Lato 2006 zaskoczyło nas niezwykle sprzyjająca aurą – szczególnie, że okolica w jakiej od trzech lat podczas wakacji przebywaliśmy – Sor Trondelag, w poprzednich dwóch sezonach nie rozpieszczała nas nadmiarem słonecznej pogody.
Tym razem było inaczej – słońca zaskakująco dużo i temperatury bardzo często przekraczające 20 stopni.


Autor:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Termin:
3 dni lipca 2006

Wyślij komentarz
Napisz do autora tekstu lub redakcji Norwegofila
Korzystając z tych sprzyjających warunków, końcem lipca postanowiliśmy wybrać się na długo planowaną podróż – w końcu opuścić nasze śródlądowe, niezbyt imponujące w warstwice tereny i udać się na spotkanie fiordów (bo  czego też innego?).

Grafik był dość napięty – dysponowaliśmy zaledwie trzema dniami – jednakże długość dnia (wciąż trwały białe noce) oraz środek transportu w postaci dość wysłużonego Opla Kadetta dawały nadzieję na doznanie wielu wrażeń – skondensowanych do granic wizualnej i estetycznej pojemności naszych umysłów.
Niebagatelną rolę odgrywał fakt, iż naszą podróż rozpoczynaliśmy z miejsca znajdującego się 70 km na południe od Trondheim – tak więc translokacja w inny wymiar wertykalnych światów nie nastręczała trudności.
Cele były sprecyzowane – szybki przerzut doznań w rejony osławionych fylke (województwa) More og Romsdal oraz Sogn og Fjordane, z niewielkimi wariacjami na terenie Sor Trondelag.
Zapakowani wczesnym porankiem, szybko minęliśmy Trollheimen (choć kusiło, aby i tam liznąć nieco lokalnej specyfiki) i w mieście Oppdal zboczyliśmy z międzynarodowej trasy E6, aby przenieść się w kierunku niewielkiej fiordowej miejscowości Sunndalsora.
Droga wiła się pośród wzgórz, które z kilometra na kilometr dawały nadzieję na coraz to bardziej potęgujące się doznania. 

Nieopodal Sunndalsora rozpoczyna się wspaniały i dziki szlak drogowy, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się psim swędem, z ulotki krajoznawczej znalezionej na rynku w Trondheim. W tym miejscu należałoby wygłosić krótką apoteozę Przypadku – ponieważ ten pierwszy właściwy etap podróży był dla nas prawdziwym zaskoczeniem (bo o Drabinie Troli, czy Geirangerze słyszeliśmy wcześniej i zawczasu wiedzieliśmy, że mamy przygotować się na moc esencjonalnych doznań.)

Po zboczeniu z głównej drogi asfalt wkrótce się skończył, a po przejechaniu bramki, gdzie uiściliśmy opłatę za przejazd, koła naszego samochodu mieliły kilometry o konsystencji doskonale przygotowanej drogi tłuczniowej.
Norwegowie imponują nam w niejednym – i jedną z rzeczy która robi na nas nieustające wrażenie to właśnie przeprowadzenie dróg w najbardziej fantastycznych i wydawałoby się niedostępnych miejscach – właśnie w ten sposób zostały udostępnione dwie wspaniałe doliny – Litledalen i Eikesdalen, poprzez które prowadziła nas tłuczniowa droga.

