Autor relacji:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

Termin:
29.06.2003 - 13.07.2003

Więcej na:
www.bcsopot.com.pl

Wyślij komentarz
Napisz do autora tekstu lub redakcji Norwegofila.

No dobra, znowu lecimy na północ (relację z wyjazdu w 1999 r. przeczytaj pod adresem http://www.bc.skc.com.pl/motocykle/ofrn/norwegia.html)

Powodów kilka :
- nie ma tam tylu pyłków trawy,
- fajna kompania,
- nici z wyjazdu do Irlandii a coś robić trzeba.

Więc podłączam się do organizatora Piotra (Transalp), i w znanym gronie Krzysztofa (Choper) i Adama (Transalp) lecimy zdobywać fiordy.
Prom załatwia Piotr - motocykl + osoba w kabinie kuszetkowej 318 zł. Wyjazd z Gdańska o 17:30 - lądowanie w Trelleborgu o 7:00. Kontrola graniczna - raczej symboliczna: paszport, pytanie o cel podróży i środki na utrzymanie.

Pogoda: słonecznie i ale nie zagorąco.
Staralismy się omijać główne drogi, więc pokluczyliśmy 108, by wylądować na 26-tce. Potem miało być malowniczo wzdłóż jeziorka 45-tką ale zarosło lasem, zrobiono nowe objazdy i w zasadzie nic nie było widać. Tankujemy płacąc kartami kredytowymi bo nikt nie ma ani jednego Szweckiego "grosza".

Do Norwegi wjeżdzamy drogą nr 61 i ku naszej radości nie ma przejścia granicznego - bo straszono , że odbiorą nam na nim wszystkie konserwy ;-)
"Organizuję" nocleg nad rzeką Glama opodal Opphus. Mała polanka 150 metrów w dół od drogi, zakryta drzewami.

Pierszego dnia pękło więc około 700 km, co odbiło się niektórym na pośladkach. Przy małym ognisku wieczerzamy. Próba połowu ryb kończy się kompromitacją w oczach wydry, jaka złapawszy rybę pod kamieniem, zjada ją na naszych oczach, ostentacyjnie przepływając na plecach u naszych stóp. Przyroda - psiakrew...

Noclegu pilnowało małe stadko komarów - ale nastawione dość przyjaźnie. Noc ciepła i lekko tylko zagłuszana dzwiękiem rzeki i snem sprawiedliwego jednego z towarzyszy podróży ;-)
Rono nie odpalił Trapi Piotra. Padł akumulator. Zapocamy się jak myszy wypychaniem motocykla na drogę - odpalił od trzeciego biegu. Uff ...

Po poranych szuterkach veto postawili: zdrowy rozsądek i Krzysztof ze swoją czerwoną lampką smarowania. No cóż 120 km przez trzy godziny nie nastraja optymistycznie. Resztę więc dnia postanawiamy spędzić raczej na "głównych". Tniemy na północ 3-ką, w Trondheim wpadamy na E6-kę i fuj - co za tłok !. Jak możecie nie jedźcie E6 tylko opłotkami ... choć oczywiście nie ma dużo możliwości.

Przed i za Trondheim sporo aparatów automatycznego pomiaru prędkości, ale łatwo je zobaczyć z daleka. Nieopodal na stacji benzynowej spotykamy pierwszych Polaków wędrujących autkiem na sam koniec Norwegii.
 
E6 też nie jest pozbawiona uroków. Bardzo, ale to BARDZO ją zmodernizowano od poprzedniego mego wyjazdu chyba 9 lat temu. Stała się dużo szersza, mniej zakręciasta ale starano sie chyba utrzymać jej charakter. Ma to też i swoje plusy, bo na starch fragmentach drogi można sobie poszukać szybkiego miejsca na nocleg.

Jak na razie paliwo po 8,5 NOK / litr 95. Coca Cola na stacji (puszka) 15-18 NOK (8-10 złotych !)
Co druga stacja nie honoruje kart Visa Elektron - więc trzeba posiadać gotówkę.

