Relacja Pani Małgosi Góreckiej
27.06.2010 - wyjeżdżamy z Krakowa o 6.15. w Kopenhadze jesteśmy o 18.30. Jedziemy przez Niemcy i Danie, mostem(220K). Hotel Nebo ale z niebem ma niewiele wspólnego;))), za to jest w samym centrum. Spacer po mieście - uroczy, to stolica rowerów, nigdy nie widziałam takiego zagęszczenia rowerów – stoją wszędzie a oprócz tego jeszcze jadą…też właściwie wszędzie
, o godz. 21ej miasto prawie wymiera, jest pusto i spokojnie.
28.06 - ok. 10tej opuszczamy hotel i wyruszamy w miasto, dzisiaj już zdecydowanie bardziej ruchliwe, zwiedzamy stare miasto, uczestniczymy w zmianie warty przy pałacu królewskim i promenadą portową wyruszamy w poszukiwaniu Syrenki.. ale ta niestety jak się okazało aktualnie pojechała na Expo. Ok. 14 tej opuszczamy Kopenhagę wyruszamy mostem przez Malmo (285K), jedziemy przez Szwecje, kilkadziesiąt km przed granicą z Norwegią zatrzymujemy się na nocleg w cichym i odludnym campingu, oprócz nas są tylko jeszcze 2 namioty (20E). Całkiem miło
zważywszy ,ze ostatni raz nocowaliśmy w namiocie wiele lat temu.
29.06 - rano jedziemy do Oslo, gdzie spędzamy cały dzień, włóczymy się po starej części miasta . Przed pałacem królewskim znów trafiamy na zmianę warty, potem płyniemy na półwysep Bygdoy, gdzie zwiedzamy godne polecenia interaktywne Folkemuseum (jedyne;) 100NOK/os;)), jest tu ponad 150 zabudowań wiejskich i miejskich XVII-XIXw. Stamtąd jedziemy autobusem do Parku Gustawa Vigelanda - te naturalistyczne rzeźby mogą się podobać lub nie ale zapewne robią wrażenie i jest to takie miejsce, którego nie można sobie darować, gdy jest się w Oslo. Acha parking w samym centrum miasta za cała dobę kosztował bagatela-350 NOK ale za to gdy wieczorem wyjeżdżamy z Oslo to kilkadziesiąt km za nim na campingu wynajmujemy domek za 250 NOK. Ogólnie warunki dosyć spartańskie ale po wczorajszym namiocie wydają się być prawie luksusem.![]()
30.06 - padało w nocy i pada cały dzień (do tej pory mieliśmy słoneczną pogodę) więc trochę zmieniamy plany i jedziemy w kierunku Trondheim, po drodze zatrzymujemy się w olimpijskim mieście Lillehammer, gdzie oglądamy skocznię. Ok.
bierzemy domek z łazienką (500NOK).
01.07 - znów świeci słońce, po przybyciu do miasta ( tu parking już tylko 60 NOK) zwiedzamy gotycką katedrę Nidaros, wspinamy się też na jej wieże. To co najbardziej uderza to , że jest to miejsce dobrze zorganizowane turystycznie, miejsce koncertów, jest nawet kącik zabaw dla dzieci, niewątpliwie w swoim aktualnym przeznaczeniu zatraciło jednak swój pierwotny sakralny charakter. Potem włóczymy się po mieście. Jak na miasto uniwersyteckie raczej skromnie się prezentuje. Przewaga jak wszędzie w Norwegii prostych drewnianych domków. Po drodze do fortu można zobaczyć jedyny na świecie wyciąg dla rowerów - jednak nie widziałam nikogo kto by z niego korzystał. Popołudniu opuszczamy miasto i udajemy się w kierunku Andalsnes. Po drodze przeprawiamy się dwoma promami i mostem ( razem ok. 280 NOK). Nocujemy na campingu położonym nad samym fiordem, jest pięknie. Teraz jest 22-ga i nawet jeszcze nie zaszło słońce.
