Minęło sporo lat zanim udało mi się wreszcie zrealizować moje marzenie i stanąć nogą w Norwegii. Niestety udało się to dokonać dzięki wyrzeczeniu, że w jeden sezon nie da się zobaczyć całej Norwegii, bo któż w obecnych czasach może sobie pozwolić na miesięczny urlop?

Autor:
Łukasz Szalkowski

Termin
lipiec 2005 r.

Więcej na:
www.lussal3.republika.pl/

Wyślij komentarz
Napisz do autora tekstu lub redakcji Norwegofila.
 

A zatem porzuciłem myśl o południowych i zachodnich fiordach i wybrałem daleką Północ. Trasa została zaplanowana poprzez Szwecję, Norwegię, Finlandię i Kraje Nadbałtyckie. A rozpoczęła się w Gdańsku…

Dzień 1
Dojazd do Gdańska, zwiedzanie starówki, obiad pod żurawiem i zaokrętowanie się na promie Scandinavia. (www.polferries.pl)

Dzień 2
Po 18 godzinnym rejsie przybycie do wybrzeży Szwecji i zwiedzanie Sztokholmu.

Dzień 3
Nocny przejazd do Mo i Rana – w głąb skandynawskiej dziczy, przekraczamy krąg polarny.

Dzień 4
Docieramy w góry Sulitjelma, wjeżdżamy górską drogą mając nadzieję, że dotrzemy do samego jeziora Lamivatnet, niestety, 2 km przed planowanym postojem zaspa jeszcze nie stopniałego śniegu nie pozwala jechać dalej, tu zostawiamy nasz samochód na kolejne 3 dni. Omijamy jezioro i w okolicach granicy Szwedzko-Norweskiej rozbijamy „obóz”. Po drodze mijamy stadka dziko żyjących reniferów, które okazywały się często bardziej ciekawskie niż strachliwe, co nie działało na nas zbyt relaksująco – szczególnie gdy masywny kozioł – przywódca stada podbiegał do nas na odległość 50m by móc nas dobrze zwietrzyć. Wygląd tych prawdziwie królewskich zwierząt wprowadzał nas w podziw i zachwyt.

Dzień 5
Planowane wejście na grań Sulitelma z powodu silnego wiatru okazuje się niemożliwe, idziemy na mały spacer na prawo wznoszącą się górę. Po drodze przechodzimy nie za bardzo wiedząc gdzie granicę norwesko-szwedzką. Na szczycie widoki przednie- widać lodowce Sulitjelma a także daleki krajobraz gór ciągnących się w głąb Szwecji (aż po Kierkevare –w kierunku Sareks). Setki kilometrów bez ludzkich osad, tylko czysta i dzika przyroda

Dzień 6
Brak oznak poprawiającej się pogody, wciąż przerywany deszcz i silny wiatr – nie ma sensu w takich warunkach pchać się na nieznany lodowiec, szczególnie, gdy w okolicy nie widzieliśmy nawet śladów ludzkich butów. Z żalem decydujemy się na powrót z tej doliny – i obieramy kolejny cel, wejście kolejnego dnia na grzbiet Stortoppen, może pogoda będzie już łaskawsza. Docieramy do samochodu i uderzamy w kolejna dolinę. Niestety tym razem znów zaspy śniegu uniemożliwiają dojazd do celu, rozbijamy namiot przy drodze.

