nie rozlega się co chwilę znane z naszych dworców kolejowych ?ding-dong?, nikt nie zapowiada przylotów, odlotów i opóźnień samolotów, za to wszystko wypisane jest dokładnie na monitorkach. I wydaje się to sprawdzać, oczywiście przy założeniu, że przeciętny pasażer potrafi odczytać nazwy miast pisane alfabetem łacińskim, zna cyfry arabskie w przedziale od 1 do 100, i do tego wszystkiego jeszcze umie odczytywać godzinę na zegarze (na szczęście elektronicznym). Lotnisko jest na tyle małe i kameralne, że nie sposób się zgubić, zresztą można przecież spytać, bo niemal każdy Norweg płynnie mówi po angielsku. Tymczasem jednak o nic nie pytamy i mkniemy czyściutkim, błyszczącym, internetowo pożyczonym autkiem wprost na pobliski camping, gdzie internetowo zarezerwowaliśmy wcześniej noclegi. Potęga Internetu w połączeniu z niezliczonymi sposobnościami wykorzystania karty kredytowej stawiają współczesnego homo sapiens przed bezmiarem opcji dostępnych podczas planowania każdej podróży. Bezmiar ów ograniczony jest co prawda niestety tak przyziemnymi i bezsprzecznie przykrymi wadami kart kredytowych, jak dostępny ?limit środków? oraz konieczność spłaty zadłużenia, ale zostawmy to tymczasem (a przynajmniej do momentu otrzymania pierwszego wyciągu z rachunku)
?Mkniemy na camping? okazało się bardziej wyrazem woli niż faktem, bo ta ochocza fraza nieszczególnie pokrywa się z praktyką. Zaledwie po paru kilometrach od lotniska stanęliśmy w korku... Korek w Norwegii?! Jak to możliwe w kraju o powierzchni większej niż Polska, zamieszkanym przez dziewięciokrotnie mniej ludzi... O ile w Polsce gęstość zaludnienia przekracza 120 osób na km2, to w Norwegii ledwo sięga 14 osób... Zakładając, że każda z nich oszalałaby z nadmiaru luksusu do tego stopnia, że miałaby nawet i dwa samochody, to statystyczne prawdopodobieństwo korka na tak olbrzymim terenie jest bliskie zeru... Ale tak już pewnie jest ze statystyką - nie powinienem trafić trzech wylosowanych cyfr w Lotto i nie powinienem stać w norweskim korku. A ?trójkę? miałem i w korku stoję... Bergen z liczbą 230 tys. mieszkańców to, drugie po Oslo, największe miasto w Norwegii, więc jeśli gdziekolwiek w tej pięknej krainie można spotkać setki ludzi i dziesiątki samochodów, to właśnie tutaj. Okazało się zresztą, że był to pierwszy i jedyny zarazem korek podczas całej podróży. Cóż jednak znaczy drogowy korek wobec piękna okolicznych pejzaży i uroku siedzącej obok małżonki... Najdłuższy nawet korek kiedyś się skończy (poza tym na Zakopiance), a piękno norweskich widoków i urok małżonki (przynajmniej mojej) przetrwają.
A już za tydzień o tym gdzie występują i jak wyglądają dzikie fiordy oraz czy można je oswoić?
Odcinek trzeci
Ukształtowanie terenu i położenie geograficzne Norwegii to główny (żeby nie powiedzieć jedyny), ale zarazem zupełnie wystarczający powód, by odwiedzić ten kraj. To jednak, co zachwyca turystów, dla mieszkańców wydaje się być ciągłym wyzwaniem.
Jak żyć w rejonach niemal pozbawionym słońca (na zachodzie) lub przeciwnie - gdy słońce nie zachodzi tygodniami (na północy). Jak nie oszaleć, gdy do najbliższego sąsiada masz kilkanaście kilometrów (poza nielicznymi miastami). Nic dziwnego, że wielu Norwegów cierpi na depresję. Jak wybudować miasta, drogi, linie kolejowe, lotniska i całą niezbędną każdemu krajowi infrastrukturę w takich okolicznościach przyrody? Gdy wszędzie gdzie wbijesz łopatę trafiasz na paskudnie twarde granitowe skały tworzące góry, doliny i wąwozy. Co kilka kilometrów rzeki, wodospady, jeziora i strumienie. Dodając do tego jeszcze wodę niemal nieprzerwanie lejącą się z nieba (przynajmniej w zachodniej Norwegii) widzimy, z czym zmierzyć musza się norwescy budowniczy. Miejsca pod miasta, drogi i budynki wydają się być wyrwane przyrodzie. By w ogóle można jeździć tu samochodem, w skałach wykuto kilkaset tuneli i zorganizowano gęstą sieć połączeń promowych.
Matka Natura w dość ładny sposób wynagrodziła Norwegom wszelkie niedogodności. Po pierwsze dała im wielkie złoża ropy naftowej i gazu ziemnego, eksplorowane m.in. przez norweski państwowy koncern naftowy Statoil. Po drugie, i z punktu widzenia turysty dużo ważniejsze od najlepszej nawet nafty, dała Norwegii fiordy. Fiordy to tysiące mniejszych lub większych wąwozów, wypełnionych morską wodą, ciągnących się dziesiątkami i setkami kilometrów, wdzierając się w głąb lądu zachodniego wybrzeża kraju. Właśnie dzięki nim Norwegia ma imponującą długość linii brzegowej sięgającą 25 tys. kilometrów (więcej niż Stany Zjednoczone i porównywalnie z Australią).
Fiordy są tu niemal wszędzie. Otaczają cię i dotykają, cieszą i straszą, uciekają przed maską samochodu, i gonią w lusterku, są nieodłącznym towarzyszem podróży, bo wiele dróg wije się tuż nad ich brzegami. Są na horyzoncie i tuż obok. Najbardziej zbliżysz się do nich płynąc statkiem, gdy po obu burtach ciągną się pasma skał. Różne są fiordy - czasem przyjazne i oswojone, jedzące ci z ręki, o łagodnych zboczach porośniętych soczystą trawą, drzewami owocowymi i lasami, z domkami na brzegach. Gdzie indziej niedostępne, dzikie i atakujące, z pionowymi, nagimi skałami, kończącymi się śniegowymi czapami we mgle i chmurach. Tak zbocza, jak i skały znaczone są co chwila białymi wstęgami mniejszych i większych wodospadów - ich strumienie wpadają wprost do wody, często z wysokości kilkudziesięciu i więcej metrów. Mimo, że wypełniająca fiordy woda pochodzi wprost z oceanu, to ich tafle przypominają raczej jeziora - są gładkie, a w zależności od pogody przybierają przeróżne barwy - od jasnozielonej, przez turkusową, niebieską, granatową, do czarnej.
Dotykasz ich, zanurzając ręce w zimnej toni, czujesz je, wdychając ostre chłodne górsko-morskie powietrze i słyszysz jak szumią - to wodospady i woda odbijająca się od skał i burt statku. Spokój gładkiej tafli jeziora łączy się z grozą nagich, ośnieżonych skał. To wielkie przestrzenie, gdy przelatujesz nad nimi samolotem i czasem klaustrofobiczna ciasnota, gdy płyniesz tam statkiem, ?przeciskającym się? między skałami. Przyjazne w nieliczne słoneczne dni i groźne wieczorami, czy podczas burzy. Jedno jest pewne - zawsze zachwycą cię swoją potęgą, innością i niesamowitością. Takie właśnie są fiordy... Ale tak jak koncert słuchany przez radio jest tylko żałosną namiastką tego, co dzieje się tuż przed sceną, tak najlepsze nawet zdjęcia i opisy nie są w stanie pokazać bajkowej rzeczywistości fiordów... Naprawdę warto się tu znaleźć...
A już za tydzień: Norwegia - kraj drogi, lecz dobre drogi :)
Odcinek czwarty
Stare porzekadło głosi, że każda rzecz warta jest tyle, ile ktoś chce za nią zapłacić. Niezbyt odkrywcze będzie też stwierdzenie, że im bogatsze społeczeństwo, tym więcej jest w stanie zapłacić za towary i usługi. A że społeczeństwo norweskie, ze średnią zarobków sięgającą 28 tys. koron norweskich (1 NOK = 0,46 PLN) do biednych raczej nie należy, toteż i, ku rozpaczy turystów, ceny są tu najwyższe w Europie.
Szybko okazuje się jednak, że przeliczanie cen z koron na złote, porównywanie cen norweskich z polskimi i narzekanie na drożyznę nie ma żadnego sensu. Przyjmując taką logikę należałoby bowiem przestać cokolwiek kupować, żyć jedynie miłością, ewentualnie pić krystalicznie czystą wodę z tutejszych wodospadów, żywić się sosnową korą i kamykami, których tu dostatek (?bogactwo minerałów? zapewnione:). Tak też można, pytanie tylko jak długo i jak przyjemnie? A Polak przecież nie krowa - mięcho wtrząchnąć musi, i nie wielbłąd - piwko chlapnąć trza musowo (20 - 40 NOK).
Z polskiego punktu widzenia, spotkamy się w kwestii norweskich cen z wieloma paradoksami. Choćby z takim, że litr benzyny (ok. 12 NOK) tańszy jest nie tylko od bochenka chleba (15 - 20 NOK), ale i od małego, choć pysznego ciasteczka cynamonowego (mmmiodzio, ale 20 NOK), a nawet od litra wody mineralnej (sic!). To jeszcze nic, bo okazuje się, że ten sam litr benzyny jest dwukrotnie tańszy od jednorazowego biletu autobusowego (w Bergen - 23 NOK). W takich okolicznościach przyrody krótka przejażdżka miejskim autobusem należy najwyraźniej do luksusów, bo za koszt biletu można samochodem o średnim spalaniu przejechać ponad 20 kilometrów. Generalnie norweskie ceny (poza benzyną) trzy lub czterokrotnie przewyższają ceny polskie, choć w niektórych wypadkach różnica sięgać może i 500%, vide wspomniany wyżej chleb. Wbrew pozorom owoce morza, które występują tu w wielkiej obfitości, również swoje kosztują, a cena małej konserwy rybnej sięgać może i 20-30 NOK.
Norwegowie dobrze zarabiają, ale płacą także wysokie podatki, których wysokość - zależna od zarobków, wynosi średnio 30% - 50% dochodów. Płacą i wymagają, a w zamian otrzymują bezpieczne i dobre drogi, poczucie bezpieczeństwa i w miarę stabilny rząd, który dba o przyszłość obywateli. Jedną z jego decyzji było założenie w 1990 r. tzw. Funduszu Przyszłych Pokoleń, w którym gromadzone są ogromne zyski uzyskiwane przez Norwegię z eksportu ropy naftowej. Fundusz ten, unikalny w skali światowej, ma na celu z jednej strony uchronienie pieniędzy przed szybkim ich wykorzystaniem na bieżące potrzeby, a z drugiej stanowi zabezpieczenie przyszłości Norwegów w sytuacji, gdyby ?czarne złoto? uległo wyczerpaniu lub gdyby światowa gospodarka znalazła inne źródło energii. A że ryzyko realizacji tak jednego, jak i drugiego scenariusza na dzisiaj właściwie nie istnieje, toteż i do Funduszu jeszcze przez długie lata wpływały będą miliardy dolarów. Dzisiaj na koncie Funduszu znajduje się prawie 200 mld dolarów, a ropa naftowa na światowych rynkach osiąga najwyższe ceny w historii. A ropy pod Morzem Norweskim i Morzem Północnym jest tyle, że ho ho. A może i jeszcze więcej. Samo tylko złoże, którego odkrycie w 1969 r. zapoczątkowało złotą erę Norwegii okazało się tak ogromne, że eksploatowane jest do dzisiaj. Może warto wziąć łopatkę, wiaderko i spróbować pokopać troszkę w najbliższej okolicy? A nuż wytryśnie stamtąd roponośne źródełko.