Mały i duży KalenPierwszym wielkim zaskoczeniem – gdy tylko przejechaliśmy kilka kilometrów i samochód wdrapał się jakieś 200 m ponad poziom morza, był widok dwóch otwierających dolinę szczytów – Mały i Duży Kalken (1880 m n.p.m.). Dwa ogromne olbrzymy przycupnęły w iście skandynawskim spokoju, przyglądając się swym górskim pobratymcom równocześnie przeglądając się z wodach oceanu. Szczyty Kalken robią naprawdę duże wrażenie – bo choć 1880 m naszym „taternikom” może wydać się wysokością niezbyt imponującą, to należy pamiętać, że metry te wyrastają wprost z poziomu morza. Poza tym szczytowanie Kalkenów odbywa się na zasadzie stromego wzrastania ścian, praktycznie bez zjawiska piargu, zwieńczonych monumentalną szczytową stromizną. Szczególnie imponująco przedstawiają się szczytowe, około półkilometrowe ściany szczytowe – procesy erozji wykształciły tam charakterystyczne potężne żebrowania, na których, norweskie trole, o ile posiadałyby jakiś pierwiastek słowiańskości, przygrywałyby sobie wieczorami, niczym na biesiadnej harmoszce.
Po kilku dalszych kilometrach szczyty Kalken znikły, zasłonięte innymi pikami, których nazw ani zliczyć ani spamiętać. Droga poprowadziła nas na 800 metrów ponad poziom morza i teraz kluczyliśmy pośród wspaniałych, przyozdobionych połaciami śniegu szczytów, tworzących krajobraz obydwu dolin. Szczególnie wyraźnie zaznaczały się szczyty Slottho – spokojnie wygrzewające się pośród łaskawych promieni słońca.

W drodze do EikesdalenOd tego miejsca, poprzez jakieś 30 kilometrów droga, co rusz, towarzyszyła długim jęzorom górskich jezior, nad brzegami których rozlokowane były liczne górskie hytte, czarujące kolorystyką. Za punkt honoru uważa się tutaj posiadanie domku wypoczynkowego, którego cena, w zależności od usytuowania i wielkości dochodzi czasami do miliona złotych! Niektóre z nich to po prostu domy, o jakich my, często mieszkańcy blokowisk możemy jedynie marzyć. Dla bogatszych Norwegów są one jedynie „daczami” – miejscami gdzie spędza się możliwie wiele wolnego czasu – co czasami ogranicza się do kilku weekendów w roku. Jednakże zaznajamiając się z norweską przyrodą, owym szaleństwem rozpostartych przestrzeni, łatwo zrozumieć potrzebę posiadania znacznej przestrzeni życiowej – tym bardziej w kraju, gdzie żyje 4, 5 mln osób, na powierzchni nieco większej od Polski. Dla przeciętnego Norwega nasze M3 to powiedzmy salon z kuchnią. Tutaj raczej nie cierpi się na przypadłość agorafobii.

Jezioro VatenTłuczniowa droga, po jakiś 50 kilometrach pokonywania trasy, której nazwanie wertepami stanowiłoby afront dla norweskiej technologii drogowej zaprowadziła nas do doliny Eikesdalen.
Znów znaleźliśmy się nieomal nad poziomem morza – otoczeni wspaniałymi górami i skąpani w promieniach słońca. Miejscowość Eikesdalen to malutkie malownicze miasteczko, gdzie główną atrakcją turystyczna jest największy wodospad Północnej Europy – Mardalsfossen – licząca 650 m wstęga spadająca z ogromnej, wklęsłej ściany, wyrzeźbionej niczym cięciem topora. O tej porze roku z pewnością wodospad nie niósł tyle wody, co podczas roztopów, czy ulewnych deszczów, jednakże wstęga wody, po jakiś 300 m swobodnego lotu uderzająca o występ skalny i rozbryzgująca się w górę niczym potężna siklawa, na powrót poddająca się sile ciążenia robiły wspaniałe wrażenie. I z tego powodu jest to miejsce jak najbardziej godne polecenia. Jak i zresztą cały, wyżej opisany szlak, może nie tak znany jak inne, o których wkrótce będzie mowa, jednakże nie mniej zachwycający i swoisty. Polecamy. Gorąco polecamy.