Dzień 7
Niestety, pogoda jeszcze gorsza – w tym sezonie nie połazimy po lodowcach, mimo, ze wzięliśmy ze sobą cały potrzebny sprzęt. Takie życie i szacunek wobec pogody. W takich okolicznościach nie zostaje nam nic innego jak zjechać w dół – Ania też miał już dosyć zimna. Jedziemy do Bodo – zwiedzanie centrum miasta, potrzebne zakupy i ładujemy się na prom na wyspę Veroy. Okazuje się, że prom będzie płynął 6 godzin, bo po drodze musimy dopłynąć jeszcze do ostatniej z wysp Lofotów Roy. Informacja o promach www.ovds.no. Nie wiedziałem, że te 6 godzin, które początkowo potraktowałem jako przygodę – nie planowaliśmy wizyty na Roy, okaże się istnym horrorem. Tego dnia silny wiatr spowodował kilkumetrowe fal na morzu, a płynięcie promem, to 6 godzinna jazda na kolejce górskiej. Owszem, przez pierwsze pół godziny traktowałem to zjawisko rzeczywiście jak pobyt w wesołym miasteczku. Do szczególnych atrakcji zaliczyłem przebywanie na otwartym pokładzie, gdzie fale z dzioba opadały na rufę w postaci słonego deszczu przy prędkości wiatru przeszło 100 km/h. Również inni pasażerowie wykazywali oznaki radości, gdy przy wzlotach promy na wierzchołki fal jednomyślnie podnosili delikatne wołanie: „oooooo”. Niestety moje bieganie po całym pokładzie, co było też i lada sztuką, bo grunt zdawał się usuwać spod nóg zakończyło się fatalnie. Choroba morska, która w nieunikniony sposób mnie dopadła, pozostawiła po sobie niezłe spustoszenie, a moje znów nerwowe bieganie za każdym razem do toalety zakończyło się upadkiem i utratą przytomności… kac to przy tym nic. Kolejna nauczka i respekt wobec żywiołu. Teraz już grzecznie leżałem i czekałem aż statek dobije do stabilnego lądu. Ale miało to nastąpić dopiero za 4 godziny. Pomocą okazał się sen i chwila odpoczynku podczas postoju na Roy. 15 po północy, zgodnie z rozkładem promu, dopłynęliśmy do Veroy, pozostało tylko przejechać wyspę i udać się na zasłużony wypoczynek.

Dzień 8
Został poświecony na zwiedzanie Veroy. Ta 15 km wyspa z 300 mieszkańcami oraz 3 000 000 maskonurów, gdzie 600 m góry wyrastają prosto morza daje możliwość spędzenia tu naprawdę miłych chwil. Pomogła nam w tym wreszcie poprawiająca się pogoda. Wyruszyliśmy na poszukiwanie znanych maskonurów. Niestety z przyroda już tak jest, że łatwiej znaleźć cos przypadkiem, a zaplanowane obserwacje zwierząt często kończą się fiaskiem. W każdym razie obeszliśmy praktycznie całą wyspę. Ciekawym doznaniem była obserwacja morza z każdej strony wyspy – niby rzecz nie nadzwyczajna, a dawała ogromne poczucie fascynacji otaczającą przyrodą. Można się jednak nabawić poczucie odosobnienia. Co mają powiedzieć mieszkańcy tych wysp, którzy spędzili tu cale życie? Na koniec dnia opuściliśmy wyspę i przenieśliśmy się do Moskenes - na pierwsza z wysp głównych Lofotów.

Dzień 9
Piękna pogoda – przeszło 20 st. C i otaczający świat zachęcał do spędzenia tu kilku dni. Znaleźliśmy przyjemny camping w miejscowości A i tam pozostaliśmy przez kolejne 2 dni. Pierwszy z nich poświęciliśmy na odpoczynek a dopiero wieczorem o 6 wyruszyliśmy na mały górski „spacer”, który jak to często w naszym przypadku skończył się 6 godzinnym pobytem w górach. Doszliśmy do najwyżej położonego punktu szlaku prowadzącego do….Okolica tego miejsca było nieco z innego świata. Mnóstwo wody, zieleń, odlegle może czające się w każdej dolinie i jedynie lekki chłód dawał o sobie znać, ze jest to chłód późnego wieczoru, bo była 22 godzina. Ale słońce było nadal znacząco nad horyzontem.

Dzień 10
Kolejny wspaniały dzień, więc kolejna wycieczka. Najpierw męczące ominięcie jeziora, potem odpoczynek na plaży, w tym kąpiel w jeziorze i na deser wejście na 400 m. przełącz. Widok z przełączy, to była kwintesencja całego wyjazdu: wokół góry zalane morzem, fiordy, jeziora, piękna pogoda, dzika przyroda…

Dzień 11
Czas ruszyć się dalej, powolny przejazd prze całe Lofoty, częste zatrzymania, podziwianie kolejnych pięknych miejsc i małych norweskich osad i miasteczek. Kolejne wyspy, przejazdy mostami, promem i koniec Lofotów. Dzień zakończyliśmy w miejscowości Sto na Langoya’i, mekki wielbicieli wielorybów…niestety ze zwierzętami już tak jest, że jak się ich spodziewasz – nic nie zobaczysz, a spotykasz je często w nieprzewidywalnych miejscach. Więc poza kilkoma wysepkami, które jedynie wyglądały ja wielki morskie ssaki nic nie zobaczyliśmy. Nawet wypłynięcie 20 mil w morze nie dawało gwarancji spotkania z tymi wielkimi zwierzętami, o czym przekonali się napotkani przez nas turyści.

