Przygoda, której doświadczyliśmy była konsekwencją szeregu wypadków, dzięki którym mogliśmy popłynąć bardziej w stronę południka zerowego i jeszcze wyżej na północ ku granicy Morza Północnego z Morzem Norweskim i przepięknym norweskim fiordom.
|
Autor: |
Tak więc swoją przygodę rozpoczęliśmy od Morza Północnego i wielkim błędem byłoby nie popłynąć w kierunku bardziej ciekawszych zachodnich brzegów Norwegii.
Z portu wyjścia Hanstholm wyruszyliśmy 1 czerwca. Cel został określony precyzyjnie: zdobycie południowo zachodnich brzegów Norwegii i z powrotem przez cieśniny Skagerrak, Kattegat i Bałtyk do Polski. Wkraczając na Morze Północne stanęliśmy przed obliczem Neptuna. Okazało się, że domaga się on od nas nie tylko zwykłych gestów uszanowania. Najbardziej doświadczyła tego część załogi, mająca pierwszy kontakt z morskim żeglarstwem. Przez kilkadziesiąt godzin z przerwami spełniała życzenie króla mórz i oceanów, oddając mu wszystko, co tylko dać mogła. Widok, jaki niektórzy z nas prezentowali po wielu godzinach walki z żywiołem nie napawał optymizmem, tym bardziej, że kapitan też nas nie rozpieszczał. Nie było tu mowy o jakichkolwiek ulgach. Wachty, praca przy żaglach, nawigacja, kambuz to na jachcie obowiązki ważne nade wszystko.
Choroba morska szybko zniknęła u osoby, która tak przejęła się uwagami kapitana, że w czasie wachty za sterem, poza kompasem nic się dla niej nie liczyło. Dolegliwości żołądkowe więc szybko poszły w niepamięć, a kurs jachtu nie odbiegał od tego wyznaczonego na mapie! Neptun po dwóch dniach odpuścił, kapitan nie, ale teraz przynajmniej każdy mógł ze smakiem zjeść chlyb z tustym, a smaczne obiady Piotrka po zjedzeniu pozostawały na swoim miejscu
Dnia 3 czerwca po przebyciu prawie 200 mil nasz jacht zawinął do ważnego portu handlowego i rybackiego jakim jest Stavanger, czwarte co do wielkości miasto Norwegii. Los miasta związany jest przede wszystkim z ropą naftową, ponieważ pełni rolę centrum jej wydobycia. Nic więc dziwnego, że główną atrakcją w pobliżu portu jest Norweskie Muzeum Ropy Naftowej. Historię samego miasta można prześledzić w Stavanger Museum, które składa się z pięciu części, a Muzeum Produkcji Konserw to chyba najciekawsza z nich. W mieście warto też zobaczyć katedrę zbudowaną około 1125 roku, jako jedyną prócz katedry w Trondheim, gdzie spośród wszystkich norweskich średniowiecznych kościołów w tak dużym stopniu można tam podziwiać pierwotne zachowane gotyckie wnętrza i dekoracje.
Dzień następny upłynął nam na rejsie po skąpanych w promieniach słońca fiordach, charakterystycznych dla norweskiego krajobrazu miejscach. Morze i góry dwa żywioły, z którymi Pan Bóg, wydawałoby się, nie bardzo wiedział co zrobić, więc połączył je w całość, tworząc krainę, gdzie o szmaragdowej barwie morze z pionowo wznoszącymi się skałami i urwiskami wdziera się w głąb lądu.
Popłynęliśmy na wschód, do Lysebotn, malowniczej miejscowości położonej na końcu Lysefjordu, odnogi Bonkfjordu. Wiatru prawie wcale nie było, a powierzchni wody nie mąciła najdrobniejsza fala, przez to silnik był jak najbardziej pożądany. Osiem godzin jachtingu i podziwiania wspaniałych widoków. Dzikość przyrody i niespotykana w Europie surowość klimatu robi wrażenie. Z początku fiordu mniejsze góry pokryte lasami wyglądały z jachtu jakby je porastał jakiś mech, odległość robi swoje, Lysefjord jest szeroki na 1,2 - 2 mile i długi 38km, a głębokość dochodzi do 450m. Po drodze zostawiamy słynną 600-metrową skalną ambonę Preikestolen oraz kamienną kulę Kjeragbolten. Wśród skał widać domy, do których jedyna droga to morze. Dalej już tylko po obu stronach gołe skały, które na końcu fiordu osiągają ponad tysiąc metrów wysokości.
