Pierwszy raz odwiedziłem Spitsbergen na przełomie marca i kwietnia 1998. Wtedy przebywałem na wyspie niespełna tydzień i zwiedziłem tylko najbliższe okolice Longyearbyen. Jednak dzięki tej wyprawie poznałem warunki panujące w Arktyce zimą i zdobyłem niezbędne doświadczenie do organizowania następnych wypraw.
W 2001 ponownie stanąłem na Svalbardzie, tym razem jednak, aby zdobyć jego najwyższy szczyt Newtontoppen.
WYPRAWA SPITSBERGEN 2001
|
Autor relacji: |
Wyspę tą odkrył w 1596 roku Barents. Obecnie znajduje się ona pod protektoratem Norweskim i zamieszkuje ją na stałe niespełna 1300 osób. Większość stanowią Norwedzy zamieszkujący trzy miasta: Longyearbyen, Sveagruva oraz Ny-Alesund. W Barentsburgu mieszka około 400 Rosjan, a na południu, nad fiordem Hornsund, polską bazię badawczą zamieszkuje co roku dziesięciu naszych rodaków. Większość mieszkańców wyspy to górnicy, którzy pracują w kopalniach powstałych na początku XX wieku. Obecnie wydobycie węgla ma coraz mniejsze znaczenie dla gospodarki tego rejonu, natomiast turystka stała się na Spitsbergenie bardzo ważnym źródłem dochodów
Formalności
Pod koniec marca i w kwietniu na Spitsbergenie panuje jeszcze zima, chociaż noc staje się coraz krótsza, a w połowie kwietnia dzień polarny obejmuje w swe władanie tę cześć świata. Dla nas są to najlepsze miesiące, aby o własnych siłach, ciągnąc cały bagaż na saniach, przemierzając doliny, zamarznięte fiordy i lodowce dotrzeć do Newtontoppen - szczytu położonego niecałe 1300 km od bieguna północnego.
Pierwsze dwa dni pobytu w Longyearbyen mijają nam na załatwianiu wszelkich formalności. Wypożyczamy broń – strzelbę pięciostrzałową „Mosberg” i karabin „Mauzer” pochodzący z czasów II wojny światowej oraz rakietnicę. Wszystko to na wypadek spotkania z niedźwiedziem polarnym. Misie to bardzo ciekawskie zwierzęta, dlatego też, jeżeli zobaczą coś nowego, intrygującego je, chcą przyjrzeć się temu z bliska. Takie spotkanie z niedźwiedziem może zakończyć się bardzo nieszczęśliwie, dlatego broń może okazać się wielce przydatna do odstraszenia tych najbardziej ciekawskich, oraz do obrony przed zbyt agresywnymi. Dodatkowo, kupujemy trapwire’y (rodzaj petard połączonych linką), które rozstawione wokół namiotów mają ostrzegać nas przed nieoczekiwaną wizytą największych lądowych drapieżników.
Każda wyprawa ruszająca dalej poza obręb Longyearbyean musi być zgłoszona u Sysselmanna (gubernatora Svalbardu). To on decyduje o wydaniu pozwolenie na swobodne poruszanie się po obszarze całego Svalbardu. Uczestnicy wyprawy muszą także udowodnić, że są w stanie podołać czekającym ich wyzwaniom. Pokazać sprzęt i wypełnić dokumenty informujące o przebiegu trasy ekspedycji, przedstawić posiadane doświadczenie oraz podać dokładne dane personalne. Absolutnie obowiązkowe jest posiadanie GPS (urządzenia podającego naszą pozycję na podstawie informacji pochodzących z satelity), radioboi (urządzenia nadającego sygnał SOS i podającego naszą pozycję w razie niebezpieczeństwa) oraz ubezpieczenia na wypadek akcji ratunkowej.
Wypełnianie wymaganych formularzy zajmuje nam kilka minut, po czym otrzymujemy pozwolenie na rozpoczęcie wyprawy oraz kartę, którą po powrocie do Longyearbyen mamy zwrócić Sysselmannowi. Karta ta stanowi rodzaj dokumentacji wyprawy oraz jest dla gubernatora potwierdzeniem, że powróciliśmy do miasta. W razie, jeżeli karta nie zostanie dostarczona w uzgodnionym wcześniej terminie, Norwedzy rozpoczną poszukiwania naszej czwórki.