Było zadziewiająco gorąco, więc przy kolacji wykapaliśmy się nie mocząc ubrań w słodkich wodach Snasavatnet za Steinkjer. Co to była za wodna roskosz - nie oddał się pokusie tylko Krzysztof ... powiedzmy, że pilnował garów.
 
Nocleg w malowniczym miejscu, na drodze bocznej do Toymskardia. Mały porcik. Mało miejsca na namioty ale dobre i to - jedynie nie podmokłe miejsce, z dostępem do wody dużej (ach ta kąpiel znów bez zamaczania ubrań) i pitnej (co za smak). Dostępu do pozostałych rozkoszy broniła armia miliarda komarów jaka testowała nasze moskitery na twarz i te w namiotach. Krzysia namiot poległ - za duże otworki w moskitierze. Dopiero spryskanie jej płynem na komary odparło napastliwa nawałnicę.
Tak więc dobrzez było zrobić kolację czy śniadanie "gdzieś" w drodze a nocleg traktować jako spańsko. Strasznie to przyspiesza rozbijanie i zwijanie obozowiska.
Po śniadanku i obrzędzie ablucji w szerokiej i zimnej rzecie, nad która nie było za dużo kamarów tniemy na północ. Na razie gorąco, bezwietrznie. Widoki powalaja na kolana i zmuszają do postojów. 

No dobra będę się streszczał.
Krąg polarny - takie umowne kółko na globusie - i fajowe miejsce na straganiki z pamiątkami. Rozrosło się to do niezłego kombinatu turystycznego. Multum ludzi, samochodów, autokarów (nawet SZWAGRO-POL !) i specjany pasek parkingowy dla motocykli. Byli nawet twardziele z Włoch (!).
Przed frontem : Piotr, Bogdan i Krzysztof (Adam się zaszwędał). W szybach odbijają się góry naprzeciwko.Ciepło i słonecznie ... niespotykane ...

Wydajemy tu pierwsze pieniądze nie na paliwo i napój.
Lody po 16 NOK - ale za to smaczne.
Sklepik z pamiątkami okupowany przez autobusiarzy aż tłoczno - nie , nie tak powinna wyglądać Norwegia.
 
Gorąco było aż za bardzo. Chcieliśmy się wykąpać w zimnej górskiej rzece. Udało się nam do niej dojechać, rozpakować, rozebrać i wskorzyć w jej nurty. No bez przesady -do łydki- bo i tak było ciężko nie popłynąć z prądem, a trzeba było uważać gdyż po 100 metrach, poniżej był wodospad. Jednakże po chwili nastapił szybki niekontrolowany odwrót - stado końskich (no może łosiowych) much, o odwłokach os zaczęło napastować nasze seksownie odsłonięte ciała. Cwane owady dolatywały do nas, siadały a po chwili wędrowały na ubraniach w kierunku odsłoniętych części ciała.
Kiedyś przed Sorfjordmoden były płatne tunele. Widocznie się zwróciły i teraz były bezpłatne. W ogóle większość tuneli poszerzono, oświetlno i wyposarzono w wentylatory. Idzie nowe ...
Przed Narvikiem pierwszy prom za 43 NOK, zaraz potem pierwszy z wielu mostów, wtopionych niesamowicie w krajobrazy.
 
Narwik - nic ciekawego, portowe miasto. Przemkneliśmy w miare szybko i bezboleśnie. Na wjeździe buduje się spory nowy węzeł komunikacyjny.
Na stacji spotkaliśmy powracającą z Nordkappu na motocyklach parę Niemców. Opony mieli "golasy", a dziewczyna w Tenerce łańcuch wyciągnięty i suchy jak pieprz. Nigdzie nie mogli kupić stosownego smaru więc nasmarowaliśmy nieszczęśniczce łańcuch aż kapało.
 