A już za tydzień: o zapowiadanych wcześniej norweskich drogach, które nie zmieściły się w dzisiejszym odcinku :)
Odcinek piąty
Dzisiaj będzie o drogach, bo niezależnie od sposobu dotarcia do Norwegii i środka transportu, jakim będziemy się po niej poruszać, to dróg nie unikniemy. Specyfika norweskich dróg polega przede wszystkim na tym, że o ich przebiegu decyduje nie tyle człowiek, co przyroda.
Miejsca pod budowę drogi wydają się być często niemal wyrwane naturze i dlatego jezdnia ograniczona jest z jednej strony skałami, z drugiej wodą lub urwiskiem. Czasem jest wręcz tak wąsko, że co ileś metrów przewidziane zostało miejsce na tzw. mijankę, by któryś z jadących naprzeciw siebie kierowców mógł się wycofać. Nie pojeździmy tu więc szczególnie szybko, ale na brak adrenaliny narzekać nie można. Widok wyłaniającej się zza zakrętu jadącej prosto na nas ogromnej ciężarówki albo autobusu podnosi ciśnienie skuteczniej niż wszelkiego rodzaju energetyzująco-landrynkowe świństwa.
Drogi prowadzą wzdłuż brzegów fiordów, choć gęsta sieć połączeń promowych gwarantuje również możliwość przeprawienia się z jednego brzegu na drugi, bez konieczności okrążania fiordu, co mogłoby oznaczać konieczność przejechania dodatkowych dziesiątek albo i setek kilometrów. Inna sprawa, że dla turystów nie jest to żadna strata czasu, bo właśnie po te widoki przecież tam jeździmy :) Podobnie z promami - o ile dla Norwegów pozostają zwykłą, codzienną formą transportu, to dla turystów jest to okazja zobaczenia fiordów z samego ich środka.
W przeciwieństwie do większości innych krajów Europy nie ma sensu liczenie odległości w linii prostej. Cóż bowiem z tego, że w linii prostej dwa miejsca położone są pięć kilometrów od siebie, jeśli leżą one np. na przeciwległych brzegach fiordu i objeżdżając go możemy zrobić 30 albo i 50 km. Oczywiście bez przesady - poza wąskimi serpentynami pełnymi podjazdów i zakrętów, w Norwegii są też odcinki (płatnych) szerokich i prostych autostrad. Nawierzchnia dróg, nawet tych wąskich, jest tak gładka, że aż nudna. Najwyraźniej materiały używane przez norweskich inżynierów są zupełnie nieplastyczne, a przez to nieprzystosowane do twórczej obróbki. Panowie, trochę fantazji!
Spójrzcie na nawierzchnię dróg polskich - polscy drogowcy we współpracy z kierowcami przekształcili nasze drogi w arcydzieła, których nie powstydziłby się żaden artysta-abstrakcjonista. Tysiące kilometrów polskich dróg układa się w jakże szaloną i odważną, a przy tym bliską sercom milionów mieszkańców instalację przestrzenną, pt. ?Wielka koleina - z Rzeszowa do Szczecina?, choć w niektórych kręgach znana jest też jako: ?Porażka drogowa - z Suwałk do Krakowa?. Poza tym, jak wskazują wieloletnie badania polskich geniuszy drogownictwa, nie ma lepszego sposobu na ograniczenie prędkości maksymalnej, jak dziury, koleiny, błoto i kałuże. Uczcie się Norwegowie!
Inna sprawa, że bezpieczeństwo na norweskich drogach, zachowanie kierowców i przestrzeganie przez nich przepisów drogowych jest wzorowe. Prędkość maksymalna sięgająca 50 km/h w terenie zabudowanym i 80 km/h poza nim wydaje się być świętością. Za przyczynę takiego stanu rzeczy, przynajmniej w niektórych artykułach i przewodnikach, podaje się bardzo wysokie mandaty za łamanie przepisów. Cóż to jednak za powód, jeśli policja jest niemal niezauważalna, a o fotoradarach znaki informują kilkaset metrów wcześniej... Jeśli każdy kto stoi przed przejściem dla pieszych może z całą pewnością liczyć na to, że przepuści go kierowca pierwszego nadjeżdżającego samochodu, to przyczyn takiego zjawiska należy chyba szukać nieco głębiej niż tylko w mandatach...
W kontekście takich ograniczeń prędkości dziwić może fakt, że markami większości mijających nas samochodów były Volvo, Audi i Mercedesy. Na cóż komu samochód z maksymalną prędkością zablokowaną elektronicznie na poziomie 250 km/h, jeśli jego posiadacz pojedzie 80, a w dzikich porywach i chwilach zapomnienia najwyżej 100 km/h. Szybko okazało się jednak, że w zakupach takich samochodów jest jednak ukryty sens i bynajmniej nie chodzi tu o szpan, czy podrywanie jasnowłosych Norweżek. Po prostu drogi prowadzące do norweskich domów i garaży mają z braku miejsca tak niewyobrażalną stromiznę, że bez nowego Volvo i potężnego silnika pod maską nie ma najmniejszych szans na wjazd ... Chodzi więc nie tyle o prędkość maksymalną, którą niezdrowo podniecają się nasi dżentelmeni w dresach, co o rzeczywiście wykorzystywaną moc pojazdu.
Stałymi elementy norweskiej sieci drogowej są ronda, tunele i promy. Niemal każde skrzyżowanie ma formę ronda, które faktycznie do minimum ograniczają możliwość kolizji. Wyrąbywane pracowicie w granitowych skałach tunele są natomiast niezbędne, by sprawnie poruszać się w tej górzystej krainie. Tunele norweskie różnią się jednak od swoich polskich odpowiedników. Przeważnie są dobrze oświetlone i oznakowane, z zatoczkami postojowymi, telefonami alarmowymi i gaśnicami co kilkaset metrów. Równie dobrze mogą mieć długość kilkuset metrów, co kilku i kilkunastu kilometrów. Najdłuższy w Norwegii i jednocześnie najdłuższy na świecie tunel drogowy ma długość ponad 24 kilometrów. Nam do szczęścia w zupełności wystarczył już blisko 12-kilometrowy, za to z dwoma pasami ruchu w każdą stronę, spiralnie wijącymi się wewnątrz góry, z wjazdem na wysokości 3 m n.p.m. i wyjazdem na wysokości 400 m.
Wrażenie niesamowite, pogłębiane jeszcze przez ból rąk utrzymujących kierownicę w ciągłym skręcie w lewo, bijące po oczach światła samochodów nadjeżdżających z przeciwka i bliskość ścian... Polskiemu kierowcy wydać się mogą nieco zbyt wąskie, a grozy dodają im grubo ciosane granitowe skały kładące się cieniami w świetle żółtych jarzeniówek... A także pędzące z naprzeciwka wielkie ciężarówki i autobusy, których kierowcy nie zważają na to, że od lusterka do granitu jest najwyżej kilkanaście centymetrów... Po takich wrażeniach mniej straszne nam już ciemne polskie uliczki, przejścia podziemne i klatki schodowe. No tak, tyle że w norweskim tunelu nikt chyba nie doświadczył takich atrakcji jak oberwanie po głowie, kradzież portfela, czy komórki. Cóż - cudze chwalicie, a swoich atrakcji nie znacie :)
A już za tydzień jak nałapać prądu za friko, czyli o norweskich wodospadach.
Odcinek szósty
Podróżując po Norwegii nie sposób ich przegapić. Są wszechobecne i wieczne jak fiordy. Były na długo przed człowiekiem i będą pewnie długo po nim. Niektóre - te większe, mają swoje nazwy i prowadzą do nich specjalnie oznakowane drogi. Tysiące innych, nie mniej urokliwych, mijasz codziennie jadąc norweskimi drogami.
Bo tak to już z nimi jest - zatrzymujesz się przy kilku pierwszych, które spotkasz na początku podróży, trzaskasz fotki pod każdym możliwym kątem (mimo, że nie jesteś przecież Japończykiem :) Potem zatrzymujesz się tylko przy tych większych, wreszcie powszednieją ci, bo jest ich tyle, że najbardziej pojemne karty pamięci w aparatach nie pomieściłyby zdjęć ich wszystkich, nie wspominając już o tym, że najbardziej cierpliwa nawet ciocia nie byłaby w stanie wytrzymać pokazu 3 tys. slajdów z samymi wodospadami.
Opady deszczu zalewające zachodnią Norwegię nie tylko nadają tutejszej przyrodzie niezwykłej soczystości i zieloności w dziesiątkach odcieni. Sprawiają również, że wodospady - bo o nich mowa, występują tu we wszelkich możliwych miejscach i formach. Mogą być to białe wodne sznury wijące się po skałach i znikające w lasach na zboczach w oddali lub wstęgi wpadające z rozbryzgiem wprost w toń fiordów. Albo też ogromne kaskady wody, której masa powoduje ogłuszający huk, wiatr, obłoki mgły i ścianę pary wodnej.
Wszystko to niemal na wyciągnięcie ręki, choć podejście bliżej powoduje, że w przeciągu kilku sekund wilgoć przenika cię na wskroś. I o to właśnie przecież chodzi - o dotykanie przyrody, czucie jej wszystkimi zmysłami. Jeśli jeszcze zdarzy się tak, że będziecie tu sami (o co akurat, szczególnie w przypadku mniej znanych norweskich wodospadów, niezbyt trudno), to macie okazję w pełni doznać potęgi, siły, majestatu i piękna Matki Natury. A gdy w dodatku promienie słońca, przedzierając się przez chmury, spowodują powstanie nad wodnym tumanem chwilowej tęczy, nic już nie uchroni was przed rozpłynięciem się w zachwycie i dołączeniem do wodospadowych drobin wody pędzących w dół po skałach :)
Efektem potęgi norweskich wodospadów jest nie tylko błogi wyraz twarzy turystów podziwiających te cuda przyrody, z zadumą nad wiecznością natury i przemijaniem kruchego żywota ludzkiego (hm, być może nieco przesadziłem z patosem - pardon :). Ma on także wymiar dużo bardziej przyziemny, objawiający się świecącymi żarówkami i prądem w gniazdkach norweskich domów oraz szelestem banknotów w norweskich kieszeniach. Woda niesie ze sobą bowiem potężną moc - aż 99,6 proc. energii elektrycznej produkowanej w Norwegii pochodzi z elektrowni wodnych, a przeliczając tę produkcję na jednego mieszkańca okazuje się, że Norwegowie są najlepsi na świecie. Nie trzeba już wspominać, że przy produkcji takiego prądu jest czyściutko i milutko jak w łóżeczku niemowlęcia. Żadnych tam dymów, smogów i innych paskudztw towarzyszących produkcji prądu z węgla. Takie źródło energii jest oczywiście odnawialne, czyli niewyczerpywalne. Nic nie wskazuje przecież na to, żeby woda przestała płynąć. Wodospady - nie dość, że piękne i wieczne, to jeszcze pożyteczne (rym zamierzony i nieprzypadkowy :)
Już za tydzień o trzech z setek wodospadów zachodniej Norwegii - różnych, i dlatego wartych zobaczenia.