Dzień 12
Czas dotrzeć na Przylądek Północny, ale przed nami jeszcze kilkaset kilometrów. Las powoli rzednie, aż docieramy do tundry. Na poziomie morza po bezkresny horyzont tylko niska trawa, mchy i porosty. Widok jak z innej planety. I pomyśleć, że taki krajobraz ciągnie się aż po Cieśninę Beringa. Pogoda wydaje się być stabilna. Niepokój wzbudza we mnie spostrzeżenie jednej z wysp całkowicie we mgle. I jednak sprawdza się. Po przejechani tunelu (212 m pod poziomem morza) na wyspę Mageroya wyjeżdżamy już w zupni innym świecie. Początkowo towarzysza nam jedynie chmury Aż w końcu wjeżdżamy we mgle a widoczność spada do 6 m. Poczucie faktycznie jak na końcu świata. Wydaje nam się ze za chwile dojedziemy do przepaści…Dojeżdżamy jednak do centrum Nordkapp, nie chcemy jednak korzystać z atrakcji w postaci kina i innych gadżetów i rezygnujemy z wjazdu na sam przylądek. PO nieudanych próbach znalezienia ścieżki prowadzącej w dół klifu jedziemy do najbardziej na północ wysuniętej osady ludzkiej…. I tu nad zatoka morza Barentsa oczekujemy na Zachód słońca. Ale niestety przez chmury niewiele widać pozostaje sama świadomość i wiara :), że słońce faktycznie nie schodzi. Ruszamy w drogę powrotną.

Dzień 13
Po drodze kilka razy zatrzymujemy się być patrzeć na nocne słońce za chmurami – pogoda już i na stałym lądzie popsuła się. W strugach deszczu jedziemy do Finlandii. Tu odzienie gdzie mijamy grupki stojących na lub przy drodze reniferów. Spotkanie z tej wielkości zwierzakiem nie należałaby do przyjemności, wiec mimo zmęczenia wpatruje się w ciągnąca się miejscami po horyzont drogę w celu wypatrywania rogaczy. Czasem mając już ze zmęczenia nieco przywidzeń mylę czubki drzew ze stadami setek reniferów… :) Mijamy drogowskazy na Murmańsk, jedno z największych miast w regionie w końcu dojeżdżamy ponownie do granic Unii Europejskiej, witani stwierdzeniem strażnika, że jesteśmy „Polololo”, co odbieramy jako określenie naszej narodowości:)). Nad ranem po docieramy w końcu do Parku Narodowego Lamenjoki – tu spędzimy najbliższy dzień i kolejną noc – idziemy spać.

Ale dzień się nie kończy. O 15 wstajemy, rejestrujemy się na campingu, myjemy się :)) (hurra) w saunie fińskiej, jemy sniadanio-obiad i ruszamy w głuszę parku. Żyje tu kilka setek tysięcy reniferów, a w rzece Lamenjoki szczęśliwiec może znaleźć swoją szczęśliwą bryłkę złota. Z resztą całe to miejsce przypomina Dziki Zachód, króluje tu nawet muzyka country.

Droga prowadzi głównie moreną lodowca, spotykamy na niej rodzimych SKPB-owców. Świerzbi mnie pobliski 500 m bezleśny szczyt, ale niestety zmęczenie bierze górę. Wracamy do namiotu. I tak jest już przeszło 21.

Dzień 14
Mamy dosyć zimna i nacieszyliśmy już oko krainą za kołem podbiegunowym. Na ten dzień zaplanowany jest wyjazd z Laponii i powrót do klimatu umiarkowanego. Robimy lapońskie zakupy, piątki i ruszamy na południe. Po drodze zatrzymujemy się w Rovaniemi, u samego Świętego Mikołaja składamy zamówienia na bożonarodzeniowe prezenty i opuszczamy krąg polarny, może jeszcze kiedy tu wrócimy, ale tym razem zimą???