Za Narvikiem na pierwszym postoju ze stolikami (ponad 30 km za miastem) wieczerzamy i odpoczywamy przed dalszym skokiem. Piotrek mocuje patencik na starter, który zawsze mu sie włącza opierając o tankbak przy manewrach w prawo.
 
No i po 22:30 wyruszuliśmy w góry. A tam zrobiło się mgliście, ciemno i zimno, aż się do-ubraliśmy. Mgła się skończyła nagle, a oczom naszym ukazały się cukierkowe widoki o 00:01.
Tak - słońce już nie zachodziło tylko muskało horyzont.
Okolice Storsteinnes.
 
Balsfiordem 00:03
Powaliło nas na kolana ...

Nocleg na punkcie turystycznym ( klopek z ciepła wodą !) nad brzegiem fiordu Lyngen rozbiliśmy "cichaczem" po 01:30.

Ranem okazało się, że z miejscowego parkingu i toalet korzystają autokarowe wycieczki, między innymi i SzwagroPol. Znowu okazja do żartów i poszturchiwań. Po sutym śniadanku pod daszkiem specjalnego pomieszczenia wyruszamy pod obłokami ciężkich chmur dalej na północ ...
 
Widoczek nad Kwaelangen - znowu Szwagropol. Widoki raczej zamglone ale trzeba się załapać na one drzewko. Potem jakieś straganiki z lokalnym folklorem. Skóry, rogi i laleczki.

Alta, tankowanie, zakupy w sklepie turystycznym - Adam "pękł kalamitke" więc nabył nowa w drodze kupna. I znowu wpadamy na Szwagropol.
 
Za Altą pola bezdrzewowe. Robi sie zimno i zaczyna troche popadywać deszczyk, oraz podupadać nasza wiara w słońce.
Za Skaidi przelatujemy obok stojącej grupy motocykli. Kątem oka dostrzegam polską rejestrację. Zawram grupę i padamy sobie w objęcia. Grupa twardzieli z Poznania. Witamy się - dziewczyny miały tak lodowate dłonie, że tylko to pamiętam. Wracają, życzymy im szczęścia ...
A nam go trochę zabrakło. Grubo po północy zapatrzeni na renifery odbijamy z drogi i Adam urywa mocowanie pompy wodnej, niszczy sprzęgiełko napędowe i kruszy kruciec dolotowy - tylko jednym kamieniem ... Horror i strach zajrzał nam w oczy. 50 km przed Nordkappem motocykl padł ... .
Holowanie 45 kilometrów do domków w Repvag, gdzie mamy nocleg za 100 NOK od łepka za noc.
A potem walka, walka, walka i nerwy, nerwy, nerwy (Adama)

Resume: holowanko do Honningsvag, ja na wozie serwisowym, Adam w Taxi do lekarza. W Serwisie maja w zasadzie już weekend, generalne sprzątanie więc sam zabieram się do "naprawy". Pokombinowałem, posklejałem i jakoś zaczęło "się kręcić" ale nie wróżę wielkiego przebiegu ... grunt że pompa tłoczy a olej nie leci za bardzo. Jedyne co dobre to to, że motocykl i moja osoba przejechały przez tunel "za darmo"
 
Koledzy po naprawie Adama przyjechali po mnie moim motocyklem i razem tniemy w czwórke na Nordkapp.
Przywitał mnie jak onegdaj - mgła i deszczyk ale bez wietrznie. Zimno i ponuro.
Wjazd 185 NOK od łepka ale wybłagałem panienkę i "dała" mnie i Adamowi bilety studenckie po 100 NOK (sponsorował chwilowo uszczęśliwiony Adam). Krzyś i Piotr nie mieli odwagi sie potargować i zabulili pełną stawkę.
 
Sam ośrodek szkoleniowy na Nordkappie - bez większych zmian. Jedynie co to kino nie jest już tak panoramiczne jak kiedyś. Tylko 90 stopni (pięć ekranów) i miejsca siedzące. Drzewiej ekran był absolutnie dookoła - 360 stopni i miejsca były stojące by móc się porozglądać.
Z ciekawostek to : spotkaliśmy się (po raz ostatni) ze Szwagropolem, oraz przepowiednia meteorologoczna - 22:20 będzie przejaśnienie. I faktycznie było, na moment poprawiła się pogoda, że było widać nawet morze ...coś niesamowitego.

