"Sen o jesieni" Jona Fossego wystawiony na "Scenie w Bramie" Teatru J. Słowackiego w Krakowie to sztuka o tym, co w naszym życiu najważniejsze – o miłości, która jest początkiem i o śmierci, będącej końcem wszystkiego.
Zapraszamy do przeczytania recenzji sztuki przygotowanej specjalnie dla czytelników serwisu Norwegofil.pl przez Magdalenę Wróbel.
Jak śmierć jest miłość...
Scena w Bramie Teatru im. Słowackiego właściwie nie jest sceną. Przypomina raczej foyer, jakąś teatralną poczekalnię: to długi, dosyć wąski, ceglany korytarz z sufitem niknącym wysoko w ciemnościach i ze stołkami ustawionymi w jednym rzędzie pod ścianą. Jest ich kilkanaście – w każdym razie niewiele. Miejsce kameralne. Idealne, by opowiedzieć za pomocą prostych środków historię o odwiecznych ludzkich problemach i rozterkach.
Dopiero po chwili orientujemy się, że przestrzeń gry została już jednak wydzielona – naprzeciwko nas ustawione są trzy krzesła. To właściwie jedyna scenografia, oprócz ramy drewnianego konfesjonału i kamieni ułożonych w ciemnym kącie. Jest jeszcze kilka jesiennych, zeschłych liści, rozrzuconych po podłodze niby przypadkiem. Subtelnie. Bo cały, odegrany tu za chwilę spektakl współczesnego norweskiego dramaturga Jona Fossego, Sen o jesieni, wyreżyserowany przez Mariusza Wojciechowskiego, to opowieść bardzo subtelna.
Światła gasną – opowieść się zaczyna. Z mroku wyłania się postać Mężczyzny (Mariusz Wojciechowski). Materializuje się powoli, jak zjawa, jak jakaś oniryczna wizja. W tle Marianne Faithfull śpiewa It is safe to sleep alone/ In a place no one knows / And to seek life under stones. Odpowiedni klimat został stworzony. Jest jesień. Pora nostalgii i wspomnień. Czas zadumy, refleksji nad tym, co utracone. A my znajdujemy cię na cmentarzu, w miejscu, które jest symbolem przemijania.
Mężczyzna dostrzega nagle dawną znajomą, Kobietę ze swojej przeszłości (w tej roli Joanna Mastalerz). Niby spotkanie to jest zupełnie przypadkowe, ale wiemy, że każda z tych dwóch postaci przyszła tu, na cmentarz, z nadzieją spotkania tej drugiej. Niby nic ich dawniej nie łączyło, ale uczucia, które grają między nimi są tak silne, że atmosfera staje się aż gęsta od napięcia.
Słowa w tekście Fossego są prozaiczne, nie trafiają w sedno. Dzień dobry, Co u Ciebie?, Jak życie? W porządku. Bohaterowie używają konwencjonalnych zwrotów, oficjalnych kalek językowych, bo nie chcą, albo zwyczajnie nie potrafią mówić o tym, co naprawdę czują, co naprawdę ich boli, denerwuje, wzrusza. I tak będzie już do końca spektaklu – utarte formułki, powracające nieustannie jak refren, rozmijające się słowa, banalne pytania pozostające bez odpowiedzi. Albo znaczące milczenie. Bo w tym świecie każdy jest sam ze swoimi uczuciami.
Ale emocji nie da się do końca zdusić – człowiek desperacko potrzebuje bliskości drugiej osoby, jej dotyku, miłości i zrozumienia. Dlatego dramat Fossego rozgrywa się niezależnie od słów, na poziomie gestów, spojrzeń, ukradkowych muśnięć skóry. Tu dzieje się wszystko to, co najważniejsze. Fascynująca jest obserwacja, jak za pomocą subtelnych środków aktorskich można opowiedzieć tak wiele o relacjach między ludźmi, o uczuciach, które nimi targają.
A relacje te, jak to zwykle bywa w życiu, są banalnie skomplikowane. Mamy tu typowy miłosny trójkąt: ona, on i jego niekochana żona, której chciałby pozostać wierny ze względu na łączące ich wspomnienia i z powodu syna. Ale nie potrafi. Przeszłość przywołana przez spotkanie dawnych kochanków staje się ważniejsza niż myślenie o komplikującej się nagle przyszłości.
Dzika namiętność wygrywa, już nie można dłużej chować jej pod maską spokoju i opanowania, już nie można udawać obojętności. Miłość, która staje się rozpaczliwą próbą ocalenia, zaczyna się na nowo, ale jest to uczucie poczęte na cmentarzu, w otoczeniu grobów, w perspektywie śmierci. Bo jak śmierć jest miłość. Tak potężna, a zarazem tak destrukcyjna. Kochankowie odchodzą, by spróbować zbudować swój świat na nowo.
Nagle dwie postaci siedzące do tej pory między widzami wstają. To Matka (Małgorzata Ząbkowska – Kołodziej) i Ojciec (Marian Dziędziel) Mężczyzny, którzy przyszli trochę za wcześnie, tu, na cmentarz, na pogrzeb babci. Wyszli z widowni, więc my czujemy się trochę tak, jakbyśmy też mieli uczestniczyć w ceremonii pochówku.
Czekają. Nie tylko na pogrzeb, ale też na pojawienie się syna i jego nowej żony, której jeszcze nie mieli okazji poznać. Czy przyjdzie? Przecież mówił, że przyjdzie... Przychodzi. Ale między nim a rodzicami nie ma już żadnej płaszczyzny zrozumienia, przebaczenia. Więzy zostały zerwane, wyrządzone sobie wzajemnie, ale też te urojone krzywdy nie mogą zostać zapomniane, nie ma już uczuć, tylko niepokój, wzajemne wymówki i niedopowiedzenia. Próba nawiązania na nowo jakichś cieplejszych stosunków kończy się niepowodzeniem.
Także miłość, która miała być uzdrowieniem, nie uleczyła egzystencjalnych napięć i leków bohaterów, nie ocaliła niczego. Namiętność wygasła, zostało tylko trudne uczucie, przekonanie o klęsce i zmarnowanym życiu, którego nie udało się odbudować. Miłość umarła.
Na pogrzeb przychodzi także Gry (Dorota Godzic), była żona, blada jak śmierć, w ciemnym płaszczu, z martwym wyrazem oczu. Przychodzi, by powiedzieć, że ich syn nie żyje. Łącząca ich z przeszłością nić została zerwana. Nie ma już powrotu, nie ma przyszłości, nie ma nadziei...
Cały tekst Fossego przesiąknięty jest atmosferą śmierci i wszechogarniającego smutku. Postaci, jak senne zjawy, jak żywe trupy snują się po cmentarzu, dużo milczą, dużo patrzą w dal. Zdają się być martwi już za życia. Wojciechowski bardzo umiejętnie oddał ten klimat – nie ma w jego spektaklu ani jednego zbędnego gestu, ani jednego nieprzekonywującego spojrzenia, ani jednego niepotrzebnego elementu scenografii. Pozornie banalna, historia Fossego, poruszająca najważniejsze problemy ludzkiej egzystencji, która dokonuje się w perspektywie śmierci, opowiedziana jest we wzruszająco prosty i przejmujący sposób. To sztuka o tym, co w naszym życiu przecież najważniejsze – o miłości, która jest początkiem i o śmierci, będącej końcem wszystkiego.
Autor: Magdalena Wróbel
Scena w Bramie Teatru J. Słowackiego w Krakowie, Jon Fosse Sen o jesieni, reż. Mariusz Wojciechowski, scen. Jagna Janicka, opr. muz. Józef Opalski