Ruszamy
Pakujemy sanie, sprawdzamy rakietnicę i broń, następnie kładziemy ją razem z amunicją pod ręką. Zachodzimy jeszcze do sklepu kupić paliwo do kuchenek, kilka tabliczek czekolad i innych łakoci. Ja i Rafał ciągniemy nasze sanie samodzielnie, Mariusz z Łukaszem zapakowali swój sprzęt na jedne sanie, które ciągną wspólnie. Mamy z sobą wszystko co pozwoli nam przeżyć miesiąc na lodowej pustyni. Pierwszy nocleg zastaje nas kilkanaście kilometrów od Longyearbyen, w dolinie Adventdalen. Jest –25°C, ale w naszych śpiworach nie marzniemy zbytnio. Rafał i ja śpimy osobno, każdy w swoim własnym namiocie. Mariusz z Łukaszem dzielą namiot wspólnie. Mimo, że idziemy razem działamy trochę każdy na własną rękę. Na początku wyprawy musimy tak wyregulować nasze organizmy, aby potrzeby fizjologiczne załatwiać wieczorem lub rano, kiedy jesteśmy jeszcze w namiotach. W przedsionku wykopujemy dół, który w tych warunkach musi zastąpić toaletę. Gotowanie w namiocie podnosi w nim temperaturę, a dodatkowo namiot chroni przed wiatrem dzięki czemu można uniknąć nieprzyjemnych doznań i odmrożeń.
Wieczorem po kolacji jest trochę czasu na przejrzenie sprzętu, drobne naprawy, czy prowadzenie dziennika. Rano natomiast trzeba się ostro uwijać. Po śniadaniu szybkie pakowanie i wymarsz, aby rozgrzać nogi w lodowatych butach zanim odmrożą się palce. Pogoda jest bardzo ładna, więc idzie się bardzo dobrze. Często spotykamy norweskich turystów na skuterach. Dla nich 20 km to niespełna pół godziny, dla nas to cały dzień marszu.
Wychodząc z Longyearbyen dowiedzieliśmy się, że Fredheim – chata zbudowana nad brzegiem fiordu, niedaleko jednego z największych Spitsbergeńskich lodowców Von Postbreen - jest otwarta dla wszystkich. Decydujemy więc, że trzecią noc spędzimy właśnie tam. Odległość od naszego ostatniego obozu do Fredheimu to przeszło dwadzieścia kilka kilometrów, dlatego też dopiero późno w nocy docieramy do chaty. Na szczęście o tej porze roku słońce nie skrywa się za horyzontem, dzięki czemu maszerując do późnych godzin nocnych nie musimy błądzić w ciemnościach.
Nad brzegiem fiordu zastajemy dwa budynki: większy zamknięty, będący własnością prywatną i mniejszy otwarty dla wszystkich, w którym zatrzymujemy się na noc. Chata składa się dwóch pomieszczeń: obszernej kuchnię i niewielkiej sypialni z trzema łóżkami. Po napaleniu w piecu robi się całkiem przyjemnie. Rafał naprawia wiązanie, w którym poluzowały się śruby, ja zszywam spodnie. Przeszliśmy niespełna 40 km a sprzęt już wymaga naprawy. Przed nami jeszcze jakieś trzysta kilometrów. Aż strach myśleć co będzie dalej. Przeglądając różne rzeczy znajdujące się w chacie, natrafiamy na informacje, że przebywał w niej także Reinhold Messner, trenując przed wyprawą na Antarktydę. Fredheim jest także wykorzystywany przez naukowców z Norweskiego Instytutu Polarnego jako baza podczas prowadzonych badań nad lisami polarnymi. Rano zanim ruszymy dalej bierzemy się za uzupełnienie zapasów drewna, które zużyliśmy na ogrzanie naszej sypialni. Nie jest to trudne. Na brzegu fiordu można znaleźć dużo drewna dryftowego, a w chacie jest piła i siekiera, więc przygotowanie drewna na opał zabiera nam niewiele czasu.