Mała marina w Lysebotn powitała nas późnym popołudniem. Oprócz morza kocham góry, więc szybko wraz z kolegami i jedną dzielną załogantką wybraliśmy się na Kjerag - tysiącmetrowy masyw górski. Surowy górski klimat, potoki, wodospady, jeziorka, górskie zbocza pokryte śniegiem. Wszystko to tworzy niezapomniane i trudne do opisania wrażenia. W czasie powrotu z gór, czuć było morską bryzę i powiew chłodnego północnego wiatru niosącego odwieczne legendy wikingów.
Szkoda tylko, że tak mało czasu mamy i jeszcze tej nocy musimy opuścić to wspaniałe miejsce. Kapitan wyznacza kurs na południe. Lysefjord żegna nas potworną ulewą, tak jakby nie chciał nas wypuścić ze swych górskich ramion. Rankiem po wyjściu na pełne morze deszcz przestaje padać, ale wiatry nie chcą nam sprzyjać. Bardzo powoli opuszczamy zachodnie norweskie wybrzeże, kierując się ku miejscowości Kristiansand.
7 czerwca po dwóch dniach zmagania się z falami Morza Północnego byliśmy na miejscu. Kristiansand to centrum handlowe południowego regionu, posiada drugi co do wielkości port i jest piątym co do wielkości miastem Norwegii, kraju pozbawionego idiotycznych europejskich dyrektyw. Usytuowanie miasta jest bardzo ciekawe. Od strony północno-zachodniej otacza go duży i ładny park z kilkoma jeziorkami, od północno-wschodniej rzeka Otra, a od południa morze. W pobliżu portu jachtowego jest warta zwiedzenia forteca Christiansholm Festning. A spacerując po starej dzielnicy Posebyen można podziwiać wspaniale zachowane i zamieszkałe do dziś drewniane domki z XIX w.
Wcześnie rano 9 czerwca opuściliśmy brzegi Norwegii i wyznaczyliśmy kurs na południe, do Skagen w Danii. Tu Skagerrak pokazał na co go stać, a właściwie Neptun po raz drugi przypomniał nam o sobie. A że o chorobie morskiej nikt już nie pamiętał, zesłał na nas sztorm. Siła wiatru wzrastała stopniowo, by pod koniec dnia osiągać ponad 8°B. Dla większości z nas wymarzone warunki do żeglowania, tym bardziej że świeciło słońce, niebo błękitne, znakomita widoczność, wysokie na parę metrów zielone fale. Rzadko kto po wachcie chciał zejść pod pokład. Ale jesteśmy na morzu, więc ponownie dostaliśmy się pod władzę kapitana. Przy wzrastającej sile wiatru pokazał niezwykłą kompetencję żeglarską, przewidywanie, co może się zdarzyć za godzinę lub dwie to umiejętność każdego prawdziwego kapitana. Co chwila padały komendy: "przygotować grota do refowania", "grot precz", "lewy szot luzuj", "prawy szot wybieraj"...
Jeśli w głowie któregoś z członków załogi pojawiło się pytanie "po co to wszystko?", mógł zejść do mesy i przeczytać z drewnianej tabliczki wygrawerowany napis, zasadę, którą prezentował kapitan "przede wszystkim rozsądek - człowieku".
Pod koniec dnia, gdy wiało już najmocniej, jacht pokonywał fale z prędkością 10 - 11 węzłów na jednym najmniejszym żaglu, jakim był grotsztaksel. A chwilowe prędkości 35-tonowego jachtu przy zjazdach z fal, które zmierzył GPS przekraczały 14 węzłów.
