Autor: |
W rewelacyjnym nastroju ruszyliśmy na podbój nieznanego. Ponieważ było już późno, a my byliśmy zmęczeni przygotowaniami i podróżą, rozbiliśmy namiot 10 km od lotniska na starym polu lawy. Nadal jednak było jasno, gdyż o tej porze roku są tam "białe noce".
Następnego dnia szybko się zwinęliśmy i pojechaliśmy do Hafnarfjör?ur, gdzie odwiedziliśmy polskie siostry Karmelitanki. Potem w przyspieszonym tempie zwiedziliśmy centrum Reykjaviku, bo jeszcze tego samego dnia chcieliśmy wydostać się ze stołecznej aglomeracji na południe - drogą nr 1, tzw. Ring Road.
Nieprzyjemną stroną tego, wydawałoby się, niedużego miasta (170 tys. mieszkańców) były zdecydowanie nieprzyjazne rowerzystom wielopasmowe drogi szybkiego ruchu, po których pędziło mnóstwo samochodów. Widzieliśmy co prawda kilka ścieżek rowerowych (przy niektórych osiedlach), ale nie mieliśmy pewności dokąd nas zaprowadzą i czy nagle się gdzieś nie urwą. Po wyjeździe z miasta odetchnęliśmy z ulgą. Dalej droga wiodła przez pola lawy, a w oddali było widać góry. Rozbiliśmy się w małej zapadlince na jednym z takich pól, porośniętej miękkim mchem.
Kolejny dzień to przeprawa przez pierwsze góry, za którymi był dłuuuuugi zjazd do miasteczka Hverager?i, znanego z upraw szklarniowych (w końcu ciepłej wody tam pod dostatkiem...). Tutaj ujrzeliśmy pierwszy mały gejzer. Dalej droga wiodła płaskimi, zielonymi terenami wybrzeża Oceanu Atlantyckiego, pełnymi łąk i pastwisk dla koni i owiec. Dodatkiem do tego krajobrazu były góry wyrastające w oddali. Przez długi czas widzieliśmy za sobą rozłożystą górę przypominającą kształtem Ayers Rock. Potem droga prowadziła wzdłuż wysokich skał, z których w pewnym miejscu wyłonił się okazały i fotogeniczny wodospad Skógafoss. Niestety tylko przez chwilę udało nam się zobaczyć lodowiec Mýrdalsjökull w całej okazałości - przez większość czasu przykrywały go niskie chmury.
Pierwszy raz zboczyliśmy z asfaltu Ring Road'u, żeby szutrową, dziurawą drogą dojechać do wspaniale wyrzeźbionych przez morze klifów w Dyrhólaey. Gdy wspięliśmy się na najwyższe wzgórze, na którym stała latarnia morska, naszym oczom ukazała się wystająca z morza skała w kształcie łuku. Byliśmy także na plaży, która wyłożona była czarnym, wulkanicznym piaskiem - dla nas to ciekawy widok, ale musimy przyznać, że nie ma to jak piękne, polskie plaże! Mieliśmy nadzieję na spotkanie z maskonurami, pociesznie wyglądającymi ptakami. Są one wizytówką Islandii, ale jak się później okazało, przeniosły się akurat w inne miejsce (parę kilometrów dalej, na drugą stronę pobliskiej laguny). Oj, żałowaliśmy...
Potem kolejna przełęcz do przebycia (nachylenie drogi 10%) i góry pokryte soczystą zielenią łąk. Dalej jechaliśmy w słonecznej pogodzie - ale szybciej, bo z wiatrem w plecy - przez czarną pustynię Mýrdalssandur. Jak sama nazwa wskazuje był to w zasadzie obszar lodowcowych sandrów (piasków ze żwirem), tylko że niewyobrażalnych rozmiarów. Sandry to islandzki wkład do geograficznej terminologii, podobnie jak gejzery. Po lewej towarzyszył nam widok na lodowiec Mýrdalsjökull. W końcu wjechaliśmy w porośnięte mchem rozległe pola starej lawy i chyba nieświadomie zakłóciliśmy ten spokój, a może monotonię krajobrazu, bo staliśmy się małą atrakcją turystyczną - specjalnie przy nas zatrzymał się autokar z duńską wycieczką, a inni ludzie robili nam zdjęcia z samochodów.