Miś
Chcąc iść dalej na północ, musimy przeprawić się przez fiord. Na szczęście jest zamarznięty, więc nie ma z tym większych problemów. Na lodzie przy otworach oddechowych (przeręblach) leży sporo fok. Są to foki grenlandzkie, brodate i obrączkowe. Przy jednym z otworów napotykamy śnieżnobiałą, nowo narodzoną fokę. Nie zatrzymujemy się przy niej zbyt długo, aby nie niepokoić matki wystawiającej co chwilę nerwowo głowę z przerębla. Przemierzając fiord, rozglądamy się bacznie dookoła, siebie gdyż obfitość fok z pewnością przyciągnęła niedźwiedzie, a na bliższe spotkanie z nimi nie mamy ochoty. Nagle w oddali dostrzegamy czarny kształt zmierzający w naszą stronę. Wygląda jakby ktoś jechał na skuterze, ale naszą uwagę zwraca fakt, że dziwnie kołysze się na boki. Sięgam po lornetkę, aby lepiej się temu przyjrzeć. Po chwili lornetka zaczyna krążyć z rąk do rąk, gdy okazuje się, że spotkanie z niedźwiedziem stało się faktem. Wyciągamy broń i rakietnicę, aby były pod ręką, ładujemy je, a dodatkową amunicję upychamy w łatwo dostępnych kieszeniach. Z napięciem, ale i ciekawością obserwujemy zbliżającego się niedźwiedzia. Miś jednak dostrzegł nas i obszedł dużym łukiem. Widać nie chciał ryzykować spotkania z człowiekiem. Ruszamy dalej, kierując się do traperskiej chaty leżącej na drugim brzegu Sassenfiordu. Lód przy brzegu okazuje się bardzo spękany i dlatego musimy ściągnąć narty. Sanie do brzegu dociągamy z trudem, walcząc z niewielkimi torosami. Na szczęście noc możemy spędzić w chacie traperskiej. Wprawdzie ledwo się w niej mieścimy, a dwóch z nas zmuszonych jest do spania na podłodze, ale odpada nam za to rozstawianie namiotów. Rozpalamy w piecu i w cieple przygotowujemy kolację.
Płaskowyż
Billefiord, którym chcieliśmy iść na północ okazuje się rozmarznięty, decydujemy więc, że dalej pójdziemy doliną Gipsdalen i z niej podejdziemy na płaskowyż lodowy. Pogarsza się pogoda. Zaczyna wiać, padać śnieg, a dodatkowo wszystko spowija mgła. Spotykamy renifery i pardwy górskie – jedyne ptaki, które przebywają na Svalbardzie cały rok. W połowie drogi do czoła lodowca, którym mamy podchodzić na płaskowyż zatrzymujemy się na nocleg w napotkanej chacie traperskiej. Nie przypomina ona jednak tych spotkanych wcześniej. Nie ma drzwi, jedynie płachtę zasłaniającą wejście, a ściany i dach sklecone są niezdarnie z cienkiej dykty.
Szóstego dnia wyprawy docieramy w końcu do Florabreen – lodowca, po którym zamierzamy wspiąć się na płaskowyż. Wspinaczka przypomina męczarnie Syzyfa. Ciągniemy przeszło 70 kilogramowe sanie, a prosto w twarz wieje nam lodowaty wiatr, który powoduje odmrożenia policzków i nosa. Temperatura spada poniżej -50C, a do pokonania mamy przeszło 500 m różnicy poziomów. Podejście podobne jest do wchodzenia po schodach. Kiedy wydaje się, że już widać szczyt, okazuje się, że to tylko kawałek płaskiego terenu, za którym jest kolejne podejście. Po kilku takich złudzeniach wydaje się nam, że będzie to trwało w nieskończoność, a płaskowyż jest czymś tak odległym i abstrakcyjnym jak gorąca kąpiel. Kiedy już opuszczają nas siły i zastanawiamy się czy nie rozbić obozu, a wspinaczkę kontynuować na drugi dzień, naszym oczom ukazuje się płaskowyż z nielicznymi, sterczącymi i delikatnie ośnieżonymi szczytami. Rozbijamy obóz i bierzemy się za opatrywanie odmrożeń. Rafałowi pęka mocowanie buta w wiązaniu. Na szczęście ten typ Rotteffeli posiada specjalny kabel, który mocuje but do wiązania na wypadek właśnie takiego zdarzenia. Dzięki temu możemy kontynuować dalej wyprawę. Gdyby nie udało się naprawić wiązania, dalsza wyprawa byłaby niemożliwa. Przy braku nart chodzenie po lodowcu jest zbyt niebezpieczne.
Następnego dnia zmierzając do Newtontoppen, spotykamy Norwegów wracających ze szczytu do Longyearbyean. Pod samą górę zostali podwiezieni skuterami, w związku z czym ominęła ich wyczerpująca wspinaczka na płaskowyż lodowy. Po kilkuminutowej rozmowie dowiadujemy się, że dzień drogi dzieli nas od czterech Francuzów zmierzających tą samą drogą na Newtontoppen. Postanawiamy iść trochę dłużej każdego dnia, aby spotkać się z Francuzami pod szczytem najwyższej góry Svalbardu. Niestety nasze plany krzyżuje huraganowy wiatr, który unieruchamia nas na pół dnia. Kiedy dochodzimy do celu naszej wyprawy, Francuzi już zbierają się do drogi powrotnej. Udaje się nam jednak zamienić z nimi kilka słów. Rozbijamy obóz u podnóża góry i z powodu zmęczenia i późnej pory decydujemy się wspiąć na szczyt następnego dnia.