02.07 - jedziemy w stronę Drogi Trolli, widoki rzeczywiście piękne ale muszę przyznać, że po ubiegłorocznym przejechaniu przez Atlas Wielki chyba żadna górska droga nie jest już w stanie wywrzeć na mnie większego wrażenia i wzbudzić takich dreszczy emocji
, zatrzymujemy się w trzech punktach widokowych - powala przestrzeń! Po wyjechaniu na górę zmierzamy Drogą Orłów ( także niesamowicie widokową) w stronę Geiranger fiordu. Tam fundujemy sobie wycieczkę statkiem po fiordzie ( 155NOK/os ale warto). Po wycieczce robimy sobie w plenerze nad fiordem obiadek;) i ruszamy. Po drodze postanawiamy jeszcze zboczyć na Dalsnibba 1495m - mamy farta widoczność jest doskonała( co jak przeczytałam to rzadkość) na fiord i całą okolicę i do tego mimo iż droga jest płatna nie ma nikogo , komu moglibyśmy zapłacić, być może dlatego ,ze są już godziny wieczorne. Jest już wieczór zmierzamy w kierunku drogi 55 w góry Jotunheimen. W okolicy Bismo zatrzymujemy się na nocleg i pierwszy raz nam się zdarza, że na dwóch kolejnych campingach nie ma miejsca, kwaterujemy się na trzecim (300NOK). Padamy kamiennym snem, rano do rzeczywistości przywołuje mnie zepsuty automat pod prysznicem ( wieczorem już miałam z nim problemy ale jeszcze jakoś udało mi się wziąć gorący prysznic), mam więc kubeł zimnej wody nie tylko w przenośni wylany na głowę
. Norweska shiza wydzielania ciepłej wody i moje kolejny już raz problemy z automatami trochę mnie wkurzają ale nic to przy takich widokach
.
03.07 - dojeżdzamy do uroczego miasteczka Lom położonego w dolinie rzeki Bover a w nim bardzo dobrze zachowany XIIw. kościół typu stav. Teraz już ruszamy w góry Olbrzymów. Już sam przejazd drogą 55 jest niesamowity a my jeszcze postanawiamy zboczyć w serce tych gór wąską dróżką (opisane że też płatna ale znów nie mamy komu zapłacić) wzdłuż rzeki Visa. Podjeżdżamy pod górę Galdhopiggen 2469-najwyższy szczyt Norwegii. Tam mimo słonecznej pogody jest wietrznie i zimno ale czuję się majestat gór i ich dzikość w całej okazałości. Wracamy na drogę 55 i co kawałek zatrzymujemy się na punktach widokowych lub na krótki spacerek, wierzchołki gór i nie tylko, spowite śniegiem, po drodze widać lodowce. Poczucie przestrzeni jest tak ogromne, że zapiera dech! Powoli zjeżdżamy i w okolicach miejscowości Skjolden , tuż pod pięknym wodospadem postanawiamy się zatrzymać już na nocleg, bo położenie jest tak urokliwe, ze po prostu nie chce nam się już stąd ruszać. Postanowiliśmy też poszaleć i bierzemy cudny domek z dachem z trawy a do tego z łazienką, za jedyne 750NOK ale co tam jak szaleć to szaleć;). Pisząc teraz na komputerze patrzę na wodospad i słucham jego szumu i już dzisiaj postanawiam tylko kontemplować życie;)…do tego popijam kawkę i uskuteczniam swoje tradycyjne już odchudzanie;) ptasim mleczkiem przywiezionym z Polski
. Na spacerze wypatruję, że obok naszego Vassbakken Camping są dwa szlaki górskie więc mimo wcześniejszych postanowień, wyciągam Jarka chociaż na krótką wycieczkę (1,5 godz.) po drodze mnóstwo pysznych poziomek i tylko ciągle tęsknię za reniferami, których tutaj miało być całe mnóstwo ale chyba na wieść o tym, że tu przyjechaliśmy - gdzieś się pochowały
. Po północy piję herbatę na tarasie - jest nadal całkiem widno i cudowna cisza nocy.