Odcinek siódmy
Dzisiaj o trzech z setek norweskich wodospadów, stanowiących - obok fiordów, ropy naftowej, trolli i łososi, znak rozpoznawczy Norwegii.
Tak strony internetowe, jak i przewodniki pełne są miejsc określanych jako najsłynniejsze. Tymczasem, do wszystkiego co uważane jest, przez nie za bardzo wiadomo kogo (społeczeństwo?), za ?najpiękniejsze?, ?najsłynniejsze?, ?najciekawsze?, ?najlepsze?, ?kultowe?, ?trendy?, ?jazzy?, ?si? i ?cool? trzeba podchodzić z wielką ostrożnością, bo czasem można srodze się rozczarować. Wybory społeczeństwa są bowiem często, eufemistycznie rzecz ujmując, żałosne i głupawe, czego sztandarowymi przykładami są zjawiska typu Paris Hilton i jej polska odpowiedniczka Doda. Jeśli chodzi jednak o wybór miejsc wartych zobaczenia i odwiedzenia, czymś trzeba się przecież kierować. A to że jakieś miejsce zrobiło wrażenie na innych może, choć nie musi, oznaczać, że zrobi wrażenie także na nas. Trzeba więc zaryzykować, bo jak głosi stare indiańskie przysłowie w bardzo wolnym tłumaczeniu: kto nie ryzykuje, ten nie je. :)
Voringfossen (jego zdjęcie ozdabia poprzedni, szósty tekst w tym cyklu)
W przypadku wodospadu Voringfossen zaryzykować na pewno warto, tym bardziej, że sam dojazd, a potem dojście do wodospadu nie zapowiadają szczególnych atrakcji. By dojechać w jego pobliże np. z Bergen potrzebujesz dwóch godzin z hakiem (długość haka zależna od rozkładu rejsów promu kursującego między brzegami Eidfjorden, który cieszy oko sam w sobie). Jadąc dalej drogą do Oslo potrzebujesz nieco szczęścia żeby nie przegapić zwykłego znaku informacyjnego z nazwą wodospadu.
Strzałka skieruje cię na pusty, mały, żwirowy, leśny parking. ?I tu gdzieś, w tym lasku, ma być najsłynniejszy norweski wodospad?? - myślisz z niedowierzaniem wysiadając z samochodu, wkurzony na autorów przewodników. Jeśli już jednak jesteś, to możesz przecież kawałek podejść i zobaczyć, o co im chodziło. Idziesz więc przez las, ścieżką wijącą się między płaskimi skałami, właściwie nie wiedząc dokąd. Z głębi lasu słyszysz jednak dziwny szum, przechodzący w huk i nasilający się wraz z przebytą drogą. Zaintrygowany idziesz dalej, mijasz drzewa, krzaki i granitowe (a jakże inaczej) skały, które przesłaniają ci widok. Huk potężnieje z każdą chwilą, wokół ciebie nikogo nie ma, aż nagle!
Zatrzymujesz się jak wryty nad brzegiem przepaści, wypełnionej obłokami pary wodnej. Stoisz chwiejnie na wilgotnej, śliskiej skale, kurczowo trzymasz się drzewa, a z przeciwległego zbocza, w dół po porośniętych mchem skałach, ze 182 metrów wali w dół Voringfossen i kilka mniejszych wodospadów. Co charakterystyczne dla norweskich atrakcji przyrodniczych, nie ma tu specjalnego punktu obserwacyjnego. Nad krawędź tego ogromnego rowu (kanionu?) możesz wyjść spośród drzew w dowolnym miejscu i iść wzdłuż przepaści tak długo jak tylko będziesz chciał. Chyba, że poślizgniesz się i spadniesz. Takiego zakończenia wycieczki do Norwegii nie polecamy jednak, choćby z tego powodu, że nie zobaczysz kolejnego wodospadu.
Tvindefossen (na zdjęciu)
Ten wodospad jest zupełnie inny od poprzedniego. Nie sposób go przeoczyć, bo widoczny jest wprost z drogi (kilkanaście kilometrów na północ od Voss, przy drodze do Gudvangen). Tuż obok wybudowano nie tylko specjalny parking, kiosk z pamiątkami i kawiarnię dla turystów, ale także cały camping imienia Tvindefossen. Do wodospadu prowadzi specjalna kilkudziesięciometrowa ścieżka wysypana żwirkiem (i muchomorkiem J Po prostu czysta komercja i nic dziwnego, bo przez swoje usytuowanie i łatwość dojazdu, Tvindefossen jest obowiązkowym punktem dla wycieczek po Norwegii z całego świata. Zatrzymują się tu więc dziesiątki autokarów i samochodów, a wraz z nami wodospad oglądali również członkowie gangu Harleyowców.
Komercyjne wykorzystanie wodospadu w żaden negatywny sposób nie wpływa na jego niewątpliwe piękno. Szeroka (w przeciwieństwie do Voringfossen) ściana wody, tworzona przez kaskady spadające ze stupięćdziesięciometrowej skały tuż przed tobą, robi wrażenie. Tym bardziej, że jeśli tylko chcesz, możesz włożyć pod wodę rękę albo głowę.
Niesiona wiatrem para wodna moczy cię już kilkanaście metrów od wodospadu, a huk wody uniemożliwia rozmowę. W pełni poczujesz tutaj ogromną energię wynikającą z połączenia potężnych sił wody, skał i grawitacji.
Kjosfossen (zdjęcia trzeba sobie poszukać :)
Jedyną możliwością dotarcia do tego wodospadu (na północ od Flam) jest podróż pociągiem koleją Flamsbana na turystycznej trasie Flam - Myrdal. Tuż przy Kjosfossen, i specjalnie dla niego, wybudowano bowiem drewnianą platformę-peron, przy którym zatrzymują się wagony. Podróż to niezwykła, nawet dla wieloletnich użytkowników Polskich Kolei Państwowych, przyzwyczajonych do wszelkich niespodzianek i atrakcji serwowanych przez naszego przewoźnika. Ale o samej podróży, wodospadzie i tym, po co w pociągu aż pięć niezależnych systemów hamulcowych oraz dlaczego na peronie tańczy elf dowiecie się już za tydzień, z kolejnej wstrząsającej relacji z podróży po zachodniej Norwegii.
Z samego środka fiordów, gdzie w każdej chwili może zaatakować mnie norweski łosoś, za każdą skałą czai się troll, a gdzie nie nadepnąć tam tryska ropa naftowa, specjalnie dla portalu norwegofil.pl, pisał Krzysztof Motylski :)
Odcinek ósmy
Tym razem będzie o niezwykłym pociągu. W polskich realiach jakiekolwiek wspomnienie o pociągu wywołuje od razu skojarzenie z doskonale znanymi nam pojazdami należącymi do PKP i wszystkim tym, co się z nimi łączy. Pociągi PKP trudno jednak nazwać ?niezwykłymi? (chyba że w znaczeniu pejoratywnym). Na szczęście są krainy, w których i pociągi potrafią zachwycać.
Spróbujmy wyobrazić sobie, że polski inżynier wpada na pomysł poprowadzenia torów kolejowych równolegle do trasy kolejki linowej w Zakopanem, łączącej Kuźnice (ok. 1000 m. n.p.m.) ze szczytem Kasprowego Wierchu (1987 m. n.p.m.). Mimo dzisiejszych możliwości technicznych i rozwoju branży budowlanej, nikt pewnie nie potraktowałby takiego pomysłu poważnie, nie mówiąc już o jakichkolwiek próbach jego realizacji. Wyśmiany przez media i swoje środowisko zawodowe pomysłodawca skończyłby pewnie gdzieś na głębokiej prowincji, projektując co najwyżej domki dla lalek i place zabaw.
Tymczasem, w 1923 r. w uroczym, maleńkim miasteczku Flam, w południowo-zachodniej Norwegii, podjęto wyzwanie, które do dzisiaj uważane jest za największe i najtrudniejsze w historii norweskiego kolejnictwa i budownictwa. Prace nad budową górskiej trasy kolejowej o długości 20 km trwały dwadzieścia lat. W ich efekcie powstało dzieło, które budzi głęboki podziw nad ludzkimi umiejętnościami, chęciami i możliwościami. Podziw ten wyrażany jest przez setki tysięcy turystów, którzy każdego roku przemierzają autokarami, samochodami i rowerami setki kilometrów po norweskich serpentynach, by odbyć godzinną podróż koleją Flamsbana.
Wspomniany przykład pomysłu z położeniem torów na Kasprowy Wierch nie był przypadkowy, bo pozwala on uzmysłowić sobie trudności, przed jakimi stanęli norwescy budowniczy blisko sto lat temu. Poza tym okoliczności przyrody również przypominają te, które znamy z Tatr. Tory prowadzą po bardzo stromych górskich zboczach, wiją się wśród skał i wodospadów, by nagle ostro zakręcić i zniknąć w jednym z 20 tuneli wyrąbanych w granitowej skale. Nie trzeba dodawać, że w latach 30 ubiegłego wieku tunele budowano głównie za pomocą kilofów. W takich warunkach wykucie metra tunelu trwało miesiąc. A łączna długość tuneli na tej trasie to 6 km?
Różnica poziomów między krańcami linii wynosi 863 m., a więc niewiele mniej niż między Kuźnicami a Kasprowym Wierchem. Maksymalne nachylenie terenu to 55 stopni ? weźcie kątomierz, a przekonacie się, że jest to stromizna, na którą nie wjedzie żaden samochód, a człowiek będzie ją pokonywał przy użyciu wszystkich kończyn jakimi dysponuje, przystając z wysiłku co kilka metrów. Takie nachylenie właściwe jest nie regularnej linii kolejowej, ale kolejce w wesołych miasteczkach. Tymczasem jeżdżą tu pociągi, które z zewnątrz niemal przypominają te, które poruszają się (mkną?) po naszych żelaznych szlakach. Z zewnątrz, bo w środku jest wygodnie, kolorowo, miękko i czysto, a pasażerów wita sympatyczna obsługa. Japończycy, którzy stadami odwiedzają to miejsce, mogą więc czuć się jak u siebie. Jest jeszcze jedna, dość istotna z punktu widzenia pasażerów, różnica między koleją Flamsbana, a innymi. By uchronić ich przed katastrofą spowodowaną ewentualną awarią i stoczeniem się w dół po niemal pionowej skale, w każdym z jadących tu pociągów zainstalowano pięć niezależnych systemów hamujących. Prawdopodobieństwo, że wszystkie zepsują się jednocześnie jest więc pewnie porównywalne z szansami na zwycięstwo naszej reprezentacji piłkarskiej w Euro 2008. O ile jednak pierwszego zdarzenia absolutnie nie życzymy, tak z drugiego radowalibyśmy się, że ho ho. Albo i bardziej.