Podejście nie jest trudne, tym bardziej, że podchodzimy bez sań. Używamy do tego nart z fokami – specjalnym materiałem, który powoduje, że narta ślizga się tylko do przodu. Zaprawieni wspinaczką na płaskowyż, docieramy na szczyt bardzo szybko. Newtontoppen, kiedy się do niego podejdzie, wygląda bardzo niepozornie. Niewiele większy od przeciętnych górek w naszych Beskidach, jednak widok ze szczytu (1717 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach. Rozciąga się na kilkadziesiąt kilometrów, widać nawet oddalone o 80 km na południe opuszczone rosyjskie miasto Piramiden. Kiedyś tam wydobywano węgiel, obecnie zieje pustką, a jedynymi mieszkańcami są arktyczne ptaki, renifery, lisy i niedźwiedzie.
Pogoda jest piękna, ale mimo to na szczycie spędzamy tylko chwilę. Nigdy nie wiadomo, czy za kilka minut nie zerwie się huraganowy wiatr, a wtedy lepiej być w namiocie niż na najwyższym szczycie. Pakujemy sprzęt na sanie, składamy namioty i ruszamy z powrotem do Longyearbyen.
Lodowe pułapki
Pogoda się pogarsza. Zaczyna sypać śnieg, pokrywając powierzchnię lodowca kilkunastocentymetrową warstwą. Idzie się niezwykle ciężko. Sanie grzęzną w świeżym śniegu i stawiają duży opór. Musimy często zmieniać się na prowadzeniu, gdyż przecieranie szlaku jest niezwykle męczące. Nagle spowija nas mgła i toniemy w White Out’cie – białych ciemnościach. Widoczność spada do kilku metrów. Wyciągamy kompas i GPS, dzięki którym możemy wytyczyć kierunek marszu. Na domiar złego lodowiec Oxfordbreen, którym podążamy okazuje się tak zaszczeliniony, że niemal za każdym razem, kiedy wbijamy kijek w śnieg nie znajduje on oparcia, zagłębiając się w lodowej otchłani. Idziemy bardzo ostrożnie w sporych odstępach, na wypadek gdyby pod którymś z nas załamał się wątły most nawianego śniegu. Kiedy zatrzymujemy się na moment, aby odpocząć, nieopatrznie ściągam lewą nartę i od razu wpadam po samą pachwinę w szczelinę. Na szczęście nie odpiąłem drugiej narty, dzięki czemu zatrzymałem się na niej i nie wpadłem głębiej w ziejącą lodowym powiewem otchłań. Zatrzymujemy się na nocleg wcześniej niż zwykle. Jesteśmy strasznie zmęczeni przedzieraniem się przez świeży śnieg i szczeliny na lodowcu.
Na drugi dzień pogoda jest bez zmian. Nie udaje się nam w tym dniu przejść zbyt wielu kilometrów. Zrywa się silny wiatr, który wzmaga się z każdą chwilą, aż osiąga prędkość uniemożliwiającą nam dalszy marsz. Rozbijamy namioty, dopóki jest to jeszcze możliwe. Wiatr osiąga siłę huraganu, unieruchamiając nas przez kolejne dwa dni Świąt Wielkanocnych. Z niepokojem obserwujemy jak nasze namioty są szarpane wściekłymi uderzeniami wiatru. Mamy nadzieję, że maszty i materiał wytrzymają tę torturę. Na szczęście sprzęt jakim dysponujemy jest niezwykle mocny i doskonale znosi tę próbę.
Wiosna
Zaczyna doskwierać nam nuda. Dwa dni bez ruchu niezwykle nas wyczerpują, dlatego też, mimo silnego wiatru, decydujemy się po dwóch dniach bezruchu iść dalej. Po kilkunastu godzinach schodzimy w dolinę, opuszczając płaskowyż. Tam od razu wita nas słońce, a temperatura wzrasta do –15°C. Wiązanie Rafała rozsypuje się doszczętnie, nie wytrzymując trudów wyprawy. Na szczęście do Longyearbyen pozostało tylko 80 kilometrów. Kiedy docieramy do Sassenfiordu, okazuje się, że rozmarzł. Został jedynie wąski pasek lodu wokół brzegu. Rozbijamy namioty i udajemy się na rekonesans, aby sprawdzić, czy jest możliwość przejścia na drugi brzeg. W przeciwnym wypadku będzie trzeba wrócić i obejść fiord. Na szczęście udaje się nam znaleźć dogodne przejście.