04.07 - po śniadanku z żalem musimy opuścić to bodaj najcudowniejsze miejsce w którym nocowałam, wracamy na malowniczą drogę 55 ale szybko z niej odbijamy na boczną drogę wzdłuż Lustrafiordu w kierunku Urnes gdzie znajduje się XIIw. stavkirke wpisany na listę UNESCO (55NOK), z zewnątrz niepozorny w środku czuć jednak ducha zamierzchłych wieków. Potem musimy wrócić tą samą wąska dróżką do 55 ale po kilkunastu km w Gaupne odbijamy w 604 i zmierzamy w kierunku jęzora Nigardsbreen dużego lodowca Jostedalsbreen. Wjazd 30NOK, potem z parkingu ok. ½ godz. wędrujemy wśród skał i kamieni zbliżając się do lodowca. Jego błękit robi wrażenie, znów świeci słońce i jest bardzo ciepło ale gdy jesteśmy tuż przy nim koniecznie trzeba założyć polar. Oglądamy te niebieskie jamy i wypływającą spod jęzora rzekę z różnych stron a potem decydujemy się na krótką „wyprawę” na lodowiec w wersji „Family” to najkrótsza i najtańsza 200 NOK/os wyprawa tego typu, trwa niewiele ponad godzinę. Oczywiście zakładamy raki i wiążą nas liną ale na szczęście nie zebrała się cała grupa więc idziemy tylko w 4 osoby plus nasz przewodnik, jest więc kameralnie i miło
. Wracamy na parking głodni jak wilcy - więc szybciutki obiad z widokiem na lodowiec i powrót na naszą ulubioną już 55 aż do Hella, tam sprzed nosa ucieka nam prom więc czekamy 45 min na następny. Widok na fiord jest jednak tak kojący, że czas wcale nam się nie dłuży. Po przeprawie zatrzymujemy się na pierwszym campingu (380NOK, na szczęście prysznic bez żetonów;))
05.07 - rano jednocześnie trochę pada i świeci słońce więc efektem jest tęcza!!! biegnę więc szybko po aparat a potem w pełnym słońcu skaczę sobie na trampolinie, która jest na campingu. Uwielbiam to, namawiam nawet Jarka na to przedsięwzięcie
i też mu się podoba. Teraz możemy wyruszać dalej. Dzisiaj naszym celem jest Bergen. Po drodze zatrzymujemy się na krótki spacer i zakupy w miasteczku Voss. Niestety trochę pada, no cóż myślę sobie skoro w Bergen pada przez 300 dni w roku to nie mogę oczekiwać, żeby przestało z okazji mojego przyjazd
…ale okazuje się że to jednak możliwe;) parkujemy na dużym parkingu (15NOK/godz.) i ruszamy w miasto, nie tylko nie pada!!! ale od czasu do czasu nawet świeci słońce. Włóczymy się po Bryggen, Torget, uliczkach i zielonych placach, Kościół N.Marii Panny w remoncie ale to miasto chyba najbardziej nam się podoba ze wszystkich zobaczonych dotychczas w Norwegii. Jest malownicze i ma swój klimat. Acha tutaj zjadamy nasz pierwszy w Norwegii obiad w knajpie - oczywiście chińskiej - bo tylko tutaj ceny są do strawienia ( ok. 70NOK/os) cóż za miła odmiana
. Teraz możemy już wyruszać w dalszą drogę, wyjeżdżamy E16 apotem odbijamy na 7 i znów niezwykle malowniczą drogą przejeżdżamy przez Park Narodowy Hordaland z wodospadem Steinsdalsfossen. I choć w Norwegi wodospadów jest naprawdę całe mnóstwo to ten jest o tyle ciekawy, że można pod nim przejść więc pierwszy raz podziwiam wodospad od podszewki
, do tego w słońcu! Dalsza droga wiedzie wzdłuż Hardangerfiorden, właściwie jedzie się po półce skalnej widoki jak zwykle tutaj malownicze ale ze względu na wysokie skały brak dużej ilości campingów więc docieramy aż do Kvanndal, gdzie vis a vis przeprawy promowej lokujemy się na nocleg (570NOK ale z łazienką).
06.07 - dzień wodospadów
, całą noc padało ale rano trochę się przejaśnia i przestaje padać ruszamy z Kvanndal drogą E16 w kierunku Voringfossen, jest to najsłynniejszy norweski wodospad, spływa ze 182 metrowej skały. Najlepiej widać go z parkingu hotelu Fossoli ( wjazd 30NOK), zjazd z drogi nr 7. Tam oprócz tarasu widokowego udajemy się jeszcze trochę w głąb, potem jeszcze zatrzymujemy się na parkingu na dole ,żeby podziwiać jego majestat. Wracamy tą samą drogą zatrzymujemy się kilka razy aby podziwiać wąwóz Mabodalen. Uwielbiam takie przestrzenie - trochę chyba przypomina kanion, Jarek mnie popędza i ruszamy w dalszą drogę. Z 7 wjeżdżamy na 13 i podążamy w kierunku Stavanger, po drodze mijamy wiele wodospadów a każdy ma swój niepowtarzalny urok, przy niektórych się zatrzymujemy ale większość z nich widzimy tylko z okien samochodu. Po drodze znów robimy obiad w plenerze
. Gotowanie w spartańskich warunkach w tak niesamowitej scenerii podoba mi się coraz bardziej
. W Tysdal zatrzymujemy się na nocleg ( 220NOK), warunki oczywiście spartańskie ale miejsce tak niesamowicie urokliwe, ze to oczywiście rekompensuje wszystko. Wieczorkiem siedzę na malutkiej piaszczystej plaży z kubkiem zielonej herbaty i kontempluje piękno natury. W takiej scenerii nawet mnie , która tak kocha ciepełko nie przeszkadza dzisiejszy chłodek. Mam nadzieję ,że jutro będzie pogoda bo wyruszamy na Preikestolen - to moje największe norweskie marzenie!