Żadne z wymienionych liczb nie są w stanie oddać uroku podróży na tej trasie - to z jednej, to z drugiej strony jadącego dość wolno pociągu wyłaniają się wodospady, rzeki, doliny, wąwozy, jeziora i rumowiska skalne, a także farmy z domkami zamieszkanymi najwyraźniej przez górskie kozice, bo chyba tylko one zdołają się tu wspiąć. Na szczytach widocznych w oddali pasm górskich bieli się śnieg, a wszystko poniżej skąpane jest w soczystej zieleni o najróżniejszych odcieniach. Pociąg zatrzymuje się na 9 przystankach usytuowanych w miejscach, z których rozpościerają się najładniejsze widoki. Jednym z takich przystanków jest drewniana platforma tuż przy potężnym wodospadzie Kjosfossen.
Nie dość, że robi on wrażenie sam w sobie, to dla pasażerów przygotowano tu także szczególne widowisko. Po kilku minutach od przyjazdu pociągu, gdy wszyscy zdążą już zrobić zdjęcia, zziębnąć i przemoknąć od tumanów pary wodnej bijących od wodospadu spadającego kilka metrów od platformy, z głośników zaczyna dobiegać głośna muzyka, która przebija szum wody. W rytm muzyki przywodzącej na myśl podania i baśnie o trollach, w ruinach budowli znajdujących się kilkadziesiąt metrów dalej, tańce i swawole rozpoczynają dwie nimfy, druidki, elfice, czy jakkolwiek nazwać stworzenia, za które przebrane są aktorki. Przez dobrą chwilę czujemy się żywcem wrzuceni wprost w realia ?Sagi o ludziach lodu?. Nagły gwizdek pani konduktorki kończy spektakl i wszyscy pasażerowie - mokrzy i skostniali, ale szczęśliwi, wracają do wagonów oczekując na kolejne atrakcje.
Piękno przyrody w połączeniu z niezwykłym dziełem rąk ludzkich oraz odpowiednim marketingiem sprawiają, że długo pamięta się nie tylko podróż pociągiem, ale i urokliwe Flam. Mieszka tu zaledwie 500 mieszkańców, ale położenie tego miejsca (tuż nad fiordem) i Flamsbana przyciągają tysiące turystów, dla których przygotowano port, hotele, restauracje, muzeum, pocztę, sklepy, szlaki górskie, ścieżki rowerowe i wielki parking. O tych licznych atrakcjach informują wszelkiego rodzaju przewodniki i ulotki w kilkunastu językach - także po polsku.
A już za tydzień: Bergen - stolica(?) fiordów.
Odcinek dziewiąty
Bergen - ?stolica fiordów?, ?brama do fiordów? , ?kulturalne centrum Norwegii?, ?pełne uroku, rozrywek, atrakcji i radości?. Wszystko to można wyczytać ze stron internetowych, przewodników i folderów biur turystycznych. A co faktycznie czeka turystę, który tu trafi? Ano poczytajcie Moi Mili skrajnie subiektywną i stronniczą relację polskiego turysty, który trafił do Bergen po kilku dniach pałętania się wśród fiordów.
Bergen jako stolica fiordów? Z braku innego większego miasta leżącego w pobliżu fiordów i miejsc uznanych za przyrodniczo najpiękniejsze w Norwegii można pewnie tak to nazwać. Z drugiego po Oslo, liczącego 230 tys. mieszkańców Bergen blisko zarówno do najdłuższego na świecie Sognefjord (ponad 200 km długości) jak i do, będącego jego odnogą, Naeroyfjord (który jest z kolei najwęższym fiordem). Blisko stąd także do Flam, skąd wyruszyć można w podróż koleją Flamsbana (patrz poprzedni odcinek w tym cyklu), jak i do miasteczka Gudvangen, skąd rozpoczynają się rejsy po Naeroyfjord. Poza tym blisko stąd także do setek przepięknych miejsc, nieopisanych w żadnych przewodnikach, które warto odkryć samemu. A w okolicach Bergen nie trzeba ich specjalnie szukać - wystarczy wejść na najbliższe zbocze i rozejrzeć się dookoła. Ostrożnie - jest mokro i ślisko, spadają kamienie, za drzewami czają się trole, łosie, renifery i norwescy gajowi - dobrze, że przynajmniej łososie póki co pozostają nieco niżej. Chwilowo, bo poziom oceanów, wraz z łososiami, podnosi się z każdym rokiem?
Bergen jako brama do fiordów?
Z pewnością tak. Chcąc zobaczyć fiordy i wspomniane wyżej atrakcje warto przylecieć właśnie tutaj, a nie do odległego o kilkaset kilometrów Oslo. Warto też poszukać noclegów w tej okolicy (lub nieco bardziej na zachód, w głąb lądu - w kierunku miasteczka Voss, by uniknąć ciągłych opadów deszczu). Z odrobiną przesady można powiedzieć, że z Bergen wszędzie blisko - przynajmniej do miejsc, które warto zobaczyć będąc w Norwegii po raz pierwszy.
Bergen, jako kulturalne centrum Norwegii?
To stwierdzenie potraktować już trzeba z ostrożnością. Z atrakcji mamy tu nabrzeże portowe, Bryggen - dzielnicę drewnianych hanzeatyckich domów i uliczek, kilka takich sobie kościołów, mniej lub bardziej wartych zobaczenia muzeów, targ rybny z wszelkimi owocami morza i skórami dzikich zwierząt, średniowieczną twierdzę, ciekawie urządzone akwarium z krokodylami, pingwinami, anakondami, fokami i rybkami Nemo :) oraz dwie kolejki szynowe, które wywiozą nas na okoliczne wzgórza, gdzie warto zatrzymać się na moment, by podziwiać piękne widoki. Ciekawie. Owszem, w sam raz, by miło spędzić tu najwyżej dwa dni. Nie ma tu chyba jednak niczego, co mogłoby specjalnie zaskoczyć lub zauroczyć kogoś, kto był w Krakowie, Toruniu, Gdańsku, czy Poznaniu.
Warte polecenia są za to z pewnością niektóre odbywające się tu imprezy. Szczególnie urokliwy jest Bergen Food Festiwal, gdy na nabrzeżu rozkładają swoje stoiska producenci żywności ze wszystkich regionów kraju. Przed zakupem, wszystkiego można oczywiście posmakować. Kozi słodki ser, łosoś w stu smakach, owoce morza w całym swym bogactwie, różne rodzaje chleba, miody, dżemy i wino z bliżej nieznanych owoców. Mieszanka smaków i zapachów, a także kolorów skóry i języków, którymi posługują się ludzie odwiedzający Bergen sprawia, że szybko zapomnieć można o deszczu, który leje się tu z nieba, kropi, mży lub siąpi przez niemal cały rok.
Przyczyniają się do tego także bardzo przyjemne piekarnie, cukiernie i kafejki, w których można zjeść pyszności, a przy okazji ogrzać się przed wyruszeniem w dalszą drogę. Nigdzie nie piłem tak pysznej gorącej czekolady (zwanej tu Hot Ciok), podanej w filiżance o nieprzyzwoicie wielkiej pojemności. Towarzyszące czekoladzie lody sprawiły, że poziom osiągniętej błogości i radości (cukru we krwi?) przekroczył wszystkie dopuszczalne normy i zagroził chwilową utratą przytomności ze szczęścia. Ratunkiem okazały się kwoty na rachunku, które miały właściwości otrzeźwiające i przyczyniły się do podjęcia twardej decyzji o omijaniu takich miejsc. Wróciliśmy tam dopiero kolejnego wieczora.
Brak szczególnego entuzjazmu, jeśli chodzi o Bergen, wynika nie tyle (lub nie tylko) ze szczególnego zblazowania autora tekstu, tudzież z jego przekonania, że muzea, kościoły, inne zabytki, czy też atrakcje przygotowywane dla turystów nie są warte zobaczenia. Wręcz przeciwnie. Tyle, że w krainach takich jak Norwegia, każda godzina spędzona w miejskim zgiełku wydaje się być stracona. Bo mogłaby być spędzona pośród przyrody, która w okolicach fiordów ukazuje swoje prawdziwe piękno, potęgę, dzikość i wszechmoc.
A już za tydzień: Rosendal, czyli jest pięknie.
Odcinek dziesiąty
Załóżmy optymistycznie, że celem naszej podróży do Norwegii nie jest (jeszcze lub już) zarobienie tak ciężkiej forsy, że zabierając ją w drodze powrotnej należało będzie zapłacić na lotnisku za przewóz kolejnej walizki, by zmieścić stos banknotów. Nastawiając się na zwiedzanie z pewnością warto wcześniej zaplanować trasę, poczytać coś niecoś o miejscach, które chcemy odwiedzić, zakupić nieco łakoci dla fiordów, które może podejdą tak blisko, żeby jeść z ręki akurat nam, czyli po prostu przygotować się.
Tak zresztą stanowi odwieczna zasada ?właściwego podróżowania? i zdrowy rozsądek. Ciągle jednak niemożliwą do uniknięcia cechą (wadą i zaletą jednocześnie) przewodników, niezależnie od ich formy, jest zupełnie naturalny subiektywizm autora. Skąd wiadomo, że miejsce, którym tak zachwyca się jeden autor z drugim, zauroczy także nas? Podobnie zresztą w druga stronę - czy to, że ktoś pisze o czymś negatywnie, powinno odwieść nas od pomysłu przekonania się, czy jest tam aż tak brzydko? Jedyne co możemy zrobić, to sprawdzić na własne oczęta. W podróżowaniu najciekawsze jest przypadkowe odkrywanie miejsc, o których nie czytaliśmy (bo być może nikt o nich nie napisał) lub takich, o których czytaliśmy mało zachęcające wzmianki, a mimo to podjęliśmy ryzyko by je zweryfikować.
Tak właśnie jest z Rosendal, leżącym na południowy wschód od Bergen. Krótkie opisy tego malutkiego miasteczka (1 tys mieszkańców), na które trafić można w przewodnikach, raczej nie przyciągną turystów. ?W Rosendal znajduje się XVII-wieczna siedziba barona Ludwiga Rosenkrantza, jedyna tego rodzaju w Norwegii. Latem, w pięknym ogrodzie, odbywają się koncerty, a w czerwcu i lipcu organizowany jest Festiwal Muzyki Rosendal? - tyle oto przeczytać możemy o tym miejscu w jednym z przewodników. Prawda, że fantastyczne musi to być miejsce? Jako żywo przypomina to opisy polskich miasteczek rodem z przewodników z lat 70-tych, w rodzaju ?Paskudniki - ważny ośrodek rolniczy, siedziba kierownictwa miejscowego PGR-u. Mieści się tu także gminny ośrodek kultury z kołem gospodyń wiejskich, stacja kolejowa, sklep mięsny, piwiarnia i punkt skupu mleka.? Rzecz jasna, na usprawiedliwienie autorów przewodników (wykonujących zresztą olbrzymia pracę), tak wówczas, jak i obecnie, pozostaje fakt, że wartych opisania miast, miasteczek i mniejszych lub większych atrakcji turystycznych - w Norwegii i Polsce, są tysiące. Rosendal, a właściwie jego okolice pozostaje jednak z pewnością miejscem, które warte jest opisania, odwiedzenia i zatrzymania się co najmniej na kilka godzin odpoczynku.