Zwiedziliśmy również mały islandzki skansen w Núpssta?ur, składający się z kilku torfowych domków i miniaturowego, także torfowego kościółka (dla 6 osób!). Zaraz obok była wysoka na 767 m, wyrastająca przy samej drodze skała Lómagnúpur, której szczyt spowijały ciemne chmury i przez to sprawiała straszne wrażenie. Dalej rozpoczynała się jeszcze większa, czarna, płaska, zupełnie pusta i nieprzyjazna pustynia Skei?arársandur. Przeprawa przez nią okazała się z kolei drogą przez mękę, gdyż wiatr wiał nam prosto w twarz i było raczej nudno (widzieliśmy przeraźliwie prostą drogę na kilka kilometrów, a światła samochodów nawet na kilkanaście kilometrów). Na szczęście ominęła nas ulewa, którą widzieliśmy, gdy przechodziła bokiem. Jednak coś za coś - zasłoniła nam ona widoki na czapę największego lodowca Europy, Vatnajökull. Wreszcie dojechaliśmy do Parku Narodowego Skaftafell, gdzie urządziliśmy sobie wieczorną wycieczkę w okolice Skaftafellsjökull, jednego z tych dolinnych lodowców, które spływają z głównej czapy lodowej. Po drodze przystanęliśmy przy wodospadzie Svartifoss, ciekawym ze względu na wysokie i regularne, bazaltowe kolumny, z których spadał.
Jechaliśmy dalej zadowoleni, w ładnej pogodzie, najpierw z lekkim wiaterkiem w plecy, później w ciszy, aż nagle, nie wiadomo skąd, nagły podmuch silnego, a raczej huraganowego wiatru zrzucił nas z drogi! Próbowaliśmy dosiąść naszych objuczonych "rumaków", ale wprost nie dało się jechać. Wiatr, jakby niewidzialny wróg, pojawiał się znienacka i uderzał z różnych stron - był bardzo porywisty. Nie pozostało nam nic innego, tylko pchać rowery... Gdy za którymś razem zdążyliśmy ustawić wiatromierz we właściwym kierunku (trochę ekwilibrystyki) wskaźnik sięgnął 20m/s, co odpowiada 8o w skali Beauforta. Po 15 kilometrach doszliśmy do stacji benzynowej. Mieliśmy nadzieję, że przeczekamy najgorszą pogodę i działanie przechodzącego frontu osłabnie. Niestety nic się nie zmieniło i po kilku godzinach wróciliśmy do "zapychania". Jednak z powodu wichury daliśmy radę zrobić tylko kilka kilometrów i zmuszeni byliśmy do rozstawienia namiotu. W nocy mało spaliśmy, bo rzucało namiotem i łopotała folia do przykrywania rowerów, ale na szczęście nic się nie porwało. Rano wiało nadal, lecz ze stałą siłą i z jednego kierunku, czyli jak dla nas to akurat w twarz. Jednak my się cieszyliśmy, bo wolno, ale dało się jechać. Niestety tego dnia porządnie padało... Po drodze mieliśmy też pierwsze nieprzyjemne spotkania z ptakami, które obrały nas sobie za cel swoich ataków. Na szczęście niemiłe chwile dnia zrekompensował nam nocleg przy brzegu laguny Jökulsárlón, do której "cieli się" lodowiec. Pływało po niej wiele gór lodowych w różnych odcieniach bieli i błękitu. Byliśmy zachwyceni. Taka mała Arktyka.
Dalsza droga biegła wzdłuż wysokich klifów i fiordów, lecz nam kojarzy się ona przede wszystkim z częstymi atakami ptaków. Przeważnie dopadały nas pojedyncze osobniki, które pokrzyczały, polatały nad naszymi głowami (zawsze "interesuje" je najwyższy punkt!), lecz zaraz po opuszczeniu ich terytorium przestawały nas niepokoić. Jednak raz zaatakowało nas całe stado ptaków na tyle agresywnych, że musieliśmy się zatrzymać... Kucając chowaliśmy się za rowery. Z ramy zdjęliśmy też maszty od namiotu i trzymaliśmy je nad sobą zgodnie z zasadą najwyższego punktu. Machanie nimi jak szpadą było zupełnie bez sensu. Ptaki były o wiele szybsze i niesamowicie zwrotne - od razu atakowały z innej strony. Gdybyśmy w kaskach mieli zamontowane kamery to dopiero byłyby ujęcia! Po chyba kilkunastu minutach stwierdziliśmy, że "wdepnęliśmy", a jedyne wyjście to mocno się skulić, wyłączyć zupełnie narząd słuchu, zawęzić pole widzenia wyłącznie do drogi i jak najszybciej opuścić to miejsce. Podobnego epizodu Hitchcock chyba nie umieścił w swoich "Ptakach". Po powrocie do Polski sprawdziliśmy, że mieliśmy przyjemność z rybitwą popielatą - całkiem ciekawym gatunkiem, który upatrzył sobie spędzanie lata w obszarach okołobiegunowych. Raz na pół roku całe stada przenoszą się z Arktyki do Antarktyki, a potem na odwrót, co oznacza pokonywanie tysięcy kilometrów każdego roku i niesamowite umiejętności lotnicze.