Ceny w sklepiku i barze raczej nie zachęcają do zakupów i konsumpcji.
Lody za 36 NOK ale się skusiliśmy - wszak to prawie lodowa kraina.
Jak na zakupy to raczej w cudownie małym i stosunkowo najtańszym sklepiku w zapomnianym Repvag.


dnia 4.07.2003 Nordkapp zdobyty !.

Autor na fotografii z czapeczce zasponsorowanej przez
Jarka Wolnego - Zakład Krawiectwa Ciężkiego
Oliwa, Krzywoustego.
Dzięki
 
Uciekamy przed tłumami i zimnem z przylądka Nordkapp.
Już nie pada ciurkiem, tylko popadywuje. Mgła a w zasadzie chmury ścielą się nisko. Droga śliska jak diabli, Krzysztof na swoim "sliku" dwa razy wyprowadził motocykl z poślizgu i wystarczy, zwalnia a my nie widząc go w lusterkach odczekujemy momencik robiąc zdjęcia.
Za tunel na wysepkę Mageroya trzeba zapłacić w dwie strony. Cena powala na kolana. Za prom płaciłem kiedyś 55 NOK. Dlal porównania ceny na zdjęciu.
Sam tunel jest niesamowity. Rozpoczyna sie 8% towym zjazdem, kawałek po prostym i ostro w górę. Współczuję rowerzystom.
Acha - stał policjant z radarem i skasował auto jadące 17 km szybciej na 1000 NOK bez prawa do apelacji.
 
Na górach przewalają się przez drogę stada reniferów, wybiegające na drogę zawsze przed koła nadjeżdzających pojazdów, co i miało tym razem miejsce. Uważajcie, naprawdę.
Jak zakupy na Nordkappie to tylko w Repvag. Mała zapomniana mieścinka rybacka, gdzie poławiano i wieloryby. Jeden sklepik z pamiątkami pod który podjeżdzają i autokary - więc chyba warto. Polecam ciemne srebro norweskie.
Samo miasteczko nic szczególnego, ale na rynku armatka wielorybnicza. Krwawe narzędzie mordu, ale jak się zastanowić nad losem krów i baranów ... to bo ja wiem?

Następnego dnia "rano" zwijamy się z gościnnego domku i pędzimy na południe, rezygnując z drogi ku północy Vardo i Murmańska ze względów na uszkodzony motocykl Adama i łysiejąca oponę Krzyśka.
Wjazd do Unii Europejkiej - Finlandii - nawet nie przerwany sprawdzeniem paszportu. Ciekawe, czy tak będzie wyglądać nasza wschodnia granica po wejściu do Unijnego kotła ;-)
 
Finlandia - ot momement nie przerywany nawet oddaniem moczu. Potem wpadamy do Szwecji - jakoś nie widać większej różnicy. Atrakcja miał być "lodowy pałac" ale jak przystało na tę porę roku - stopniał i tyle go było widać. Jedyne co przykuło wzrok to one kanu jakim dopływa się do sauny dryfującej na środku jeziorka. Szkoda, że nie było tyle czasu by się w niej wypocić.
Największe miasto wydobycia kobaltu - robotnicze - panie - komuna, zafajdane kible, szaro i mało romantycznie, choć z daleka robi wrażenie : miasto otoczone górami hałd.
 

Droga z ... do granicy z Norwegią. Ot mała panorama na rozlaną rzekę.
Krzysztof dał mi się przejechać swoim krążownikiem. Ale ma chłop zaparcie jechać na czymś takim - wieje, gwiżdze, nosi - jedynie to ciepło i miękko w pośladki ;-)
O dziwo, Krzysztofowi też nie przypadło do gustu podróżowanie Viaderkiem.