A okolice są urocze - nie dość że Rosendal leży tuż nad brzegiem Hardangerfjord, to w odległości kilku kilometrów strzelają w niebo dwa ogromne szczyty - Malmangernuten (890 m)i Melderskin (1426 m). Ogromne skały wyskakują nad płaszczyznę okolicznych łąk i lasów. Gdzie indziej znad brzegu oceanu możesz po kilku kilometrach trafić do stóp góry mierzącej prawie półtora kilometra wysokości? Sama siedziba barona, bez urazy dla jego gustu, nie jest niczym szczególnym, choć ogród na bardzo (ale to bardzo) upartego można by porównać z warszawskimi Łazienkami lub gdańskim Parkiem Oliwskim. Alternatywą dla zwiedzania tej "rezydencji" jest spędzenie kilku godzin na nabrzeżu portu jachtowego, rozkoszując się widokiem fiordu, jedząc ciasteczka i robiąc to, co mi przynajmniej wychodzi najlepiej - czyli zupełnie NIC. A jeśli jeszcze traficie tu na jeden z co najwyżej kilkunastu letnich dni, gdy świeci słońce, a obok was ciasteczka wcinać będzie towarzyszka podróży i życia zarazem :), to naprawdę poczujecie pełnię szczęścia.
Odcinek jedenasty
Planując wyjazd, czy to do Norwegii, czy w każde inne - nieco bardziej odległe od domu miejsce niż kiosk z gazetami za rogiem, stajemy przed dramatycznym wyborem: wycieczka zorganizowana, czy wyjazd na własną rękę.
Sprawa nie jest taka prosta, chyba że celem naszej podróży jest smażenie się na śródziemnomorskiej plaży, a jedyną planowaną aktywnością fizyczną mają być kilkudziesięciometrowe spacery na trasie hotel-plaża i praca mięśni nadgarstka wyjmującego parasolkę z kieliszka z drinkiem. W każdym innym przypadku wybór wiąże się z ryzykiem i licznymi niebezpieczeństwami czyhającymi tylko, by zdybać turystę. Jak to w życiu często (zawsze?) bywa, każde wyjście ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne, by zacytować naszego poetę klasyka-elektryka.
Przeglądając oferty zorganizowanych wyjazdów do Norwegii rzuca się w oczy różnica między czasem trwania wycieczki, który wielkimi literami wybity jest w tytule oferty, a faktycznym czasem przeznaczonym na zwiedzanie kraju wynikającym z harmonogramu imprezy. Różnica ta sięga czasem nawet kilku długich dni! Oczywiście jest to do pewnego stopnia usprawiedliwione - teleportacja ciągle nie jest powszechnie dostępnym sposobem podróżowania, a samoloty swoje kosztują. Biura podróży najchętniej pakują więc wszystkich do autokaru i wiozą. Wiozą i wiozą, i wiozą... Albo promem, który się wlecze, albo lądem - przez Niemcy i Danię lub Szwecję. Z 7 czy 14 dni wspomnianych na plakacie zostają więc tylko 3 albo 9 faktycznie spędzonych w Norwegii...
Nic więc dziwnego, że potem trzeba szybko zasuwać, żeby "odhaczyć" kolejne atrakcje. Pod koniec takiej wycieczki można pewnie wziąć mapę i wskazać szereg miejsc, w których faktycznie się było. Nie mówi się jednak o tym, że tu było się 10 minut, tu 20, a tam tylko 15, mimo, że bardzo się podobało i można by tam zostać na kilka godzin. Ale nie można, bo czeka na nas 40 pozostałych wycieczkowiczów w autobusie i pędzić trzeba do następnego miejsca... Tłok, konieczność "wyrobienia się" w czasie i planie, a tym samym brak możliwości spędzenia w danym miejscu tyle czasu, ile się chce to moim zdaniem główne minusy organizowanych form wypoczynku. Widok Japończyków, którzy wykończeni błyskawicznym tempem zwiedzania Norwegii (Europy?) wykorzystywali każdy moment na drzemkę (np. podczas niesamowitej podróży kolejką górską we Flam, będącej jedną z największych atrakcji tego regionu) nie wymagał komentarza. Co prawda obejrzą sobie to wszystko na tysiącach zdjęć i dziesiątkach godzin filmów nakręconych przez kolegów, ale po co w takim razie ruszać się z Japonii?
Pewnie, że są też zalety, i to całkiem sporo - nie martwisz się o transport, jedzonko, podusię, kołderkę i dach nad głową, a miła pani podprowadzi cię do fiordów, opowie o ich zwyczajach i może nawet nauczy cię je karmić :) Plusem są też finanse - płacisz z góry za całość, bierzesz trochę pieniędzy na pamiątki, czy dodatkowe jedzonko i spokój. Jadąc na własną rękę nie tylko ryzykujesz wytarcie obrazka na karcie kredytowej od częstego jej używania, ale też poświęcasz przedtem sporo czasu na zaplanowanie i organizację. Do wyboru setki opisanych miejsc wartych zwiedzenia i tysiące nieopisanych - a też wartych :) Czytasz, kombinujesz, wybierasz, dzwonisz, piszesz maile. Potem zmieniasz koncepcję (lub robi to za ciebie żona), więc czytasz co innego, wybierasz, dzwonisz, piszesz maile i dziękujesz Bozi, że twoja religia pozwala mieć tylko jedną żonę... :)
Oczywiście, po przyjeździe na miejsce i tak może się okazać, że zarezerwowany "obszerny pokój w hotelu trzygwiazdkowym blisko centrum z widokiem na morze" jest w rzeczywistości komórką w baraku zerogwiazdkowym na przedmieściach, z widokiem na wysypisko śmieci. Ale przecież właśnie o to w tym chodzi - o niczym nieskrępowaną swobodę podróżowania, decydowania i wybierania. Właściwie nie jest więc istotne, czy zobaczysz wszystko to, co w przewodnikach określane jest jako "warte zobaczenia". Ważne jest tylko to, czy wrócisz zadowolony, choćbyś i nie miał zobaczyć Wieży Eiffla w Paryżu, Koloseum w Rzymie, piramid w Egipcie, czy łososia w Norwegii... Jak mawiali bowiem starożytni: "Niech żyje wolność, wolność i swoboda, niech żyje zabawa, i dziewczyna młoda"...
Odcinek dwunasty
Czy jadąc samochodem albo rowerem, pierwszy raz w obcym kraju, nie znając języka i nie wyjmując mapy z plecaka, można bez żadnego błądzenia trafić np. w pobliże stada dzikich fiordów pasących się na terenach odległych o dziesiątki i setki kilometrów od nas?
Okazuje się, że owszem, pod warunkiem jednak, że jesteśmy uzbrojeni w nowoczesną technologię zamkniętą w pudełku wielkości paczki papierosów. Odbiornik sygnału GPS (Global Positioning System), bo o nim mowa, jest stale namierzany przez 24 satelity krążące sobie wysoko, że ho, ho... A może nawet wyżej... Dzięki temu, i szczegółowym mapom z dokładną siecią dróg dowolnego kraju zainstalowanym w pudełku, prawie zawsze wiesz gdzie się znajdujesz. Prawie, bo norweska przyroda potrafi jeszcze (na szczęście) nie do końca poddawać się ludzkim wynalazkom i odbiornik traci sygnał np. w granitowych tunelach, których w Norwegii jest kilkaset. Poza tym jednak to znakomite i coraz tańsze urządzenie jest na tyle genialne że każdy sześciolatek dotrze z jego pomocą do mamusi, a i mąż po kilku głębszych trafi bez problemu w objęcia kochającej małżonki.
GPS lokalizuje cię w przestrzeni, umiejscawia na mapie danego kraju i kieruje po drogach, dróżkach i ścieżkach na wskazane wcześniej miejsce. Pokazuje drogę na mapie wyświetlonej na ekranie, a do tego jeszcze mówi jak masz jechać, żeby dojechać tam gdzie chcesz. "Za dwieście metrów skręć w prawo", "Trzymaj się lewej strony", "Za osiemset metrów wjedź na rondo i skręć w drugi zjazd", "Za sto metrów wjedź na prom" - to tylko kilka z wielu pomocnych komunikatów wypowiadanych po polsku przez miły kobiecy (jakżeby inaczej) głos, który pokieruje na miejsce nawet największego mapowego laika i ignoranta. To szczwane pudełeczko nie tylko oszczędza nasz czas, nerwy i pieniądze na paliwo, ale pozwala także zachować resztki męskiej godności i honoru wojownika oraz pozycję przewodnika w stadzie. Wiadomo wszak, że prawdziwy mężczyzna nigdy (ale to nigdy) nie pyta nikogo o drogę - choćby miał kręcić się w kółko, błądzić i kluczyć ("Kochanie, doskonale wiem, gdzie jesteśmy, ale postanowiłem, że zwiedzimy nieco okolicę").
Nawigacja pokieruje cię wedle wyboru - trasą najkrótszą, dłuższą ale drogami o lepszej nawierzchni, ewentualnie z pominięciem płatnych autostrad itd. W ten właśnie sposób udało nam się przejechać w okolicach Bergen kilkadziesiąt kilometrów bocznymi drogami wzdłuż płatnej autostrady, prosto na lotnisko. A wszystko dzięki komunikatom głosowym, nawet bez patrzenia na ekran: "Skręć w prawo", "Jedź 20 km", "Skręć w lewo", "Za 300 metrów wjedź na lotnisko", "Samolot po lewej", "Wysiądź z samochodu", "Idź prosto", "Wejdź na schody", "Po prawej fajna stewardessa", "Po lewej też", "Usiądź w fotelu przy oknie", "Przy oknie, głąbie!", "Wypij drinka", "Adin, dwa, tri, zaśnij...". Oczywiście posiadanie takiego cudeńka nie zwalnia z myślenia, by nie podzielić losu pewnego cudzoziemca, który podobno skończył w polskiej rzece, do ostatniej chwili przekonywany przez głos z pudełeczka, że właśnie wjeżdża na most. Most owszem był... Ale w obietnicach przedwyborczych burmistrza, który sam uwierzył w nie tak bardzo, że wymógł uwzględnienie mostu na mapie...
Wybór egzemplarzy na rynku jest olbrzymi i chodzi nie tyle o ich kolory, co możliwości - z mapą jednego kraju, czy całej Europy, z ekranem wielkości gumki myszki, czy małego telewizora, z telefonem komórkowym i odtwarzaczem mp3, czy z hostessą w zestawie... "Brać, wybierać, decydować, i niczego nie żałować" - jak zachwalał Franciszek Dolas. Jeśli sporo się podróżuje, choćby tylko w Polsce, naprawdę warto zastanowić się nad zakupem GPS...
Odcinek trzynasty
Zakup pamiątek z miejsca, w które przyszło nam pojechać, jest rzeczą ze wszech miar rozsądną, pożyteczną, a dla niektórych nawet przyjemną. Niewielu z nas (w zależności od wrodzonego lub nabytego poziomu egoizmu, nazywanego dziś modnie "asertywnością") jest na tyle odważnych, by na jedno z pierwszych pytań zadawanych po powrocie, czyli: "A co mi przywiozłeś?", z uśmiechem na ustach odpowiedzieć: "Nic".