07.07 - rano tradycyjnie już ok. 10tej ruszamy. Trochę mży, jedziemy do miejscowości Prekestolhytta. Po drodze przestaje padać i z parkingu (80NOK) wyruszamy na ambonę. Trasa wiedzie wśród skał, kamieni a czasami przygotowanych drewnianych ścieżek, zdecydowanie warto mieć na niej typowo trekingowe obuwie. My zabieramy też kije nordic walking, które bardzo się przydają. Trasa wg opisu jest na 2 godz., Jarek narzuca tempo więc za 1½ jesteśmy na miejscu. I….warto było!!! Tego się nie da opisać to trzeba zobaczyć!.. to jest to!... mimo ,ze jest chłodno i wieje wiatr. Zachwyceni wracamy z powrotem, gdy dochodzimy do parkingu zaczyna padać… myślę sobie po raz kolejny, ze znowu mieliśmy farta
. Po różnych dywagacjach postanawiamy pojechać bezpośrednio do Stavanger. GPS doprowadza nas prosto na parking i ruszamy najpierw coś zjeść - oczywiście w chińskiej knajpce i znów dobre jedzonko i niedrogo (75NOK). Potem ruszamy powłóczyć się po mieście. Miasto nie robi na nas jakiegoś wielkiego wrażenia ..ot portowe miasteczko z dużą ilością drewnianych zabudowań oraz średniowieczna katedra ale właśnie odbywa się w niej koncert więc nie możemy wejść do środka. Jest wieczór więc jedziemy na camping ale niestety nie ma wolnych domków jedziemy na drugi i trzeci ( te dwa ostanie juz w Soli) i tam historia się powtarza więc mimo chłodu postanawiamy rozbić namiot. Camping jest nad samym morzem (150NOK rozbicie namiotu) więc pierwszy raz w Norwegii patrzę na otwarte morze spacerując po plaży późnym wieczorem oczywiście z kubkiem zielonej herbaty
.
08.07 - po nocy w namiocie Jarek budzi się bladym świtem czyli po 6 tej a na tak maleńkiej przestrzeni siłą rzeczy ja też mam pobudkę
więc po 7ej ruszamy w dalszą drogę - naszym celem jest kamień Kjerag. Po drodze robimy zakupy, ze zdziwieniem stwierdzając, że sklepy spożywcze otwarte są dopiero od 9 tej i zatrzymujemy się na parkingu na śniadanie. Niestety od wydawałoby się lekkiego uderzenia kolanem w ławkę mdleję a po odzyskaniu świadomości nie nadaję się do dalszej podróży
. Wynajmujemy wiec na pobliskim campingu domek a ja zasypiam na co najmniej 2 godz. Powoli dochodzę do siebie i popołudniu próbujemy jednak dotrzeć na parking ( 80NOK) przed Lysebotn skąd rusza się na wędrówkę do kamienia. Trasa przewidziana jest na 2, 5 godz. w jedną stronę i już z parkingu widać, że nie należy do najłatwiejszych…wahamy się … bo do pełnej formy nadal mi jeszcze sporo brakuje. Postanawiam jednak spróbować wyjść na pierwszą górę ( są trzy do pokonania) i jeżeli będę się źle czuła to zawrócić. Ale jak to ja
jak już weszłam na pierwszą to nie mogę się przecież poddać i wrócić… więc ruszam zdobyć Kjerag. Pogoda na szczęście nam sprzyja - mimo, że rano niebo było zachmurzone i czasami mżyło teraz jednak świeci słonce. Droga jest trudna z ostrymi podejściami i łańcuchami ale mimo, ze nie idziemy szybko dochodzimy w 2 godz. Hura!!! I choć Preikestolen zrobił na mnie większe wrażenie to jest to niezaprzeczalnie jedno z tych miejsc, do których po prostu warto dojść mimo trudu, który trzeba w to włożyć! Jarek żartuje, że przyznaje mi podwójny medal
. Ze względu na poranną niedyspozycję nie ryzykuję jednak stanięcia na kamieniu, przysiadam tylko z jego boku i zadawalam się widokami . Droga powrotna trwa już trochę ponad 2,5 godz. a ja jestem bardzo zmęczona. Z wielką przyjemnością wracam do naszego domku (300NOK), który wynajęliśmy rano a który jest wyjątkowo czysty i przytulny do tego w łazienkach prysznic jest bez automatów do reglamentowania wody
.