Zmęczenie dało znać o sobie koło północy, kiedy podchodziliśmy już na samym silniku do portu, wiało w porywach do 9°B centralnie w dziob jachtu. Kapitan powiedział później, że w normalnych warunkach przy 2700 obrotach silnika jacht osiąga prędkość koło 7 - 8 węzłów, my z ledwością osiągaliśmy 1 węzeł.
W porcie byliśmy nad ranem 10 czerwca i mieliśmy już za sobą przebytych 555 mil. Skagen jest położone na krańcu wyspy Nordjylland, w północnej Jutlandii u zbiegu cieśniny Kattegat i Skagerrak. Jest drugim po Esbjerg portem rybackim, a od 1870 roku centrum malarstwa.
Niestety niewiele mogę napisać o tym podobno miłym miasteczku., gdyż po nocnym pokonywaniu sztormowych fal na tak zwanej "katarynie" (na silniku), na które złożyło się jeszcze parę innych żeglarskich obowiązków, zasnąłem tak, że i sam kapitan nie mógł mnie dobudzić. Wstałem sam, późnym popołudniem i od razu wyszliśmy w morze. Kierunek północna Zelandia. Morze spokojne, słoneczna pogoda, co tu dużo pisać, nuda. Oczy tylko trzeba było mieć dookoła głowy, a szczególnie w nocy. Przecinaliśmy ruty, czyli morskie autostrady, na których nie wszyscy honorowali jednostki pod żaglami. Myślałem, że nauczyłem się rozpoznawać światła, ale od teorii do praktyki daleka droga. Na morzu nie wygląda to tak prosto jak w podręczniku. Na szczęście kapitan był zawsze do naszej dyspozycji.
Do jednej z prawdziwych wakacyjnych pereł Północnej Zelandii czyli Gilleleje dotarliśmy 12 czerwca w nocy. Znajduje się tam jedna z niewielu na świecie węglowa latarnia morska. Postój nie był zbyt długi, bo już wcześnie rano byliśmy gotowi do wypłynięcia do oddalonego o 15 mil Helsingoru.
Na pewno warto tam zobaczyć pochodzące ze średniowiecza najstarsze części miasta. Ogromny Pałac Kronborg wzniesiony w latach 1574 - 1585. Holenderski renesansowy styl pałacu posłużył jako tło wydarzeń dla Hamleta Williama Szekspira. Podczas zwiedzania zamku naszą szczególną uwagę zwróciło Maritime Museum - muzeum handlu i historii duńskiej żeglugi morskiej od czasów średniowiecza. Prezentuje się tam wiele pięknych modeli statków. Muzeum Techniczne z kolei przedstawia rozwój techniki.
Płynąc powoli wzdłuż głównego toru wodnego, wieczorem dotarliśmy do pięknej i fascynującej Kopenhagi, metropolii wschodniej Danii. W odróżnieniu od większości europejskich stolic, nie ma tam nowoczesnej architektury i drapaczy chmur, sponad starych dachów wyrastają tylko zabytkowe wieżyczki i iglice, a niezliczona ilość kafejek zaprasza swymi ogródkami na świeżym powietrzu. Życie toczy się tu spokojnym rytmem. Od czasów Hansa Christiana Andersena czas jakby się zatrzymał. Ogrody Tivoli, pełne baśni i nostalgii. W nastrojowym otoczeniu bajkowego świata kwiatów, drzew i tysięcy kolorowych świateł można znaleźć się w zaczarowanej krainie rozrywki i zabawy wśród wszelakich urządzeń fruwających i kręcących się we wszystkie możliwe strony. W Kopenhadze księżniczki istnieją naprawdę i to nawet ciemnoskóre. Andersen nie śnił, bajki stały się prawdą.