Okolice upszczone kwiatkami, wodospadami, strumyczkami, z których czerpaliśmy wodę do spożycia i siłę na dalszą drogę.
 
Granica z Norwegią - raczej symboliczne miejsce na szczycie wzniesienia. W zasadzie to mały kamienny płaskowyż, porośnięty nieznacznie zarośniętą "trawką".
Zjechaliśmy koło Narviku drogą na Lofoty. Zatrzymaliśmy się na wieczerzę w uroczym miasteczku, tj. w jego porciku.
Adam nabył od rybaka świerzą rybkę i zrobił smarzone fileciki a z reszty zupę rybną gotowaną na morskiej wodzie pobranej bezpośrednio z portu.
 
Uczta była tak wielka, że zabalowaliśmy do północy
( na zdjęciu Narvik o tej porze ) że decyzja o dalszej jeździe została przegłosowana do dnia następnego.
Namioty rozbiliśmy nieopodal, a usypiał nas tylko pełen brzuch i szum fal, bo jasno było non stop.


Po śniadanku na pięknej przełęczy drogi 829 tniemy na Lofoty.
A to skąd się tutaj wzięło ?

Duża metalowa konstrukcja gdzieś na drodzie 852 przed (za) Tovik. No nie wiemy, ale żeby "nasi" na złom nie wynieśli - tyle żelastwa - co za marnotrastwo... (;-) )
 
Mostem wiszącym (czasami) ponad mglistym dywanem wpływamy na wyspę Hinnoya. Na mostach wieje, tak wieje, że dobrze że nie jedziemy na rowerach.
Potem kierujemy się na Hastad, wzdłóż brzegu, trochę po szuterkach obwijamy wyspę od zachodu i zmęczeni zakrętasami, wiatrem i poprzednio nocną wyżerką ...
 
 ... lądujemy na wymarłej przystani rybackiej dając odpocząć członkom, oczom i zapędom podróżników.
Okolica "zarośnięta", ale diabły morskie to się nam będą po nocach śniły.
 
Błękit wody powalał na kolana. Można było tak siedzieć i podziwiać bez końca - no powiedzmy do momentu pierwszego z żywiołów - głodu, chłodu, ciemności czy żądzy przygód.
W drode do Sortland motorek Adama zaczyna znowu popuszczać olejem. Decydujemy się na wizytację warsztatu. Długowłosy mechanik, były właściciel zbankrutowanego sklepu motocyklowego okazał się wyśmienitym fachowcem. "Razem" w dwie godzinki "naprawiliśmy" ponownie motocykl. W tym czasie reszta ekipy szukała noclegu pod daszkiem, bo pogoda trochę zaczęła podupadać.
Cena za usługę prawie zwaliła z nóg Adama, ale trzymając fason, podarował mechanikowi buteleczkę Wiski, którą to wzbraniając się dość długo, ostatecznie przyjął.
Kupa ubawy była wieczorem, kiedy to potrzebowaliśmy olej do smarzenia i okazałao się, że był w owej buteleczce. Ozami wyobraźni widzieliśmy jak reaguje na łyk ów pechowy mechanik.

P.S. Nie, nic się nie stało, nie zdążył zaciągnąć, ale że butelczyną zatargał do domu - miał więc od nas (tj. od Adama) olej i Whiski.
 
Po "wieczornej" kolacji zapada decyzja by jechać na "nocne" podziwianie nie zachodzącego słońca. Deszczyk jeszcze pokapywał co udokumentowane zostało zdjęciem podwójnej tęczy.
Kierunek - przylądek północny wyspy Andoya.
 
Początkowo droga taka sobie ale jak przecisnęliśmy się na zachodnie wybrzeże oczom naszym ukazało się to co może opisać tylko zdjęcie i chwila milczenia ...
Porcik w Nordmela - tu można wynająć kuter, który zawiezie cię w miejsce, gdzie można podziwiać wieloryby. Nam zabrakło czasu i odwagi. Ale kolory portu powaliły i tak na kolana ...
Siedziałbym na tym motocyklu dlużej, tak było bosko ale dalej mogło byc jeszcze "bościej", więc po 15 miutach pognaliśmy dalej ...