Przemysł pamiątkarski, czy to polsko-chiński, czy norwesko-chiński, wychodzi naprzeciw wszelkim potrzebom turysty, zależnie od płci, gustu (lub jego braku), zasobności portfela i siły udźwigu ("Poproszę pięć kilo mięsa z kraba i trzy duże ośmiornice, małżonka się ucieszy"). Przypomina zresztą w tej mierze przemysł uruchamiany np. z okazji tzw. Walentynek. Przed Walentynkami sprzeda się wszystko, byle w kolorze czerwonym i z serduszkiem.
Nieważne, czy jest to czerwona pluszowa maskotka z serduszkiem (polecam kotka o wyglądzie zdechłego szczura, misia o uroczej mordce wściekłego pitbulla, pieska z ryjkiem brudnego prosiaka i zajączka o urodzie nietoperza-wampira), czerwona żelowa świeca-serduszko (oczywiście walentynkowa - tworzy niezapomniany klimat i specyficzną atmosferę, bo paskudnie śmierdzi i strasznie dymi, ale na szczęście krótko się pali), czerwony krawat z serduszkiem (doskonały na balach przebierańców i łachmaniarzy, w razie potrzeby można nim również przywiązać psa przed sklepem), czy czerwona podusia w kształcie serduszka (dla miłośników poezji romantycznej - oryginalna nadrukowana fraza: "Śpij słodko me złotko" z pewnością nie pozwoli ci zasnąć). Sprzeda się wszystko, bo przecież w Walentynki nie wypada pokazać się bez prezentu.
Podobnie rzecz ma się z pamiątkami z podróży po Norwegii - tysiące widokówek, zabawek, ubrań, figurek, maskotek i czego tylko chcesz. Na wszystkim trolle, renifero-łosie - znajdź pięć różnic :), fiordy, łososie i norweska flaga. Jak wygląda troll? Pewnie tak, jak Yeti albo funkcjonariusz polskiej Straży Ochrony Kolei. O wszystkich trzech wiadomo, że są, ale nikt ich nie widział, więc nie wiadomo jak wyglądają. Niestety o trollu wiadomo powszechnie, że jest wstrętny. Najlepiej sprzedają się więc najpaskudniejsze figurki. Dobrze jest przy zakupie, jeszcze w sklepie, przetestować je na nieznajomych małych dzieciach. Jeśli maluch na widok takiej "maskotki" uśmiechnie się albo tylko zdziwi - nie kupuj. Jeśli się rozpłacze - rozważ zakup. Gdy roztrzęsiony rzuci się na ziemię lub wymachując rękami, z wrzaskiem popędzi przed siebie - zaraz kupuj, a obdarowani będą zachwyceni.
Są też propozycje dla ambitnych (czasem nazywanych też wybrednymi). Płat łososia o wielkości stołu, osiem rodzajów kawioru, kraby we wszelkich postaciach - od całkiem żywego, przez przyduszonego, martwego, wędzonego, jako sałatka, batonik, konserwa, pasta, czy dżem :), mięso łosia/renifera, skóry ze wszystkich możliwych zwierząt występujących w Norwegii lub niekoniecznie. Przy okazji, przytaczam dialog ze sprzedawcą takich skór, na targu rybnym Torget, w centrum Bergen.
Turysta: - A można taką skórę przewieźć przez granicę?
Sprzedawca: - To zależy, jak dobry kraj i nie dziwny to można. A skąd jesteś?
Turysta: - Z Polski.
Sprzedawca: - Polska to dobry kraj i nie dziwny. Można.
Turysta: - A jaki kraj jest niedobry, dziwny i nie można?
Sprzedawca: Nowa Zelandia...
No i racja - co to za kraj, w którym jedynym naturalnie występującym ssakiem jest nietoperz, a jeden z ptaków, nie dość, że nie lata, to jeszcze nazywa się jak pasta do butów albo owoc. Polska vs. Nowa Zelandia - 1:0.
Odcinek czternasty
 | | Uwaga! Powyższe zdjęcie nie przedstawia osoby autora tekstu, a ewentualne podobieństwo jest zupełnie przypadkowe. | Karygodnie wysoki stopień zaufania, którym Norwegowie darzą nie tylko siebie nawzajem, ale i przyjezdnych woła o pomstę do nieba!
Oto kilka przykładów, które każą z wielką podejrzliwością przyglądać się temu narodowi i dobrze rozważyć wizytę w tych dziwnych stronach:
1. Zbliżając się do przejścia dla pieszych możesz być pewien, że pierwszy nadjeżdżający samochód zatrzyma się, a jego kierowca pozwoli ci spokojnie przejść przez ulicę. Nie musisz przy tym prowadzić wózka z dzieckiem, być trzyletnim brzdącem, kobietą w ciąży, ani staruszką o lasce. Nie chodzi też o czerwone światło, czy policjanta w pobliskich krzakach. Wniosek: poziom empatii u Norwegów przekracza granice zdrowego rozsądku, co zaciera odwieczną i jakże potrzebną wojnę między dobrem (pieszymi) i złem (kierowcami) - ewentualnie między dobrem (kierowcami) i złem (pieszymi), w zależności od pełnionej akurat przez nas roli.
2. Jadąc samochodem z dopuszczalną prędkością możesz być pewien, że nikt cię nie wyprzedzi, mimo że wokół aż roi się od najnowszych modeli Volvo, Audi i Mercedesów. Radiowóz jest tam widokiem dosyć niespotykanym, a o - wcale nie tak licznych jak straszą przewodniki, fotoradarach znaki ostrzegają już kilkaset metrów przed nimi. Wniosek: Norwegowie to nudziarze i ślimaki. Co im po pieniądzach, skoro nie mają ułańskiej fantazji, która takim np. Słowianom pozwala na osiąganie prędkości wyższych niż maksymalne, deklarowane przez producentów samochodów, niezależnie od śliskich nawet, dziurawych dróg i podróżujących z kierowcą dzieci...
3. Stawiając rower przed skandynawskim sklepem można być pewnym, że po zrobieniu zakupów nadal będzie on w tym samym miejscu i nie zmieni się jego stan techniczno-wyposażeniowy - mimo braku blokad, zapięć, kłódek, alarmów, łańcuchów i przywiązanego do niego psa bojowego. Co gorsza, obserwacje wykazały, że podobnie nienaruszony pozostanie otwarty samochód zaparkowany przed supermarketem. Wniosek: skandynawska młodzież cierpi na tak ewidentny nadmiar pieniądza, że nie interesują jej nawet prezenty pozostawiane tuż pod jej nosem. Dla porównania - rower, który zostawiłem na chwilę, przypięty solidnym łańcuchem w centrum polskiego miasta, w mgnieniu oka pozbawiony został siodełka i oświetlenia. Całe szczęście, że są jeszcze na świecie normalne dzieciaki, a przy tym jakże zdolni majsterkowicze.
4. Szczególnie przy bocznych drogach skandynawskiej prowincji wcale nie tak rzadko spotkać można stoły czy witryny z ustawionymi na nich owocami, warzywami, miodem czy innymi artykułami spożywczymi na sprzedaż. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie brak sprzedających. Cena przyczepiona jest np. do worka z jabłkami, obok stoi skarbonka, a do domu właścicieli kramiku jest jakieś kilkaset metrów. Teoria zakłada zatem, że odliczoną kwotę za pobrane jabłuszka wrzucisz do skarbonki. Liczba takich stolików wskazuje także, że owa teoria pokrywa się z praktyką. Wniosek: Skandynawowie nie są zapewne świadomi znanego nam mechanizmu przyczynowo-skutkowego: "kto nie pilnuje i kontroluje, ten niech żałuje".
5. Wypożyczalnia samochodów na lotnisku. Osoby dramatu: pracownik wypożyczalni (płeć zdecydowanie przeciwna, włosy blond, nogi do samej ziemi, reszta też nie do przegapienia) i wypożyczający (oddający samochód po 5 dniach i 1500 km podróży po Norwegii). Wypożyczający, kładąc na ladzie kluczyki: - Cześć, chciałbym oddać samochód. Pracownik wypożyczalni, z uroczym uśmiechem: - Cześć, dzięki. Wypożyczający, z nadzieją na przedłużenie formalności w takim towarzystwie: - To wszystko? Nawet nie obejrzysz samochodu??? Pracownik wypożyczalni, odgarniając niesforny kosmyk włosów znad błękitnych ocząt: A postawiłeś go na parkingu? Wypożyczający, który nagle przestał spieszyć się na samolot, z nadzieją w głosie: Tak, może pójdziemy sprawdzić? Pracownik wypożyczalni: Skoro mówisz, że postawiłeś to tak jest. To wszystko, dziękuję i miłego dnia. Wypożyczający, ze wzrokiem zbitego psiaka: No tak, wzajemnie, cześć. Wniosek: maksyma "wierzyć i kontrolować" również jest Norwegom obca.
Tych kilka wydarzeń, wynikających z autopsji autora, skłania do zadania pytania o przyczynę tak istotnych różnic mentalno-kulturowych związanych z poziomem wzajemnego zaufania, uczciwości, tolerancji i zamiłowania do świętego spokoju. Czy dzisiejsza cywilizacja na pewno zmierza ku modelowi norweskiemu? Oby :)
Odcinek piętnasty
Co zachwyca w Norwegii poza "oczywistymi oczywistościami" w rodzaju fiordów, wodospadów i trolli? To cisza, którą aż słychać. To pustka, której aż pełno. To spokój, który aż przeszkadza.
Z większością cudnych miejsc na Ziemi jest tak, że wiemy o nich nie tylko my, ale i miliony innych turystów, którzy tak jak i my, chcą cieszyć się ich widokiem. W takiej masie skutecznie utrudniamy sobie nawzajem cieszenie się widokami, a cudne miejsca stają się powoli podobne do wiejskich targowisk - pełne hałasu, śmieci, straganów z kiczowatymi pamiątkami, budek z piwem i hamburgerami. Pełne ludzi, którzy często przyjeżdżają tyko po to, żeby móc pochwalić się tym potem przed ciocią i koleżankami z pracy. Człowiek człowiekowi przeszkadza? Smutne? Może, ale i prawdziwe. Miliony zachęcają potem następne miliony i tak trwa zaklęte koło marketingowego szaleństwa i pogoni za pieniędzmi turystów. Poszerzamy drogę do Zakopanego, zwiększamy przepustowość kolejki linowej na Kasprowy Wierch, budujemy nowe hotele, wytyczamy kolejne trasy narciarskie, mamy absurdalne pomysły o organizacji Igrzysk Olimpijskich w polskich górach. Przestajemy tylko pamiętać, że liczba tatrzańskich szczytów i uroczych dolinek pod Reglami ciągle pozostaje taka sama, zwierzęta uciekają, a lasy toną w śmieciach. Róbmy dużo zdjęć, żeby pokazać wnukom, jak piękna była kiedyś Polska? Marnym pocieszeniem jest to, że podobny mechanizm dotyczy całego świata.