Raz przydarzyło nam się również spotkanie z prawdziwym władcą tamtejszych przestworzy, wydrzykiem wielkim, zwanym skua. Ujrzeliśmy jak szybuje spokojnie w naszą stronę. Im był bliżej tym bardziej obniżał lot, w końcu przeleciał tuż nad naszymi głowami, na szczęście bez ataku, jakby tylko chciał zademonstrować czyje to terytorium. Wyglądało to trochę jak np. atak samolotu myśliwskiego z czasów II wojny światowej... W Polsce nie można zbliżyć się do myszołowa na odległość kilkudziesięciu metrów - ucieka na widok człowieka, a przynajmniej trzyma się na dystans. Na Islandii drapieżnika zobaczyliśmy z kilku metrów... Oczywiście w tym momencie nie przyszło nam do głowy robienie zdjęć.
Byliśmy szczęśliwi, gdy w końcu opuściliśmy tereny nadmorskie i wjechaliśmy w głąb wyspy. Jeszcze przed wjazdem w prawdziwy Interior zrobiliśmy zaopatrzenie na kolejny tydzień w sporym, jak na islandzkie warunki, miasteczku Egilssta?ir. Potem tylko zupełne pustkowie i liczne znaki drogowe z nazwami osad, które już nie istniały, bo warunki okazały się zbyt surowe dla ludzi, którzy opuścili to miejsce. Pozostały tylko nieliczne, dziko pasące się owce, ze zdziwieniem przyglądające się dwójce rowerzystów. Właśnie na takim pustym i nieprzyjaznym płaskowyżu dostaliśmy się w objęcia bardzo silnego wiatru oraz deszczu, który z powodu wiatru padał prawie poziomo. Nie mieliśmy innego wyjścia, jak pchać rowery przez pół dnia. To wtedy Marek nabawił się drobnych odmrożeń na palcach - przemokła podwójna para rękawiczek, a ręce oparte na kierownicy wystawione były na zimno spotęgowane wiatrem. Kasia szczęśliwie miała dłuższe rękawy od kurtki, co uchroniło ją przed podobnym nabytkiem. Później okazało się, że był to nasz jedyny poważny błąd w przygotowaniach do wyprawy - rodzaj rękawiczek.
Potem na jakiś czas droga skręciła w inną stronę i zdarzyło się coś dziwnego. Wiatr zaczął nam wiać w plecy, a my dosłownie żeglowaliśmy - wiatr wpychał nas na kolejne górki. Jednak sztormowa pogoda martwiła nas przez cały dzień. Nazajutrz chcieliśmy rozpocząć bowiem najtrudniejszy etap naszej podróży i wjechać w niedostępny Interior Islandii, jak mówi się o pustynnym wnętrzu wyspy. Przy takiej aurze baliśmy się tam po prostu jechać. Z drugiej strony to był prawdziwy cel naszego wyjazdu i po cichu liczyliśmy, że damy radę. No bo jak nie teraz, to kiedy? Rano okazało się, że niebo wciąż było zasnute ciemnymi chmurami i wiał silny wiatr, ale przynajmniej nad nami przestało padać. Wzięliśmy to za dobry znak i jazda! Na początku roztaczała się wokół nas szaro-czarna, piaszczysta pustynia. Urozmaicały ją tylko wzgórza w tych samych odcieniach. Wszystko to w połączeniu z nisko zawieszonymi chmurami robiło raczej przygnębiające wrażenie. Gdzieś pośród tej pustyni trenowali amerykańscy astronauci przed lotem nad Księżyc. Nic dziwnego - równie dobrze mogliby tam w ogóle nie lecieć. Niektórzy twierdzą nawet (raczej złośliwie), że nakręcono tu historyczne lądowanie...