I z powrotem znaleźliśmy się na twardej drodze, która oprócz drogi do schroniska Juvashytta towarzyszyła nam już przez całą część liczącej 1500 km trasy.
Szczyty okalające AndalsnesByło wczesne popołudnie a my podążaliśmy na spotkanie Troli w postaci Trollvegen i Trollstigen – nie będziemy się tutaj o nich wiele rozpisywać, ponieważ są to miejsca tak bardzo znane, że trudno dodać coś od siebie. Zęby ostrzyliśmy sobie od momentu, kiedy tylko ujrzeliśmy majestatyczne granie otaczające miejscowość Andalsnes. Z osobistych impresji chcielibyśmy podkreślić, że osławiona Ściana Trolli, nie wywierała aż tak wielkiego wrażenia i pomimo swych 1000 m jest raczej wezwaniem dla alpinistów, aniżeli pokarmem dla estetów. Kruszy się niemiłosiernie, a do tego, stoi się od niej tak blisko, że perspektywa spłaszcza się i uniemożliwia obiektywny osąd.
O wiele ciekawiej prezentuje się osławiona Drabina Troli – wpierw łagodny truchcik pod górę, następnie ostre piłowanie silnika. Doskonałym pomysłem wydało się nam ustawienie wzdłuż drogi głazów przydających jej wiele uroku. Przy szybkiej jeździe wyglądały niczym małe trole, prowadzące do swych górskich osiedli.
Cóż tutaj strzępić języka – imponujące, szczególnie zważając na fakt, że drogę oddano do użytku, na krótko przed wybuchem II wojny światowej – a wtedy jeszcze Norwegia nie była jednym z najbogatszych krajów świata.
Zrezygnujemy tutaj z patetycznych opisów o grożących niebezpieczeństwach, czyhających na każdym zakosie zakrętu – dobre hamulce i zdrowy rozsądek z pewnością wystarczają, umożliwiając jednocześnie pełniejszą radość podróżowania i estetycznego oglądu.

Owce-żebraczki na OernefjellNastępnie w dół, łagodniejszym traktem prowadzącym do miejscowości Eiksund, gdzie dwa razy w ciągu dnia kursuje wycieczkowy prom, którym wraz z pojazdem możemy odbyć rejs po trzech  okolicznych fiordach z gwoździem programu włącznie – Geirangerfjord. Jednakże my wybieramy opcje lądową – zwyczajnym transportowym promem przedostajemy się na drugi brzeg fiordu (wycieczkę promową po fiordach zostawiając sobie na inną okazję) i udajemy się w kierunku miejscowości Geiranger, ku której prowadzi wspaniała trasa Ornefjellsvegen – nazwę której pragnąłbym oddać jako norweską asfaltową Orlą Perć, bo właśnie orzeł figuruje w jej nazwie. Przed ujrzeniem Geirangerfjord zatrzymaliśmy się na chwilę na przełęczy, będącej kulminacją drogi. Na parkingu zostaliśmy „napadnięci” przez –co typowe – wolno chadzające owce – „żebraczki”, które karmiliśmy bułkami, pochłanianymi zachłannie, z wielkim apetytem. Dwie odważniejsze zajadały pieczywo, tak, że jak gdyby zapłaciliśmy myto, umożliwiające dalsze podróżowanie.

Wodospad Siedem SióstrZbliżał się wieczór, kiedy mieliśmy okazję obserwować fiord z zawieszonego nad nim punktu widokowego – jęzory morza, miasteczko Geiranger oraz słynny wodospad „Sjuesoster” – Siedem Sióstr, którego nazwa pochodzi stąd, iż tworzy go siedem opadających warkoczy wodnych.

Zjeżdżając po kilkunastu serpentynach, nie mniej ekscytujących niż tworzące Trollstigen dotarliśmy do miasteczka, gdzie aż rojno od turystów wszelkiej maści. Kusiło mnie, aby wieczorem wjechać na Dalsnibbę, ale postanowiliśmy przenocować nad fiordem. Z dala od kampingów i hoteli znaleźliśmy dogodne miejsce na nocleg. Był to jakiś drewniany obszerny podest, usytuowany tuż nad fiordem – zawinęliśmy się w śpiwory i sen.
Wczesnym rankiem wyruszyliśmy na Dalsnibbę – kolejny drogowy eksces na trasie naszej podróży. Widok z DalsnibbaPo kilkudziesięciu minutach Opel wspiął się na 1500 m, skąd mieliśmy okazję podziwiać niezmącony spokój gór, zewsząd pokrytych lodowymi czapami. Było bardzo wcześnie i na górze znajdowały się zaledwie dwa inne samochody, tak więc wrażenie pierwotności było dojmujące – dookoła jedynie góry i gdzieś w dole majaczące budynki Geiranger. To właśnie jest w tym kraju wspaniałe!
Dalej kierowaliśmy się w kierunku Lom – droga o tej wczesnej porze była opustoszała, co dodatkowo wzmagało radość kierowania i sycenia się mijanymi krajobrazami.