Wstajemy wcześnie, aby jak najszybciej wyruszyć, ponieważ przejście na drugi brzeg jest niezwykle trudny i zabierze sporo czasu. Lód na brzegu jest spiętrzony, więc sanie co chwilę się klinują lub przewracają. Trzeba je przenosić ponad spiętrzeniami. Jest to niezwykle wyczerpujące i czasochłonne, przedsmak tego czego doznają polarnicy zmierzający na Biegun Północny. Posuwamy się dalej podchodząc do podnóża klif, na którym setki tysięcy ptaków wyszukuje miejsca na gniazda. Towarzyszą nam także lisy polarne, polujące na ptaki, foki wylegują się na pozostałościach kry pływającej na wolnych od lodu wodach fiordu. Wiosnę czuć i widać już wszędzie.
Wieczorem docieramy na drugi brzeg i zatrzymujemy się na nocleg ponownie w Fredheimie. Korzystając z okazji, że jesteśmy niedaleko jednego z większych Spitsbergeńskich lodowców – Von Post, postanawiam zobaczyć go z bliska. Biorę z sobą broń na wszelki wypadek i ruszam w jego kierunku. Czoło lodowca ma wysokość kilkupiętrowego wieżowca, a szerokość kilku kilometrów. W jego pobliżu stoi wmarznięty w lód statek. W drodze powrotnej napotykam pozostałości foki najprawdopodobniej upolowanej przez niedźwiedzia polarnego. Wzmagam swoją czujność na wypadek, gdyby miś kręcił się jeszcze w pobliżu. Po kilku godzinach docieram z powrotem do chaty. Okazuje się, że mamy gości. Czwórka Norwegów – dwóch mężczyzn i dwie kobiety, dotarli do nas na skuterach. Jedna z nich - Weronika - jest wnuczką wujka trapera Hilmera Noisa, który w Fredheimie spędził 38 lat. Zaprasza nas do zwiedzenia zamkniętej chaty. Znajduje się w niej wiele pamiątek po sławnym traperze, a wygląd wnętrza niewiele się zmienił od czasów pobytu jej krewnego. Udaje się nam jeszcze namówić Weronikę na przejażdżkę skuterem, po czym zostawiają nam cztery puszki Coca-Coli, czekolady i wracają do Longyearbyen.
Powrót
Zbliżając się do Longyearbyen napotykamy coraz więcej ludzi. Spotykamy grupę norweskich uczniów z nauczycielem, którzy przyjechali na Spitsbergen spędzić ferie. Wygląd nauczyciela przypomina pierwszych zdobywców lodowych pustkowi. Drewniane narty, bambusowe kijki, brezentowe okrycie wierzchnie i skóra renifera zamiast karimarty. Prawdziwa stara szkoła polarnicza. Tym bardziej czujemy się dumni, kiedy opowiadając o naszej wyprawie, widzimy w jego oczach uznanie. Po drodze mijają nas jeszcze dwa psie zaprzęgi. Kiedy po trzech tygodniach przemierzania pustkowia Spitsbergenu wracamy do miasta, jest już bardzo ciepło. Lód zaczynał topnieć, a sanie ciągnie się już niemal po kamieniach. Wszędzie widać stada reniferów, podjadających odkryte przez topniejący śnieg rośliny.