W takich oto smutnych okolicznościach przyrody szczególnie przyciągają miejsca, które z jakichś względów nie zostały jeszcze zalane przez ludzka stonkę. Jednym z takich miejsc jest z pewnością Norwegia - jeśli nie cała, to mimo wszystko jeszcze spora jej część. Przyczyną stosunkowo małej, biorąc pod uwagę ogromne tamtejsze przestrzenie, liczby turystów odwiedzających ten kraj jest być może klimat i pogoda, być może ceny (rzeczywistość jest zresztą w tym względzie nieco milsza niż plotka). A być może to, że na zadane nam po urlopie pytanie: gdzie byłeś, odpowiedź: ?w Norwegii? jest dużo mniej trendy, jazzy, si, cool i lans niż: ?w Tunezji/Egipcie/na Wyspach Kanaryjskich/Costa Brava/itd.? I bardzo dobrze, bo są dzięki temu okolice, gdzie możesz trafić w piękne miejsce i nie spotkać nikogo w ciągu całego dnia (podziękujmy Japończykom za samowyzwalacze w aparatach).
Gdzie nie usłyszysz żadnego innego dźwięku obok szumu wodospadu, czy plusku wody rozbijającej się o skały fiordów. Gdzie zza drzewa nie wyskoczy na ciebie grupa rozwrzeszczanych gimnazjalistów krzepiących się chmielowym napitkiem podczas ?zielonej szkoły?. Gdzie na górskim szlaku nie natkniesz się na ?taterniczki? w minispódniczkach i szpilkach, w towarzystwie kolegów odzianych w ubiory sportowe, którzy postanowili właśnie wspólnie wejść na Rysy, bo podobno jest tam fajnie. Gdzie tuż obok nie usiądzie cymbał ze smrodzącym papierosem w zębach i słuchawkami na uszach, z których wydobywa się dźwięk przypominający walenie patelnią w garnek, ewentualnie piosenka poetycka z frazą typu: ?fajna dżaga ze mnie jest, sialalala?.
W Norwegii możesz wejść na potężny szczyt, który w wielu krajach byłby oblegany jako najwyższa góra, a tu nie nadano mu nawet nazwy, bo obok jest wiele podobnych. Możesz znaleźć się w tunelu, wewnątrz potężnej granitowej skały, siedzieć cały dzień tuż obok pięknego wodospadu, czy nad pięknym fiordem. Sami, w ciszy, pustce, spokojnie, gdzie na chwilę opuści nas pęd życia i wyścig szczurów.
P.S. A teraz zapomnijcie o tym, co tu napisano. Nie jedźcie do Norwegii - jest tam zimno, drogo, pusto i daleko, a podlewana ropą norweska gospodarka doskonale poradzi sobie bez Waszych dutków. Poza tym pamiętajcie, że fiordy są jadowite, a ich ukąszenie zagraża zdrowiu i życiu. Nie jedźcie - im nas tam mniej, tym lepiej. Dla przyrody i dla nas samych :)
Odcinek szesnasty
Choć wiadomości z Norwegii wyjątkowo rzadko goszczą w naszych mediach, nie oznacza to, że w tym olbrzymim kraju nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie - dzieje się, dzieje, i to jeszcze jak!
Oto subiektywny wybór kilku wiadomości z Norwegii z ostatnich dni.
Norweskie upały
Zdaniem norweskich meteorologów, nadchodzące lato będzie w Skandynawii najcieplejsze i najbardziej suche od 150 lat. Z pewnością nie oznacza to wielkich upałów w naszym rozumieniu tego słowa, i całkowitego braku opadów deszczu, szczególnie w płd-zach rejonie kraju, gdzie najstarsi Wikingowie nie pamiętają tygodnia bez opadów. Jest jednak doskonałym pretekstem do spędzenia tam już najbliższego urlopu :)
Hot-dog z łososia
Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom rodziców, którzy nie mogą już patrzeć na swe pociechy napychające brzuszki bułami z kotletami spod znaku wielkiego żółtego 'M', jeden z czołowych norweskich przetwórców ryb postanowił rozpocząć produkcję parówek z - łososia. Łososiowe parówy można z powodzeniem włożyć w bułeczkę i zapodać naszemu dziecięciu jako zwykłego hot-doga. Producent zapewnia bowiem, że dzięki odpowiednim przyprawom udaje się skutecznie zamaskować rybny smak i zapach dania. Jest nie tylko zdrowo, ale i tanio, bo ceny łososia systematycznie spadają. Co prawda łosoś, który nie smakuje i nie pachnie jak łosoś z pewnością traci na swojej łososiowatości, ale niech tam. Nie będziemy wybrzydzać, jeśli niektórzy z nas jedzą jakże urozmaicone dania składające się z: kotleta z soi, ziemniaków z soi, surówki z soi i lodów z soi popijanych, a jakże, sokiem z soi...
Tramwaje bez hamulców
Było śmieszno, teraz będzie straszno. Mieszkańcy Oslo bardzo ucieszyli się pod koniec ubiegłego roku, gdy władze miasta zakupiły dla nich kilkadziesiąt nowych składów kolejki miejskiej za kilka milionów dolarów. Są austriackie, błyszczące, ciche, komfortowe i w ogóle śliczne. Okazało się, że mają tylko jedną wadę... Nie da się ukryć, że dosyć istotną. W norweskich warunkach pogodowych przestają działać systemy hamulcowe, co powoduje, że próby zatrzymania tramwaju przy peronach często kończą się sukcesem dobre kilkadziesiąt metrów dalej. Mimo to, rzecznik prasowy kolejki stwierdził, że pociągi odpowiadają oczekiwaniom mieszkańców. Można by dodać, że często nawet dalece je przekraczają... Co najmniej o kilkadziesiąt metrów :) Władze Oslo obiecują, że wkrótce zamontowane zostaną dodatkowe systemy hamulcowe. Tymczasem na razie nie wiadomo jeszcze nawet, kto podejmie się ich produkcji...
Plaga łosi
O łososiach powyżej, czas więc na łosie. Populacja norweskich łosi jest obecnie trzydziestokrotnie większa niż na przełomie XIX i XX wieku i prawdopodobnie najliczniejsza od czasów epoki lodowcowej - z przerażeniem informują tamtejsze media. W związku z tym znacząco wzrosła liczba wypadków drogowych z udziałem tych sympatycznych czworonogów. Znajduje to swoje negatywne odzwierciedlenie także w norweskiej przyrodzie. Łosie dokonują prawdziwego spustoszenia w roślinności, same padają z kolei łupem coraz większej liczby wilków i lisów. W czasie norweskich wypraw rozglądajmy się więc na boki - co prawda fiordy jedzą z ręki, ale o łosiach różnie mówią...
Odcinek siedemnasty
 | | Na zdjęciu: Mieszkający w Białowieży polski kolega łosi norweskich. | Lato w pełni, wakacje zbliżają się niczym skały do statku w Geirangerfjordzie. A może by tak do Norwegii?
Choć w jednym z poprzednich „obrazków” (zwanych też przez niektórych „literackimi impresjami” :) zadeklarowałem delikatną niechęć do zorganizowanych form wypoczynku, to rozumiem wszystkich wybierających takie właśnie oferty. Spokój, organizacja, zdanie się we wszystkim na przemiłą panią pilot-przewodnik z pewnością ma swoje dobre strony. Nie trzeba kombinować, szukać, czytać, martwić się o noclegi, transport, środki odstraszające dzikie fiordy (potrafią być diabelstwa niezwykle uparte i otoczyć turystę ze wszystkich stron :)
Z myślą właśnie o takich osobach postanowiłem spróbować znaleźć ciekawą wycieczkę do Norwegii na stronach dwóch popularnych portali turystycznych. A raczej znaleźć próbowałem bo na pierwszym z nich Norwegi jako kierunek wyjazdowy w ogóle nie istnieje… Jest Brazylia, Jamajka, Bali i Mauritius, a Norwegii ni ma…Ba, nie ma tam żadnego kraju skandynawskiego, Europa Zachodnia zaczyna się i kończy na Hiszpanii i Portugalii, ze wschodniej mamy dwa kraje, a z południowej jeszcze ze trzy. Misją firmy jest podobno pomoc w podróżowaniu.
Dobrze, że chwilowo nie edukacja, bo wobec tak przedstawionego obrazu świata przestaje dziwić dlaczego jeszcze kilkaset lat temu powszechna była wiara, że Ziemia jest płaskim dyskiem leżącym na skorupach żółwi stojących na słoniach (lub lezącym na słoniach stojących na skorupach żółwi – właściwie co za różnica … Chyba, że z punktu widzenia samych żółwi …)
Z przestrachem zabrałem się więc za przeszukiwanie drugiego portalu. A tu miła niespodzianka – wśród kilkudziesięciu krajów świata (włącznie z tak mało popularnymi turystycznie kierunkami, jak Azerbejdżan, Iran, czy Rumunia) jest i Norwegia i kilkanaście ofert wycieczek. Ceny – od 2 tysia za weekend w Oslo po 12 tysia za rejs wzdłuż zachodniej Norwegii (dodajcie sobie jeszcze dojazd i powrót z portu w Anglii…) Większość ofert oscyluje wokół 4 – 7 tysia za 10 – 12 dni.
Skupmy się jednak na tańszych wyprawach, odrzucając od razu atrakcje w rodzaju dwudniowego wyjazdu do Oslo lub też pięciodniową wycieczką autokarową, w trakcie której – jak zapewnia organizator, zwiedzimy Sztokholm, Kopenhagę i Oslo… Powinien raczej napisać, że „liźniemy”, albo „otrzemy się” … Tymczasem, już za 2100 zł możemy pojechać w całkiem ciekawą (jak wynika z opisu) podróż do Oslo, Lillehammer, Drogi Trolli, Drogi Orłów, Gudvangen, Stalheim i Bergen, mijając po drodze kilka najpiękniejszych fiordów i wodospadów zachodniej Norwegii. Naprawdę nieźle, nawet biorąc pod uwagę, że kolejne kilkaset złotych wydamy na bilety wstępu albo dodatkowe rejsy statkami.
Minus jest jeden – to tylko siedem dni, ale biorąc pod uwagę ambitny plan wycieczki – siedem dni bardzo intensywnych i pełnych wrażeń. Marne szanse, by na własną rękę pokonać tę trasę taniej (choć chińskie zupki produkcji polskiej na ziemi norweskiej również smakują wyśmienicie :) Choć to już czerwiec warto więc kombinować, szukać i porównywać oferty. A nuż uda się ustrzelić jakiegoś ładnego last-minuta lezącego sobie gdzieś na internetowym uboczu… Myśliwi, polowania, radość z łupu i wdzięczność obdarowanych kobiet pozostały – zmieniła się tylko broń, zwierzyna, jaskinie, tereny polowań i dary dla pań. Choć te ostatnie akurat niewiele: drzewiej diament, dzisiaj brylant…
Odcinek osiemnasty
Co słychać w Norwegii, czyli wakacyjne doniesienia z krainy fiordów.