Stavkirke w LomLom to miejscowość, gdzie urodził się i spędził swe najmłodsze lata najsłynniejszy norweski pisarz - Knut Hamsun. Znajduje się tutaj również ciekawy stavkirke – historyczny drewniany kościół, w stylu którego symbolika chrześcijańska miesza się z wpływami kultury wikingów (obok krzyży widnieją smoki i węże morskie). Analogiczny znajdziemy w Karpaczu – przywieziona z Norwegii świątynia Wang. I co najważniejsze – są to wrota Jotunheimen i Narodowej Trasy Turystycznej Sognefjellet.
Już od samego początku można było wnosić, ze czeka nas tutaj duża dawka wertykalnego zawrotu głowy.
I tak też było – najpierw „wspięliśmy” się do schroniska Juvashytta, dokąd doprowadziła nas najwyżej położona z norweskich dróg – schronisko leży 1880 m n.p.m.

Granie Hurrungane„Dom olbrzymów” to transcendentalne pustkowie – amalgamat stromych szczytów górskich oraz ogromnych czap lodowych. Aż korciło, aby udać się na wyprawę na Galdhoppingen, jednakże czas niestety nie pozwalał.
Serpentyna drogi Sognefjllet prowadziła nas poprzez nieustające dozy zachwytu – aż w końcu, po osiągnięciu 1300 m n.p.m. oczom naszym ukazała się chyba najbardziej imponująca z typowo górskich konstelacji, jaka nawiedziła nas podczas tych trzech, zintensyfikowanych do granic możliwości dni – Hurrungane – niebotyczne, ostre jak brzytwa szczyty, oplecione hamakami potężnych pól lodowych.
Kilkanaście szczytów, z których najwyższe osiągają ponad 2400 m n.p.m. tworzy pasmo majestatycznych i surowych grani, z potężnymi ścianami i kilkuset metrowymi przewieszeniami. Gdyby nie brak czasu, to tylko spakować, co trzeba i ruszyć w górę, aby z bliska przyjrzeć się tym granitowym kolosom. Tutaj też spędziliśmy stosunkowo dużo czasu, wspomnienia wzbogacając wspaniałymi ujęciami.

Innym zachwytem napełniły nas górskie potoki – rześkie i bystre, których sprawiał wrażenie, że woda ta musi smakować jak żadna inna. I zresztą smakuje. Jak nazwać ten kolor? – jakby błękit rozbawiony bielą mleka – bo to właśnie topniejące lodowce nadają strumieniom ten niezapomniany koloryt.
Sognefjelletvegen spadło ku fiordowi Sogn – z ciepłymi błękitnymi plażami i malowniczymi miasteczkami. Dalej wrażenia nieco przygasły, co oczywiste, po doznaniach sprzed kilkudziesięciu minut. Reszta część dnia upłynęła na serpentynowaniu prowadzącym poprzez Byrkjelo, w pobliże Stryn. Liznęliśmy jedynie kawałka Jostedalsbereen, ponieważ przejechaliśmy wydrążonym pod nim systemem kilkunastu kilometrów tuneli (co gorąco odradzam – ze względu na cenę 160 koron, jak i oczywisty brak widoków). Niedaleko miejscowości Stryn znaleźliśmy doskonałe miejsce na nocleg – nad samym brzegiem Nordfjord, który wraz z niezwykle ciepłą nocą ukołysał nas do snu.