Potem pojawiły się pierwsze rzeki. Przekraczanie brodów było nieprzyjemne z powodu wiatru i zimnego powietrza. Na szczęście po południu trochę się rozpogodziło, na chwilę wyszło nawet słońce. Jednocześnie krajobraz z pustynnego zmienił się na lawowy. Zewsząd wyłaniały się również coraz to nowe góry, a wśród nich, w oddali, wspaniała, ośnieżona Her?ubrei?, czyli tzw. "Królowa Islandzkiej Pustyni". Później znowu piach, a nawet drobny pył, na szczęście z wierzchu ubity przez opady. Zauważyliśmy czarne wydmy na zboczach wzgórz. Trafiliśmy jednak także na oazę życia - Hvannalindir - wzdłuż brzegów jednej z rzek. Islandczycy wysoko cenią miejsca, gdzie roślinność pojawia się w niesprzyjających warunkach i otoczyli to miejsce ochroną rezerwatu.
Potem był już tylko piach, co jakiś czas przedzielony zwałami kamieni. Wszystko to skutecznie uniemożliwiało nam jazdę, więc często pchaliśmy rowery. Aż nagle, prosto z pustyni wkroczyliśmy w zimową scenerię - górzysty, ośnieżony teren z lodowcem na wprost nas. Dzień wcześniej spadło tu kilkanaście cm śniegu! W lipcu... Zmęczeni, ale szczęśliwi dotarliśmy w końcu do północnej części lodowca Vatnajökull.
Kverkfjöll, dla nas magiczne miejsce, gdzie spotykają się ogień i lód, znaliśmy tylko z opisów. W górskim schronisku (czynne tylko w sezonie letnim!) dowiedzieliśmy się, że w tym roku byliśmy drugą ekipą, która dotarła tu na rowerach, a dodatkowym, miłym zaskoczeniem, iż pierwszą ekipą z Polski. Postanowiliśmy zrobić sobie jednodniową przerwę od rowerów i wyruszyliśmy na wycieczkę w stronę lodowca Vatnajökull, a tak naprawdę jego najbardziej chyba nietypowej odnogi - Kverkfjöll. W tym miejscu lodowa czapa nachodzi na wulkaniczną kalderę, tj. kotlinę otoczoną pierścieniem wzgórz. W dodatku pierścień ten jest w jednym miejscu przerwany, co pozwala wydostać się z niego jęzorowi lodowca. Zbliżając się do szczytu wulkanu czuliśmy coraz mocniej "zapach" siarkowodoru. Gdy tam doszliśmy naszym oczom ukazały się wydobywające się spod śniegu kłęby dymu, wytopione szczeliny i dziury, parujące skały oraz gorące, bulgoczące potoki. Niezwykłe miejsce! W dodatku sprzyjała nam piękna, słoneczna pogoda - dookoła roztaczały się wspaniałe widoki z wysokości ponad 1700 m n.p.m. Schodząc zobaczyliśmy jeszcze raz lodową jaskinię. Nie można się do niej zbliżać, gdyż grozi zawaleniem wraz z całą masą lodu. Aż żal było opuszczać to miejsce, ale przed nami były jeszcze inne atrakcje Interioru.