Po 14 godzinnej jeździe i przeszło 1000 km dojeżdżamy w końcu na Pojezierze Fińskie. Tu w zacisznym miejscu nad pięknym jeziorem rozbijamy namiot – to pierwsza od przeszło 10 dni „ciemna” noc, wreszcie będzie potrzebna latarka :). Nad ranem przejazd w pobliskiej sulim??? Niestety poranna pogoda nie rozpieszcza – znów leje, a miliomy zaplanowany odpoczynek nad jeziorami. Szczęśliwie w końcu przychodzą rozjaśnienia i możemy wyjść na pobliski pomost. Tu 8-12 latkowie fińscy już nie próżnują. Ich ulubionym sportem to skoki do wody, robią ich dziesiątki. Odnosimy wrzenie, ze on urodzili się w wodzie, a jedynej czynności, której nie potrafią, to wyskoki z z jeziora na wzór pingwinów.

Dzień 15
Kończymy zwiedzać przyrodę, przed nami podróż powrotna i kilka miast. Dzisiaj Helsinki potem Tallin. Przepraw między miastami pokonujemy szybkim promem – katamaranem. WWW. Helsinki niczym szczególnym nie pociągają. Jedna z cerkiew przykuwa uwagę. Co innego Tallin. Ma swój klimat, piękne zabytki, europejski charakter. Czekając na poprawę pogody – znów pada jemy przepyszny obiad – grillowanego łososia z frytkami.

Dzień 16
W nocy trochę jazdy i odpoczynek nad Zatoką Ryską, krótka wizyta w Rydze – koszmar, starówka praktycznie nie istniej, dominują socrealistyczne budowle, pomniki, jest nawet „pałac kultury”. Na ulicy w centrum miasta spotykamy zdechłego szczura –no cóż w końcu to już Wschodnia Europa. Ruszamy do Wilna. Również na drogach widać, że kultura już inna. Samochody bez świateł lub tylko z jednym. Przekraczanie prędkości, wyprzedzanie w miejscach niedozwolonych – do czego, my ludzie ze Wschodu się tak spieszymy…do śmierci i kalectwa?

Wilno urzeka swoim urokiem, jakże musiało tętnic życiem to miasto przed 939 rokiem. Miejscami wygląda, jakby wojna skończyła się dopiero wczoraj – w końcu okupacja zakończyła się tak niedawno. Właśnie dotarła pielgrzymka z Suwałk, dołączamy się do ich modlitw, choć we mszy uczestniczymy w języku litewskim – jedyne słowa, które zrozumiałem, to „Jezus” i „Ewangelia”.

Wizyta krótka, bo czasu brak, musimy ruszać dalej. Wieczorem podziwiamy Wileńszczyznę – nie ma się, co dziwić Mickiewiczowi, Orzeszkowej – tu naprawdę jest pięknie: pagórki, jeziora, wieczorne mgły, czerwone światło zachodzącego słońca. Mijamy Niemen i zapada noc, słońce zobaczymy ponownie nad polskimi Wigrami…

Dzień 17
Noc spędziliśmy w ośrodku PTTK nad Wigrami, a dzień – na szukaniu sielawy w Augustowie, zakupach na targu – wreszcie obfitość owoców i na powrocie na Mazowsze…wakacyjny wyjazd dobiegł końca.

Tekst i zdjęcia: Łukasz Szalkowski

Opublikowano za zgodą autora. Wszelkie prawa zastrzeżone.


Informacje praktyczne:

Ceny noclegów: 2 osoby, samochód, namiot - około 60 zł/osobę

Ceny tuneli: Na Lofotach darmowe, nie jak pisze przewodnik Pascala, wjazd na wyspę Mageroy – 100 zł w jedną stronę, wjazd na przylądek Nordkkap – 50 zł na osobę – studenci. (dane lipiec 2005, cena NOK-0,53 PLN)

Uwaga na karty maestro, nie wszędzie honorowane.


See also:
Newer news items:

Komentarze  

 
+1 #1 Michał 2007-04-06 09:30
Od 3 lat planuje z kumplem wyjazd na Lofoty i Nordkapp, może w tym roku się uda ;-) Chęci są, również chcemy zobaczyć Lofoty, ale zawsze przerażają nasz koszty wyjazdu. Ile mniej więcej wyszedł Was ten wyjazd? Pozdrawiam!
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Partnerzy Norwegofila: Polish language courses