Landszaft z HornindalsrokkenOstatni dzień podróży, ze względu na aurę został rozłamany na dwie części – najpierw, jak poprzednio słońce i wspaniałe widoki –wpierw Geirangerfjord od strony miejscowości Hellesylt – przyprószony potokiem lejącego się z nieba światła.
Po drodze do miasteczka Stranda zaskoczył nas niezwykle malowniczy pejzaż – na pierwszym planie, stary kamienny most, a w oddali niezwykle szpiczasty szczyt Hornindalsrokken – co w połączeniu tworzyło iście pocztówkowy widok.

Również okolice Stranda rozpieszczały landszaftami.
Ale już po przejechaniu przełęczy opadającej w kierunku Storfjorden wjechaliśmy niespodziewanie w gęstą mgłę. To Morze Norweskie buchało oparami zawieszonymi jakieś 100 metrów nad jego powierzchnia, tak że niezwykle malowniczy Alesund przykrywał gruby kożuch chmur. A szkoda – ponieważ, kiedy byłem tutaj po raz pierwszy, podczas słonecznej pogody miasto przedstawiało się olśniewająco, szczególnie ze wzgórza ……, z którego możemy obserwować miasto wcinające się w ocean, jak i horyzont naznaczony linią górskiego kardiogramu.
Jako ciekawostkę należy podać, ze Alesund wyglądem różni się nieco od pozostałych miast norweskich, których specyfikę konstytuuje malownicza drewniana, niska zabudowa (choćby Trondheim, czy Kristiansund). Centrum Alesund w całości wzniesione zostało z cegły i kamienia, w manierze stylu secesyjnego. Powodem tego był fakt, iż zimą 1904 roku, wcześniejsze centrum wzniesione na bazie drewna, strawił ogromny pożar, dodatkowo rozniecony szalejącym sztormem. Po tej tragedii postanowiono wykorzystać bardziej ognioodporny materiał – stąd dzisiejszy wygląd miasta.

Z Alesund udaliśmy się w kierunku Vestnes – mieści się tam przystań promowa, skąd promy pokonujące Romsdalsfjorden przybijają do sporego miasta Molde.
Tym razem pogoda była łaskawsza – wyjrzało słońce ukazując poszarpany graniami widok, rozciągający się na dobre 150 kilometrów. Przeprawa do Molde zajmuje pól godziny – stosunkowo dużo (niektóre promy płyną nie więcej niż 10 minut) – poprzez to wychodząc na pokład, mamy okazję zaznać przez chwilę erzacu morskiej podróży. Obserwowanie majaczących w oddali szczytów było tym przyjemniejsze, że w bliższym oglądzie wielu z nich wcześniej partycypowaliśmy. Przed nami rozpościerała się oddalona perspektywa pierwszego dnia podróży – daleko, daleko na lewo majaczyły szczyty Kalken, a na wprost strzeliste granie otaczające Andalsnes, skąd bierze początek Drabina Troli.

Molde jedynie minęliśmy – byłem tu wcześniej i nie zrobiło ono na mnie szczególnego wrażenia – jedyne co tu ponoć ciekawe to festiwal Jazzowy, o ile oczywiście jest się fanem Jazzu.
Naszą destynacją była Droga Atlantycka – jedna z Narodowych Tras Turystycznych. Jednakże jak chciał pech znowu mgła i tak cały czas, że w zasadzie nie ma czego opisywać. Widoki pochłonęło oceaniczne mleko i jedynie miasto Kristiansund uraczyło nas nieco swym typowo skandynawskim wdziękiem.
Pozegnanie podróży niedaleko SunndalsoraMgła ustąpiła dopiero na wysokości miasta Tingvoll – słonce powoli chylące się ku zachodowi i ostatnia wielka przyjemność – miejsce gdzie zaczynaliśmy nasze wakacyjne żniwo – Sunndalsora pożegnało nas feerią barw zachodzącego w ocean słońca.
I dalej tylko noc i powrót i tęsknota, i przeświadczenie, że właśnie tam trzeba koniecznie wrócić.