Kierowaliśmy się ku północy, w stronę największej islandzkiej kaldery wulkanicznej o nazwie Askja. Przejeżdżając przez piaszczyste wąwozy mieliśmy po bokach ciemne, wulkaniczne wzgórza, często ozdobione skałami różnych kształtów. Widać było, że co jakiś czas część z nich kruszyła się i musiała spadać w dół, bo był tu urodzaj głazów i kamieni. W oddali, po lewej widzieliśmy długi, lekko ośnieżony łańcuch górski. Dziwiliśmy się co to za góry. Nasza wyobraźnia nie pozwoliła nam przypuszczać, że to jest właśnie pozostałość po wielkim wulkanie, do którego zmierzaliśmy. To była właśnie kaldera Askji! Dotarło to do nas dopiero po przebyciu pustyni, która ugościła nas na przemian bezwietrznym upałem i wiatrem. U stóp wulkanu zrzuciliśmy bagaże i "na lekko" wjechaliśmy łagodnie wspinającą się drogą do góry. Wokół było pełno skał lawowych, które nie uległy erozji i wyglądały jakby dopiero niedawno spłynęła tu lawa. I rzeczywiście ostatnia erupcja miała tu miejsce w 1961 roku. Jednak dopiero gdy weszliśmy do wnętrza kaldery doszło do nas jak jest wielka. Otoczony wałem gór płaskowyż liczy 50 km kwadratowych. Pomyśleć, że powstał w wyniku eksplozji... I to nie tak dawno, bo w 1875 roku. Jakby tego było mało wewnątrz tej kaldery zapadła się komora magmowa i na obszarze 11 km kw. powstało 200-300 metrowe obniżenie, które wypełniło się wodą i obecnie jest tu najgłębsze jezioro na Islandii, Öskjuvatn. Tuż obok znajduje się jeszcze jedno, ale malutkie jeziorko, Viti (w tłumaczeniu "Piekło"). Powstało w wyniku kolejnej eksplozji i do dziś świadczy o wulkanicznej aktywności regionu. Jest w nim bowiem ciepła woda o mlecznozielonym kolorze. Nie zeszliśmy jednak na dół, bo wcześniej padało i było bardzo ślisko. Poza tym ten zapach... Opuszczając Askję odwiedziliśmy również pobliski wąwóz Drekagil, nad którym sterczały skały najróżniejszych kształtów.
Co jakiś czas udawało nam się spotykać ludzi podróżujących jeepami. Trasa trudna, a potencjalnie także niebezpieczna dla rowerzystów, to betka dla potężnych maszyn z napędem na 4 koła. Przed nami było spotkanie z "Królową Islandzkiej Pustyni", czyli wspaniale się prezentującą, wyrastającą wprost z pustyni górą Her?ubrei? (1682 m n.p.m.). Mieliśmy niezwykłe szczęście, gdyż cały dzień mogliśmy oglądać ją w słońcu, z różnych stron i to w pełnej okazałości, razem z przykrytą śniegiem partią szczytową. Podobno zdarza się to bardzo rzadko, gdyż góra ta przeważnie jest spowita chmurami. Potem zostało już tylko 60 km piaszczystej, czasem kamienistej drogi z tarką, która potrafiła wytrząść z człowieka resztkę nadziei na poprawę. Gdy dojechaliśmy do asfaltu, zauważyliśmy sympatyczny znak drogowy przed drogą, z której my właśnie wyjechaliśmy - najbliższa stacja benzynowa za 268 km... Byliśmy naprawdę szczęśliwi, że bez szwanku udało nam się przejechać pustynię. Jedyny trwały ślad cywilizacji stanowiły tam dwa małe pola kempingowe. Poza tym pikanterii sytuacji dodawał brak zasięgu telefonii komórkowej przez ponad tydzień. Niby o tym nie myśleliśmy, ale drobna awaria w rowerze Kasi przypomniała nam, że tutaj zdani jesteśmy tylko na siebie.
Po jakimś czasie skręciliśmy w kolejne wertepy - w stronę Dettifoss, największego pod względem ilości przepływającej wody wodospadu w Europie (500 metrów sześciennych na sekundę!). Byliśmy już bardzo zmęczeni, ale postanowiliśmy zobaczyć wodospad w świetle zachodzącego słońca. I udało się, koło północy byliśmy tam jedynymi turystami. A wodospad wyglądał w tym świetle naprawdę przerażająco. Olbrzymia masa ciemnej, brudnej, burej, lodowcowej wody, która z hukiem spadała w niewidoczną otchłań, budziła respekt.