Siatkówka plażowa w chmurach
W tegorocznym turnieju siatkówki plażowej w Stavanger, na południu kraju, bierze udział 240 zawodników z 30 krajów świata. Organizatorzy zastanawiają się już nad organizacją jego przyszłorocznej edycji. Marzą, by część meczy, w tym pierwszy i finałowy, odbyła się na słynnym pobliskim masywie Prekestolen, którego pionowe skały wznoszą się nad Lysefjorden na wysokość prawie 600 metrów (zdjęcia np. tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/Prekestolen). Mimo zapierającej dech w piersiach wysokości nie zainstalowano tam żadnych zabezpieczeń, by nie ograniczać wspaniałego widoku. Jak podaje Wikipedia, nie zanotowano tam żadnych wypadków, poza kilkoma samobójstwami… Sporo czasu zająć może jednak zdobycie stosownych pozwoleń od miejscowych władz, jak i międzynarodowej federacji siatkówki. Zawodnicy z entuzjazmem podchodzą do pomysłu rozegrania tam spotkań, choć niektórzy skarżą się na lęk wysokości. Proponuję wyznaczyć linie końcowe boiska na skraju przepaści – aut nie będzie budził żadnych wątpliwości. Ciekawe tylko, kto będzie schodził po piłki…
Burzliwy mecz
Kontynuujemy wątek sportowy. Zawodnicy drużyn rozgrywających mecz piłki nożnej w Oslo, w ostatni czerwcowy czwartek, zostali dosłownie przybici do ziemi. W pewnej chwili, nad boiskiem zrobiło się ciemno, a prosto w murawę zaczęły walić pioruny. – Od początku meczu, w oddali widać było burzę, ale nagle nad stadionem zawisła ciemna chmura – relacjonują zawodnicy. – Nagle wszędzie wokół zaroiło się od błyskawic, wszyscy padliśmy na ziemię i nie ruszaliśmy się kilka dobrych minut, to było straszne… Spokój zachował jedynie sędzia – widząc, że dwudziestu zawodników leży na trawie i nie zamierza kontynuować gry, zakończył mecz na pięć minut przed czasem. Nikt nie odniósł obrażeń, choć przy schodzeniu z boiska wszystkim podobno trzęsły się nogi…
Na zakupy piechotą i do centrum
Norweskie władze chcą wkrótce wprowadzić zakaz budowy na przedmieściach supermarketów o powierzchni większej niż 3 tys metrów kwadratowych. Chodzi o nakłonienie klientów do zakupów w centrach miast, ograniczenia ruchu samochodów, korzystania z transportu publicznego i tym samym ochrony środowiska naturalnego. Chwilowo nie ma jeszcze odpowiedzi na pytanie, jak klienci powinni radzić sobie z przewiezieniem masy zakupów autobusem. Może po prostu tyle nie kupować? Wyjdzie taniej, zdrowiej, będzie mniej śmieci, za to więcej czasu. Spadnie też zużycie specyfików na wątrobę i żołądek, po połknięciu których, jak powszechnie wiadomo, można bez żadnych przeszkód wciągnąć kilo kiełbachy z grilla (wraz z grillem), bochen chleba (wraz z chlebakiem), musztardę (wraz ze słoikiem), keczupa (wraz z butelką), zgrzewkę piwska (wraz z puszkami), a na zakończenie dopchać lodami (wraz z lodówką)…
Dramatyczny wzrost bezrobocia
Norwescy ekonomiści biją na alarm – wzrost gospodarczy kraju zwalnia. Jednoznacznie wskazuje na to rosnąca stopa bezrobocia. Od marca do maja br. bezrobocie w tym kraju wzrosło z 2,4% do 2,5% … Faktycznie nieszczęście… Tymczasem tacy np. Polacy są przeszczęśliwi, gdyż świętują właśnie obniżenie tego wskaźnika do 10%... Martwić się z 2,5 i cieszyć z 10… Dziwny jest ten świat, jak śpiewał Czesław Niemen. I piękny, jak śpiewał Louis Armstrong :)
Odcinek dziewiętnasty
To, że położenie geograficzne kraju, a w konsekwencji jego klimat, ma olbrzymie znaczenie dla wszelkich dziedzin życia mieszkańców wydaje się rzeczą tak oczywistą, że zupełnie się nad nią nie zastanawiamy.
A może czasem warto, bo różnice między krainami, położonymi stosunkowo niedaleko od siebie - czym jest kilka tysięcy kilometrów wobec takich na przykład odległości w kosmosie :), są olbrzymie. Przyroda i pogoda odciskają się na danym regionie świata w sposób znacznie silniejszy niż sądzimy. Wpływają nie tylko na gospodarkę, czy architekturę, ale także na historię, ludzką mentalność – charakter, podejście do życia i innych ludzi, sztukę i literaturę.
Północ – Południe. Podział Europy na część północną i południową wydaje się szczególnie uzasadniony, jeśli spojrzeć na czasy dzisiejsze, ale i na historię, czy literaturę tych regionów. Kraina języków germańskich (Skandynawia, Islandia, Anglia, Niemcy) a kraje śródziemnomorskie (Grecja, Turcja, Włochy, Hiszpania i in.). Elementy wspólne dla krajów w obrębie danej grupy, jak i różnice między grupami widoczne są na pierwszy rzut oka właściwie w każdej dziedzinie życia. Ciekawe, że nasza kultura, mimo geograficznej bliskości Północy, pozostaje generalnie pod silnym wpływem Południa (a najsilniejszym – Ameryki). Uczymy się o mitologii i historii starożytnej Grecji i Imperium Rzymskiego, nie słysząc o znacznie się od nich różniących: mitologii celtyckiej, germańskiej i skandynawskiej. Tymczasem, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym… Wolimy polecieć na wakacje do Grecji, Turcji, czy Włoch niż Szwecji, Norwegii, czy nawet Irlandii. Trudno tu jednak o wybór świadomy, bo o ile Południe jest nam dość dobrze znane – choćby przez wiadomości w mediach, to Północ (poza Anglią i Niemcami) właściwie w nich nie istnieje. Tymczasem Północ tym różni się od Południa, czym brytyjski serial „Robin z Sherwood” od amerykańskiego (lecz mających ukazać Południe) „Gladiatora”, czy „Troi”. I tym, czym muzyka irlandzkiego zespołu „Clannad”, fińskiego „Nightwish”, czy Bjork z Islandii różni się od tej granej przez hiszpańską kapelę Las Ketchup (od słynnego „Asereje”), czy również hiszpańską „Marques”….
Geneza tych różnic wydaje się tkwić właśnie w przyrodzie i pogodzie. A że, jak chciał Norwid, różnić się trzeba mocno i pięknie, to i proszę: Północ - surowy klimat, zimno, deszcz, ciemność i wynikające z nich: strach, pustka, samotność, tajemniczość, groza, niebezpieczeństwo i walka. Południe to ciepło i słońce, a w konsekwencji radość, otwartość, zgiełk, obfitość, wygoda i odpoczynek. Północ to nieznane, Południe to spokój. Podsumowując: „Wyjazd na Północ to wyprawa, wyjazd na Południe to wakacje” – stwierdziła niedawno moja żona po powrocie z Grecji, pamiętając ubiegłoroczne wakacje w Norwegii. Prawdą jest, co ta Kobieta rzecze…
Odcinek dwudziesty
Fakty i „fakty medialne” z życia wyższych sfer, a szczególnie ze sfer najwyższych, czyli królewskich, znajdują miliony odbiorców na całym świecie. Szczegółowe doniesienia z każdego niemal kroku członków brytyjskiej rodziny królewskiej, włącznie z pogłębioną analizą ubioru królowej, tudzież wygłupów jej wnuków, czyli książątek, przestały być domeną wyłącznie brukowców i tabloidów.
Wzięły się za nie także opiniotwórcze i poważne, zdawałoby się, media – z BBC na czele. ‘Vox populi, vox dei’ – ludziska czytają i oglądają, więc pisze się i pokazuje, niekoniecznie prawdziwie, ale za to sensacyjnie, zgarniając przy okazji miliardy funciaków i eurasów… Nie inaczej jest zresztą także w każdej z 10 pozostałych monarchii europejskich. Właśnie tak – w Europie mamy 11 królów (lub królowych) i cały tłum członków ich rodzin. Poza wspomnianą Wielką Brytanią, monarchiami są bowiem: Belgia, Dania, Hiszpania, Holandia, Liechtenstein, Luxemburg, Monako, Norwegia, Szwecja i Watykan. Poplotkujmy więc i my, choć wbrew temu co łączy większość plotek – u nas będzie wyłącznie prawdziwie. W Królestwie Norwegii, bo o nim rzecz jasna, i jak zwykle tutaj, mowa, od stycznia 1991 r. królewską koronę nosi król Harald V. Gdyby nie związek z królową Sonją, życiorys króla byłby nudziarstwem, a prasa i czytelnicy nie mieliby czym się ekscytować. Urodził się 71 lat temu, jest synem poprzedniego króla Norwegii – Olafa V i księżniczki szwedzkiej Marty. Podczas II wojny światowej wyjechał do Szwecji, a potem Stanów Zjednoczonych. Po powrocie do Europy ukończył Norweską Szkołę Oficerów Kawalerii i Uniwersytet w Oksfordzie. Kres temu wzorcowemu, jak na członka rodziny królewskiej przystało, życiorysowi przyniosły lata 60 ubiegłego wieku, gdy Harald powiadomił norweską opinię publiczną o swoim związku z niejaką Sonją Haraldsen, córką mieszczan z Oslo. Jak wiadomo mezalianse, choć bardzo niemile widziane przez rodziny królewskie, to coś co wszyscy pozostali uwielbiają. Można przecież pomstować, żalić się, wściekać, dociekać, a nade wszystko plotkować. Nie inaczej było w tym przypadku. Aż dziewięć lat trwały plotki, dyskusje, konsultacje i ustalenia między rodziną królewską a Parlamentem, rządem i społeczeństwem, by w końcu, w 1968 r., król Olaf V zaakceptował plany małżeńskie syna i zezwolił na zaręczyny i ślub z Sonją. Po śmierci ojca, w 1991 r., Harald V zasiadł na tronie królewskim. Para królewska ma dwoje dzieci: Martę Ludwikę (37 lat) i Haakona Magnusa (35).
W przeciwieństwie do starszej siostry, Haakon dostarcza mediom wielu wdzięcznych tematów. Nie dość, że dwukrotnie już, w okresach ciężkiej choroby ojca, „królował” Norwegom, to jeszcze siedem lat temu poślubił samotną matkę z nieślubnym dzieckiem, którego ojciec był na dodatek oskarżony o posiadanie i handel narkotykami. Jakby tego było mało, para zamieszkała ze sobą nie tylko przed ślubem, ale jeszcze przed zaręczynami. Czegóż więcej potrzeba było panom redaktorom i wydawcom skwapliwie przeliczającym dutki, by rozpętać medialny skandal… Tym bardziej, że niewiele trzeba, by społeczeństwo niezdrowo bulwersowało się, gdy nagłośnione zostają zachowania, wydarzenia i zjawiska doskonale temu społeczeństwu znane, na co dzień obserwowane, ale ciągle z jakichś powodów wstydliwie ukrywane i przemilczane. Polityczna poprawność - czy to w Norwegii, czy to w Polsce – zakłamanie to samo… A że król, czy książęta… Miłość nie zna żadnych granic
Krzysztof Motylski
|