KILKA INFROMACJI PRAKTYCZNYCH:

Pogoda – raczej brak reguły. Bardzo zróżnicowany mikroklimat – w jednym miejscu może świecić słońce, za kolejną przełęczą może padać deszcz – planując podróż bardzo uważnie sprawdzajmy prognozy pogody (i nie te z TVP, gdzie podaje się temperatury dla Oslo). Kiedy pogoda jest niepewna odradzam wyjazd – chyba że ktoś jest fascynatem podróży we mgle.
Tego roku benzyna była droga – cena dochodziła do 12, 5 korony. Diesel do 11. Ceny zmieniają się praktycznie z dnia na dzień – z tendencją wzrastająca w kierunku weekendu.
Wiele dróg jest płatnych – Narodowe Trasy Turystyczne są free. Natomiast wszelkiego rodzaju drogi „jednokierunkowe”, czy tłuczniowe, prowadzące do dużych atrakcji są płatne – przykładowo za wjazd do Juvashytta trzeba zapłacić 80 Kr, Litledalen 50 Kr. Płacimy zawsze – nie oszukujmy się nasza słowiańska mentalnością, że da się kogoś zrobić w balona – nawet jeśli nie ma kasjera, kamerki skrzętnie zanotują numery waszego pojazdu, a po miesiącu czy roku dostaniecie miła informację z fotografio i z 20 razy więcej będzie was kosztować, zdawałoby się darmowa przejażdżka.
Tunele od 20 Kr, do 180 Kr (wątpliwa przyjemność tuneli pod Jostedalsbreen).
Wycieczka z przewodnikiem na Galdheppigen (bo dla amatorów tylko takie są dostępne)  jakieś 300 Kr, podobnie nocleg w Juvashytta  - 300 Kr (bardzo miłe i spore schronisko w centrum Jotunheimen). Również wiele wycieczek organizowanych jest na poszczególne partie Jostedalsbreen – od spacerowych po zaawansowane (te ostatnie ile dobrze pamiętam kosztują jakieś 700 Kr.)
Przeprawy promem różnie:  50 – 100 Kr. Raczej nieuniknione ale i często bardzo przyjemne.
Wycieczkowy prom z Geiranger do Hellesylt 300 Kr - kursuje bodajże co 1,5 h, od 8 do 16.
Nocleg – jak sobie, kto życzy – my wybraliśmy opcję najbardziej ekonomiczna – śpiwory.
Jedzenie – można przeżyć, niektóre produkty są nawet tańsze niż w Polsce – np. doskonałe dżemy w sieci sklepów Coop, krem czekoladowy, orzeszki ziemne. Tanie makarony, ryże itp. Natomiast ceny mięsiwa są horrendalne. Tak więc nieodzowne puszki.
Spoglądaj na licznik samochodu, jak pisze 80 to znaczy że 80, chyba że kolekcjonujesz drogą makulaturę (przeczytałem gdzieś kiedyś o gościach, którzy jechali na wspinaczkę na Lofoty i trochę się im śpieszyło – 2000 tysiączki skwitowane przez policjanta: „W Norwegii mamy bardzo drogi papier”)

Na ewentualne pytania służymy w miarę możliwości informacją drogą mailową: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
Pozdrawiamy wszystkich ciągnących do Skandynawii i zachęcamy do liźnięcia uroków More og Romsdale oraz Sogn og Fjordane.

Olga i Andrzej Norberciak

Komentarze  

 
0 #2 Gość 2010-11-16 18:09
pozazdrościć piękne widoki
Cytować
 
 
0 #1 Gość 2007-03-24 10:22
Śliczny opis wycieczki do Norwegi ale brak mi opisu kempingów. jakie są drogie czy tanie, jak z miejscami problemy czy z marszu. Pozdrawiam i dzięki za ładną lektórę
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Wypoczynek w Norwegii

Telefon z Norwegii

Hotele w Norwegii

Znajdz na trivago Hotele w Oslo
Polecamy:  Norwegia oficjalny przewodnik