Następnego dnia dotarliśmy do obszaru silnej działalności powulkanicznej Námafjall, pełnego fumaroli syczących parą wodną i różnymi wyziewami oraz gorących, bulgoczących błotek. Niestety nie byliśmy już w stanie nadrobić marnych 15 km i skręcić do Krafli, najbardziej prawdopodobnego miejsca przyszłej erupcji wulkanicznej na Islandii. Po opuszczeniu pustyni nie mieliśmy po prostu okazji do uzupełnienia zapasów wody i resztką sił jechaliśmy w stronę Jeziora Mývatn (w tłumaczeniu J. Komarów / Muszek). Jest to miejsce porośnięte bujną, jak na tę wyspę, roślinnością, gdzie rośnie nawet trochę drzew. Gnieździ się tutaj wiele gatunków ptaków (na szczęście te nas nie atakowały), stąd jest to Mekka dla ornitologów z całego świata. Ale nie zabawiliśmy długo wśród tej oazy zieleni. Czekała nas przeprawa przez łańcuchy górskie, na które prowadziły strome, kilkukilometrowej długości podjazdy, za którymi jednak zawsze były równie długie i strome zjazdy. Taką właśnie drogą dotarliśmy do miasteczka Akureyri, "stolicy" północnej Islandii, położonego nad długim fiordem uchodzącym do Oceanu Arktycznego, a z drugiej strony okolonego wysokimi górami. Nie na darmo uważane jest ono za najładniejsze na Islandii. I nam też się podobało.
Potem nastąpiła przeprawa przez góry spowite chmurami. Na koniec wspaniały zjazd. Za górami droga wiodła długimi dolinami, w których północny wiatr rozpędzał się i bardzo utrudniał nam pedałowanie. Nie dziwiło to nas, było raptem 300 km od Grenlandii... Po jakimś czasie mieliśmy już dosyć asfaltu, a zwłaszcza samochodów, które się nim poruszały i zatęskniliśmy za kiepskimi drogami, gdzie ruch jest znikomy.
W dobrych humorach skręciliśmy na południe i wjechaliśmy w środek wyspy historyczną drogą, tzw. Kjölurem. Niestety, mając w pamięci wschodnie wnętrze wyspy, które zachwyciło nas swoim urokiem, ale i niespodziewanie piękną pogodą, zachodni Interior okazał się chmurny, deszczowy, a przez to bez widoków i nudny. Gdyby nie dwa szczególne miejsca, bylibyśmy zupełnie zawiedzeni trasą. Pierwszym z nich było gorące źródełko w Hveravellir, po wyjściu z którego czuliśmy się jak nowonarodzeni. Drugim było jezioro Hvítárvatn, do którego "cielił się" lodowiec (co prawda nie tak efektownie, jak w Jokulsarlon, ale tu również urządziliśmy sobie nocleg). Z powodu pogody ominęła nas możliwość podziwiania Kerlingarfjöll (Góry Czarownic), podobno jednego z bardziej kolorowych łańcuchów górskich, a przy tym o najbardziej alpejskim charakterze na Islandii. Aż do połowy XIX wieku był to niezbadany teren - ludzie wierzyli, że banici stworzyli tam swego rodzaj małe społeczeństwo. Obecnie jest to m.in. ośrodek turystyki górskiej i narciarstwa. No cóż, nie wszystko można zobaczyć. Poza tym generalnie czuliśmy się już pewnie na wertepach i przyznajemy się, dla urozmaicenia zaczęliśmy trochę szarżować. Dla Marka jeden ze zjazdów zakończył się małą wywrotką. Ostatniego dnia jazdy przez Kjölur doświadczyliśmy chyba wszystkich rodzajów deszczu: mżawki, siąpienia, dużej mżawki, deszczu oraz ulewy. W pewnym momencie, podczas zjazdu z przełęczy, droga zamieniła się w potok brunatnej wody. Byliśmy trochę wystraszeni, a zjeżdżając z góry zupełnie zdarliśmy klocki hamulcowe. Potem dołączył jeszcze wiatr w twarz, żebyśmy dobrze zapamiętali to miejsce.
Wyjechaliśmy z Interioru wprost na wodospad Gullfoss, chyba najczęściej odwiedzany i fotografowany przez turystów. Następnie już asfaltową drogą dotarliśmy do Geysir, wizytówki Islandii. To miejsce przyciąga tłumy ludzi i jest jednocześnie centrum turystycznym. Kiedyś Geysir eksplodował wodą na wysokość 50-60 metrów, obecnie jest uśpiony, ale znalazł swojego następcę. Jest nim skromniejszy, bo wyrzucający wodę na wysokość 20 m, gejzer Strokkur, który czyni to jednak w miarę regularnie - co około 8 minut. Później odwiedziliśmy historyczne miejsce i powód do dumy dla Islandczyków - Thingvellir, gdzie co roku obradował Althing, pierwsze zgromadzenie w Europie noszące znamiona parlamentaryzmu (działo się to mniej więcej w czasach Mieszka I...). Jest to jednocześnie miejsce rozchodzenia się płyt tektonicznych: europejskiej i amerykańskiej (średnio 1 cm rocznie), obfitujące w liczne szczeliny ryftowe.