09.07 - rano świeci nam na pożegnanie Norwegii piękne słońce ruszamy w kierunku Kristiansand. Ok. 13 tej przybywamy na miejsce i kupujemy bilet na prom ( 1095NOK z jedzeniem) do Dani. Prom odpływa o 16.30 więc mamy jeszcze ponad 2,5 godz. na powłóczenie się po mieście. Jest to typowe sympatyczne nadmorskie miasto ale też nie ma w nim nic szczególnego. Norwegia tak jak przywitała tak żegna nas słońcem. Jadąc tu chyba najbardziej obawiałam się zimna i deszczu ale los był dla mnie łaskawy
. Widoki, dzikość , mała ilość ludzi - to w pełni potrafi zrekompensować chłód, który czasami tutaj odczuwałam i właściwie padało nam tylko w nocy lub wtedy gdy jechaliśmy samochodem, do tego słońce świeciło przez większość dni naszego tutaj pobytu. Czyż można wiec chcieć czegoś więcej… właśnie teraz pisząc to siedzimy na promie gdzie muszę przyznać, że serwują pyszne jedzenie, które po prawie 2 tygodniach „wyposzczenia” smakuje nam szczególnie
. Na szczęście dla naszego obżarstwa;), morze jest jak jedna tafla, spokojne i spowite w słońcu. Po 3.15 godz. dopływamy do Hirtshals i zgodnie z naszą mapą szybko w nim znajdujemy camping na którym wynajmujemy malutki ale czysty pokój (175 koron duńskich). Jest piękny wieczór więc przy zachodzie słońca długo spacerujemy po plaży. O tej porze jest prawie pusto, szum morza, długa, piaszczysta , ładna plaża i zachodzące słonce są cudownym zakończeniem naszej podróży. Zaskakuje nas to, że w Dani można parkować na plaży , no cóż co kraj to obyczaj.
10.07- wyjechaliśmy ok. 7ej ok. 21ej byliśmy w domu.
Co mnie urzekło w Norwegii ? - dzikość, ogromna przestrzeń, mało ludzi, góry, które kocham od zawsze a które w połączeniu z fiordami i jeszcze w blasku słońca mają coś takiego w sobie czego nie da się opisać to po prostu warto przeżyć …no i zapewne to, że ten kraj zauroczył także mojego męża, który początkowo był dosyć sceptycznie nastawiony do mojego pomysłu
.
Co jeszcze? Założenie, że ludzie są uczciwi i ich podejście do komfortu. Mimo, iż to bogaty kraj, wygląda na to, że Norwegowie mieszkają w skromnych drewnianych domach a wypoczywają w swoich malutkich domkach w górach najczęściej bez bieżącej wody lub na campingach. Właściwie poza dużymi miastami ( o ile w Norwegii w ogóle można mówić o dużych miastach) całkowity brak komercji.
Co nas zaskoczyło? Zostaliśmy przez przyjaciół przygotowani na to, że należy mieć zawsze ze sobą monety na automatyczne opłaty drogowe, które nie przyjmują banknotów. Na naszej drodze nie było ani jednego tego typu przejazdu. Czasami zdarzały się bramki ale opłaty można było uiścić kartą lub gotówką u kasjera. Niektóre drogi były opisane jako płatne i trzeba było np. szukać stacji benzynowej na której można za nie zapłacić. W niektórych miastach zniesiono opłaty za wjazd np. w Stavanger a przynajmniej tak nas poinformowano gdy chcieliśmy zapłacić. Przejechaliśmy ok. 5800km , zauroczeni i wypoczęci wróciliśmy do domu.
Relacja Pani Małgosi Góreckiej