Nie zajechaliśmy daleko, ot nie da się tylko jechać w takich okolicznościach - mus to się zatrzymać i popatrzeć - no i czasami pstryknąć.
kolice Nordmela wyspa Andoya.
 
Wielorybi krąg.
Tyle pozostało z dumnego ssaka.

Jeżeli boli was kręgosłup - to pomyślcie jak procentowo wielki
był Jego ból.
 
Jeden z niewielu piaszczystych fragmentów plaży.
P.S. Jest około północy.
 
Tak wygląda północ na północy. Bosko - nieprawdaż?

Następny dzień - następna wyspa.
Snowu stary zapomniany port w Langenes na północnym cyplu wyspy Langoya.

Jest tam najstarszy dość ciekawy kościółek w okolicy.
 

O - jeżozwierz, a raczej miejsce po nim. Mewy miały ucztę, dla mnie pozostała jedynie ta piękna skorupka.
Wracamy wypatrzoną, kamienną drogą przez groble zbudowaną chyba jeszcze przez Wikingów.
Z Melbu promem za 45 NOK jedziemy na południe Lofotów. Na promie tradycyjnie lody i podziwianie miejscowych piękności.
Promy są różne, ale generalnie wjazd z jednej strony, wyjazd z drugiej. Na niektórych trzeba ształować motocykle na innych nie. Linki i taśmy są więc nie ma strachu. Jedynie na co trzeba uważać to śliskość stalowego pokładu i lekkie bujania na boki.
 
To miejscowość zwana "Venecją" - domki rybacie na palach służące jako hoteliki dla spragnionych ucieczki od cywilizacji turystów bogaczy. Drogo i dużo ludzi - ale ładnie, tylko do pooglądania - i won - dalej w trasę.
Tak, mosty powalają wielkością i czasami wysokością opłaty
Potem znowu zakręty, widoki, skały, morze - ileż można. 
 

A oto najmniejsza z nazwy miejscowość Norwegii (a może i Europy) "A" - czyta się jak "o^" - ale też krótko. Jest to najdalej na południe położona miejscowość. Same skały ale oczy Adama wypatrzyły jedyne 10 metrów kwadratowych na jakich rozbiliśmy swoje namioty. Miejsce cudowne - strumyk z wodą, kamyki - jak w Tatrach. (tak przynajmniej mówił Adam)
Rano zwijamy się na głodno i robimy żarełko na pargingu oczekując na prom do Bodo.
 
Teraz "promową" drogą nr 17 jedziemy na południe.
Na zdjęciu miejsce nawiększych w Norwegi no i tradycyjnie chyba w Europie wirów koło Straumen. . Kaczuszka siedząca na wodzie zasuwała z prędkością 60 km/h !
 
Pogoda lekko podupadła więc widok lodowca nieco się zaburzył. Ale w porywach i szczelinach między chmurami i tak było na co popatrzeć.
Parking turystyczny z długo zapadającym w pamięci zapachem z klopa ...

I w takich okolcznościch musieliśmy obiadać.
 
W Horn czekałi na nas kompani, co nie mogli się wyrwać razem z powodów czasowo zdrowotnych. Dowieźli teraz opone dla Maślaka bo z jego wystawału już sznurki a nie zachowują się one najlepiej na mokrym asfalcie.
O i zabrakło im paliwa - tak się na spotkanie z nami śpieszyli więc tankowaliśmy na cudownie odnalezionej stacji. Jedna panienka (na zdjęciu) obsługiwała kasę w "supermarkecie" jak i pocztę oraz jednodysrybutorową stację benzynową. Zrobilismy jej niezły bajzel - kolejka w sklepie i do dysrtybutora.
 