Wieczorem 13 czerwca wróciliśmy na morze, zamierzając udać się w kierunku ziem niemieckich. Po drodze zawinęliśmy na noc do Szwedzkiego portu Holviken, by wcześnie rano przepłynąć Fonstelbokanal. Następnego dnia wieczorem dotarliśmy do brzegów Rugii, która powitała nas białym, majestatycznym klifowym wybrzeżem. Jedynym takim wybrzeżem na wodach Bałtyku. W miejscowości Sasnitz [mapa] raczyliśmy się świeżymi kanapkami rybnymi, które są podawane wprost z kutrów rybackich. Sam port też jest bardzo ciekawy, nie remontowany chyba do czasów byłej NRD. Stary wypłukany słoną, morską wodą beton i zardzewiałe rury, jeśli ktoś ma ochotę przenieść się w tamte czasy, polecam.
15 czerwca wyruszyliśmy znów w morze, by skierować się ku wyspie Bornholm. Bałtyk jest morzem szczególnie nieprzewidywalnym, jeżeli chodzi o warunki pogodowe. Potrafią się zmienić w przeciągu paru godzin. Lecz dla nas Neptun był już do końca łaskawy, a my dzielnie płynęliśmy naprzód, czując się prawdziwymi żeglarzami. A jeśli komuś aż nadto wydawało się, że wie kim jest, jaki jest i wszystkiego się nauczył, do akcji wkraczał kapitan ze swą resocjalizacją. Szybko i precyzyjnie wykazywał w słowach prostych i bardzo dobitnych, że w istocie jest kimś innym, na końcu dodając: dobrze wykonuje wszystko jedynie Pan Bóg, nieco lepiej kapitan, a reszta... do końca życia będzie się uczyć.
Posłuszni więc jego dowództwu dotarliśmy do brzegów Bornholmu. Odwiedziliśmy Allinge [mapa], zawijając po drodze do Hammerhaven. A w słońcu i błękicie nieba, dzień następny spędziliśmy w malowniczym Gudhjem.
Wyspa Bornholm przyciąga turystów pięknem natury, bogatą roślinnością i szerokimi piaszczystymi plażami. A już szczególny klimat tworzą małe malownicze wioski rybackie, w których nie rzadko można zobaczyć charakterystyczne wędzarnie ryb, których jedną z tamtejszych specjalności jest wędzony śledź podawany na ciepło prosto z piekarnika. Charakterystyczne dla krajobrazu wyspy są też XII - wieczne, białe okrągłe kościoły, które kiedyś, poza miejscami kultu, pełniły rolę budowli obronnych.
Kolejnym i niestety już ostatnim naszym celem była mała wyspa Christianso, zamieszkała przez kilkudziesięciu mieszkańców. Tamtejsza ludność mieszka w czystych malutkich domkach, spacerując w ich scenerii można pomyśleć, że znaleźliśmy się w jakiejś innej bajce.
Czas podróży powoli dobiegał końca, więc trzeba było kierować się ku południu do Polski. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze raz Bornholm, zawijając do miejscowości Nexo [mapa]. Bałtyk przypominał stan wody w kałuży, więc zmuszeni do załączenia silnika po 18 dniach, odwiedzeniu 15 portów i przebyciu 1048,2 mil przypłynęliśmy do Kołobrzegu. Tam po pożegnalnym ”wieczorze kapitańskim” i chrzcie morskim nowych obiecujących żeglarzy, rozjechaliśmy się do domów z nadziejami i planami na przyszłoroczny rejs.
Po raz kolejny sprawdziła się moja maksyma, że nie najważniejszy jest cel, ważna jest podróż.
W rejsie udział wzięli:
Norbert Achtelik - kapitan
Andrzej Radkiewicz - I oficer
Marek Piotrowski - II oficer
Maciej Trznadel - III oficer
Marek Dolibóg - załoga
Barbara Karwat - załoga
Piotr Mikołajczyk - załoga
Bartosz Krzykowski - załoga
Tekst i zdjęcia: Marek Piotrowski
Opublikowano za zgodą autorów. Wszelkie prawa zastrzeżone.






Komentarze
Jan Wątrobiński
_/)
tel 501565577
www.opti.arktyka.com
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.