Stamtąd zwykłą drogą skierowaliśmy się w stronę Reykjaviku, ale żeby tradycji stało się zadość, to w mżawce i deszczu, a w dodatku w bardzo gęstej mgle (widoczność na 20m). Mieliśmy już trochę dosyć i było późno, ale postanowiliśmy przejechać przez całą aglomerację i dojechać do centrum stolicy późnym wieczorem, gdyż liczyliśmy na mniejszy ruch samochodowy niż w ciągu dnia. Na kemping w Reykjaviku zajechaliśmy o północy, jednocześnie zamykając nasze kółko wokół Islandii.
Następnego dnia przestało padać, więc podsuszyliśmy to, co było mokre (prawda jest taka, że martwiliśmy się o nadbagaż w samolocie, a mokre rzeczy ważą więcej) i wybraliśmy się po raz ostatni na zwiedzanie stolicy. Potem kolejna przeprawa przez miasto, tym razem, żeby się z niego wydostać. Szczęśliwie dojechaliśmy pod wieczór do Hafnarfjörthur, gdzie powtórnie odwiedziliśmy klasztor polskich Karmelitanek. Obiecaliśmy w końcu opowiedzieć, jak nam poszła wyprawa. Długo rozmawialiśmy z naszą znajomą siostrą Beatą, która poczęstowała nas prawdziwym jedzeniem (m.in. jajecznicą, która była dla nas najsmaczniejsza na świecie), a na koniec zaproponowała nam nocleg. Swoją drogą byliśmy pełni podziwu dla pracy kilku sióstr, w samotnej placówce na obcej ziemi, bez żadnego wsparcia z zewnątrz. Różne są ścieżki naszych rodaków...
Ostatni dzień na Islandii postanowiliśmy spędzić rekreacyjnie i pojechaliśmy do Bláa Lóni, czyli "Błękitnej Laguny" - szeroko reklamowanej, komercyjnej atrakcji wyspy. Było to duże kąpielisko z ciepłą wodą (ok. 37°C), gwoli prawdy produktem ubocznym stojącej tuż obok geotermalnej elektrowni. Jednocześnie jest to rodzaj sanatorium dla chorych na łuszczycę. Taplaliśmy się w tej wodzie przez 4 godziny, nadrabiając 4 tygodnie bez wanny. Wśród obcojęzycznego tłumu zdarzyło nam się także usłyszeć polską mowę! Jednak młoda parka przekrzykiwała się łaciną w najczystszej formie, a my zaczęliśmy jakoś mimowolnie rozmawiać po angielsku.
Potem udaliśmy się już prosto na lotnisko, gdzie postanowiliśmy spędzić noc, skoro samolot mieliśmy wcześnie rano. Okazało się, że nasze kartony do rowerów zostały, zgodnie z obietnicą, przechowane przez pewnego chłopaka w informacji turystycznej. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, specjalnie nie spieszyliśmy się ze składaniem rowerów, przepakowywaniem sakw i wyrzucaniem wszystkich zbędnych rzeczy, które mogłyby stanowić nadbagaż. Skończyliśmy całą robotę ok. 3 nad ranem. Potem rozmawialiśmy jeszcze z niemieckim rowerzystą, który dopiero przyleciał i czekał na świt (tej nocy były ciemne, niskie chmury i noc nie była biała). Tak więc noc zleciała nam szybko i bezsennie.
Czekała nas jeszcze tylko odprawa, w czasie której okazało się, że ważone będą tylko sakwy, a rowery "puszczone" zostały osobno, tak jakby było dla nich oczywiste, że ludzie latają z rowerami. I tak ostatecznie opuszczaliśmy Islandię, pełni wrażeń, ale jednocześnie z pewnym żalem...
Na Islandii spędziliśmy 4 tygodnie i przejechaliśmy w sumie 1900 km.
Tekst i fotografie: Kasia i Marek Połchowscy
Źródło: Polskie Centrum Ekspedycyjne www.expeditions.pl
Opublikowano za zgodą właściciela serwisu. Wszelkie prawa zastrzeżone.