Powróciwszy do Longyearbyen meldujemy się u gubernatora, aby oddać kartę rejestracyjną i idziemy odwiedzić dwójkę Polaków studiujących na miejscowym uniwersytecie – Jakuba i Martę. UNIS - The University Courses on Svalbard jest uczelnią stworzoną przez Norwegów, na której można studiować przedmioty polarne. Wykłada się tu biologię, geofizykę, geologię i technologię arktyczną. Co roku studia na Spitsbergenie rozpoczyna około 350 osób z całego świata. Od kilku lat wśród nich są także polscy studenci. Warunki, jakie studentom oferuje UNIS, mogą być dla nas Polaków szokujące. Każdy student otrzymuje na terenie uczelni do swojej dyspozycji pokój, w którym może samodzielnie pracować. Własny komputer oraz klucze, które umożliwiają przebywanie na terenie budynku uczelni o każdej porze. Spora część zajęć odbywa się w terenie. Wtedy to studenci odbywają wyprawy statkiem, helikopterem lub skuterami. Zwiedzają nie tylko teren Spitsbergenu, ale także pozostałe wyspy archipelagu Svalbard, a nawet Grenlandię. Standard akademików jest lepszy niż większości polskich hoteli. Każdy student ma własny jednoosobowy pokój. Łazienka przypada na dwa pokoje, a kuchnia, wyposażona w lodówkę, zmywarkę, mikrofalówkę dzielona jest przez pięć osób. Codziennie rano, kiedy studenci są na zajęciach ich, pokoje sprzątane są przez personel akademika.
Do powrotu do Polski mamy jeszcze sporo czasu. Wybieramy się więc zwiedzić jaskinię lodową, która znajduje się w lodowcu Longyearbreen, usytuowanym kilka kilometrów od centrum miasta. Po zwiedzeniu jaskini postanawiamy także poszukać skamielin, których na zboczach gór lub moren nie brakuje. Przed samym wylotem odwiedzamy sklep w Longyearbyean, aby kupić likier z maliny moroszki – przepysznej arktycznej rośliny. Zakup alkoholu na Spitsbergenie jest limitowany i dla turysty możliwy jedynie za okazaniem biletu na samolot. Można wtedy kupić maksymalnie litr wódki, dwa litry wina lub likieru i osiem litrów piwa. Te same normy dotyczą mieszkańców, z tym jednak, że limit ten przysługuje im na miesiąc.
My wybraliśmy koniec zimy na zwiedzanie wyspy, ale lato jest równie niezwykłe. Bogactwo przyrody jest wręcz oszamiałające. Kwitną przepiękne kwiaty, renifery pasą się wszędzie, nie przejawiając oznak strachu przed człowiekiem, a kolonie ptaków liczą setki tysięcy osobników. Biura turystyczne oferują wyprawy statkami i kajakami do najodleglejszych zakątków Spitsbergenu. Jeśli ktoś chce zobaczyć jak wygląda Arktyka, warto wybrać się na Spitsbergen. Tutaj można w zależności od chęci i zasobności portfela, wybrać sposób zwiedzania, a poza tym dojazd na Spitsbergen jest dość łatwy i przy wybraniu odpowiednich wariantów całkiem niedrogi.
INFORMACJE PRAKTYCZNE
Dojazd
Na północ Norwegii najwygodniej dostać się samochodem. Zimą drogi skandynawskie są bardzo dobrze utrzymane. Z Polski do Skandynawii najkorzystniej podróżuje się promem z Gdańska do Nynashamn, stamtąd samochodem trasą E4 w kierunku północnym do trasy E10, która prowadzi do Narwiku. Jeżeli nie mamy samochodu, z Nynashamn do Sztokholmu dostaniemy się koleją podmiejską (60 SEK), stamtąd pociągiem do Narwiku. Cena biletu normalnego w obie strony wynosi 800-1000 SEK. Studenci i osoby poniżej 26 lat płacą znacznie mniej (nawet poniżej połowy ceny).
Zakwaterowanie
Wynajęcie domku na campingu lub w górach kosztuje 150-300 NOK dziennie. W hotelu za jedną osobę zapłacimy co najmniej 250 NOK. W Bleik można wynająć dom z kilkoma dwuosobowymi pokojami, przestronną kuchnią, pokojami gościnnymi i łazienkami za 4000 NOK tygodniowo.
Ceny
100 NOK - to nieco więcej niż 50 PLN. Ceny w Norwegii są w przybliżeniu czterokrotnie wyższe niż w Polsce, dlatego najlepiej zabrać ze sobą żywność.
Internet
Dokładne informacje o Norwegii, sposobie spędzania wolnego czasu, wszelkich atrakcjach:
http://www.visitnorway.com/, http://www.norway.com/ oraz www.norwaves.com, gdzie można znaleźć sporo praktycznych informacji w języku polskim. Dane o trasach narciarskich, wyciągach, pogodzie, pokrywie śnieżnej - http://www.skiinfo.no/. Mapy z trasami narciarskimi znajdującymi się w górach, rozmieszczenie chat wzdłuż tych tras, możliwości noclegu oraz przykładowe ceny znajdziemy na http://www.turistforeningen.no/. Pogodę można sprawdzić: http://www.wunderground.com/.






Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.