I znowu widoczki. Droga boska... tylko te promy tj. opłaty za nie podkopały nasze zasoby finansowe. Boleści nawt nie załagodziła piękna pani Kasjer.
A promy nas
1) uszczuplały z gotówki,
2) połykały na jednym brzegu,
3) dawały lody - no nie za darmo,|
4) wypluwały na drugim brzegu.
i ten przerażający zgrzyt otwieranych wrot.
 
Odbijamy w głąb lądu. Kierunek Stenkjer. Robi się ciemno, grupa 6-ciu motocyklistów nie jest już "nie zauważalna" i nieco trudniej znaleźć darmowy lokal na dziko, a dodatkowo rejon jest tam bardziej zamieszkały.
Szerokość geograficzna już inna i zmrok zapada nieznacznie. Na stacji zakupy piwka i powolutku szykujemy się na nocleg.
 
W drodze "na nocleg" potykamy się o łosia, jaki zrobił sobie kolacyjkę w świeżej zielenince. Jedynie co mu nie grało, to sześciu facetów na motocyklach przy brzegu stołu. I wszyscy pstrykali ...
Nocleg udało się "wynaleźć" nad jeziorkiem Lekdalsvanten ale tak wiało, że rozbijanie namiotów trochę się urozmaiciło. Woda w jeziorku była jednak ciepła więc dokonaliśmy obrzędu Ablucji - prychając jak młode źrebaki, tj. jak młode łosie. Potem były rozmowy i zapadła decyzja - Odłączamy się z Adamem i najkrótszą drogą wracamy do kraju. Trapi znowu zaczął trochę niedomagać ...
Z samego rana wyrywamy do domu ..
Śniadanko w promieniach słońca - a facet na zdjęciu - przerośnięty Wiking zajął się myciem szyb w naszych rumakach.
 
Boski przesmyk, świeżo zbudowana droga koło jeziora Feren. Ostatnia na terenie Norwegii kąpiel.
Ostatni rzut oka na Norwegię - i wpadamy do Szwecji drogą E14. Też ładnie, ale już nie te klimaty, choć zakrętów do upojenia.Tu i ówdzie pojawiają się śmieci - rzecz prawie nie do pomyślenia w Norwegii. Postojów pilnują wredne muchy, więc na południową drzemkę rozbijam namiot by się od nich uwolnić. Warto było. Adama kilka użarło choć bronił dostępu chrapaniem ... ;-)
Napewno już wiecie, ale drogi w Norwegii i Szwecji są bardzo "ostre". Prekonał się o tym Maślak już w połowie drogi, a Adam pod koniec. I nie byśmy szaleli - ot po prstu się tak zdierają i już. Nie warto tam wjeżdzać na zużytych oponach bo usługa założenia jest wyjątkowo droga ...
Szwecja przywitała nas deszczem i lało już do wieczora. Nocujemy "u Szweda" w domku za bardzo przyzwoitą dla nas kwotę. Za oknem wieje i leje - a my wcinamy kisielek żórawinowy - bajka !.
 
Rano troszkę jeszcze straszyło deszczem, ale potem - akurat na obiadek się przetarło.
Po lewej typowy szwecki parking turystyczny.
Po drodze jeszcze mostek graniczny jaki kiedyś dzielił Szwecję od Danii. Ponoć kultowe miejsce - kamień też ponoć bardzo historyczny i wielce mistyczny.
 
Prom z Karlskrona wieczorem. Zwiedzamy miasteczko - malownicza twierdza na skałkach. W porciku żeglarskim robimy "Ostatnią wieczerzę" z wszystkich resztek. Przeliczyliśmy się ze swoimi możliwościami i resztę oddajemy ptaszkom.
Ot i po wyjeździe.
Jak będzie zdrowie, kasa i czas - znowu tu wrócę...

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Wypoczynek w Norwegii

Telefon z Norwegii

Hotele w Norwegii

Znajdz na trivago Hotele w Oslo
Polecamy:  Norwegia oficjalny przewodnik