Tegoroczna trasa to nic innego jak rozwinięcie ubiegłorocznej wyprawy. Zakładałem więcej kilometrów ogólnie jak i na rowerze. Jedynym w miarę ścisłym planem było zaliczenie eliminacji Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Świata odbywających się cyklicznie w Finlandii.
Na wstępie wyrażę podziw i szacunek dla tych, którzy zrobili tę samą trasę, co my, ale zaczynając i kończąc na rowerze, a nie jak my posiłkując się samochodem. Mnie niestety na razie na to nie stać. To znaczy nie stać mnie, aby zrobić sobie tak długa przerwę w pracy.
|
Relacja została nagrodzona w konkursie wakacyjnym portalu Norwegofil.pl i wydawnictwa Edgard Termin: Wyślij komentarz |
Jakoś wśród znajomych zabrakło chętnych na realizację mojego pomysłu pomimo początkowego entuzjazmu, więc drużynę zebrałem ogłaszając swój wyprawowy pomysł na Globtroterze.
Tegoroczna trasa to nic innego jak rozwinięcie ubiegłorocznej wyprawy. Zakładałem więcej kilometrów ogólnie jak i na rowerze. Jedynym w miarę ścisłym planem było zaliczenie po drodze jednej z eliminacji Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Świata odbywającej się cyklicznie w rejonie Yvaskila w Finlandii, w dniach 2-5 sierpnia. Jak może wiecie, jest to po drodze do Św. Mikołaja i jego reniferów.
Tym razem podzieliłem naszą (Jadwiga, Karolina i ja) wyprawę na trzy etapy:
1. Finlandia i Nordkapp
2. Lofoty
3. Rejon Jotunheimen
Finlandia i Nordkapp
Rowery na dach, bagaże i prowiant do środka i wyjechaliśmy 2 sierpnia z zamiarem spotkania się z moimi znajomymi w Finlandii. Podaruję Wam różne perypetie, które mi przysporzyli, jak i przejazd przez, Litwę, Łotwę i Estonię.
Następnego dnia po dotarciu do Finlandii krótkie spotkanie i decyzja o noclegu w pobliżu jutrzejszych OS-ów, czyli odcinków specjalnych rajdu. Dziewczyny zadeklarowały, że chętnie raz w życiu zobaczą, co potrafią najlepsi. Na nocleg trafiło się znane mi miejsce, z czasu, kiedy trenowałem tu własnym samochodzikiem parę lat wcześniej.
Po obfitej kolacji śpimy jak przysłowiowe susełki.
Rano piękna pogoda nastroiła nas do wykonania popisowego dania - prawdziwa jajecznica na boczku. Nieosiągalny w późniejszym czasie rarytas. W drodze na OS kąpiel w jeziorze, małe pranie, a na miejscu obejrzeliśmy prawie całą stawkę zawodników zmagających się z trasą. Niestety z drugiego odcinka zrezygnowaliśmy z powodu ceny biletu. 12 EURO za osobę to przesada. Po małej naradzie wyruszamy tam gdzie słońce w lecie nie zachodzi.
Jedziemy na zmianę do Rovaniemi, a nocujemy 30 km miastem, nad jednym z jezior. Niedziela – dobry dzień na audiencję. Św. Mikołaj nie mówi „jak ja nie lubię niedziel” (jak w skeczu „Maciej i smok” kabaretu Ani Mru Mru), za to chętnie wymienia się poglądami na temat startów R.Kubicy w F1 - ma nawet podgląd wyników na monitorze.
Sam widziałem :-). Następnie parę fotek na tajemniczej białej linii (tak zaznaczono koło podbiegunowe, na którym leży Rovaniemi) i w drogę.
Po jakimś czasie upolowaliśmy wspaniałe miejsce na śniadanio-obiad. Wyjątkowo dobrze zagospodarowany parking nad rwącą rzeką z miejscami do „połowu obiadu” jak i z płonącym ogniskiem z ruchomym rusztem, zadaszonymi stołami i nawet ze składzikiem drewna na opał włącznie z siekierką na wyposażeniu. W dalszej drodze spotykamy pierwsze renifery, coraz więcej i więcej reniferów i proporcjonalnie coraz mniej ludzi. Wyraźna zmiana krajobrazu to już namacalne oznaki dalekiej północy. Przekraczamy granicę z Norwegią i zaczynamy poszukiwanie miejsca na pozostawienie samochodu. Nocleg opodal przystani rybackiej nad morzem poprzedzony lekką kolacją. Rano piękna pogoda, ale temperatury już bardziej lokalne. Korzystam i biorę kąpiel w morzu. Jadwiga wyczarowuje deser z zebranych jagód dodanych do jogurtu. Suszenie, pakowanie i pierwsze ambitne plany, co do trasy rowerowej zweryfikowane jednak po sprawdzeniu kursowania promów. Niestety na mapie zaznaczone były tylko trasy promów, a nic o tym, że to trasa słynnej Hurtigruty, kursującej tylko dwa razy dziennie. Ale po kolei.
Samochód zostawiamy na parkingu, pakujemy sakwy na rowery z zapasem żywności i resztą niezbędnych rzeczy i w drogę. Turlamy się tak w pięknej pogodzie mijając nieznane nam krajobrazy, faunę, florę i więcej turystów jak mieszkańców. Chyba szlak na przylądek już jest na to skazany. Pierwotny plan zakładał zdobycie przylądka, lecz aby nie jechać tą samą drogą planowaliśmy wracając, przepłynąć z Honningsvag do Kjollejfjord na półwyspie Nordkinnhalvoya (ach ta wymowa, mało brakuje, a deklamując nazwy zawiąże niechcący pętelkę na języku ;) i stamtąd w stronę Alty. Niestety po odwiedzinach w porcie okazało się to co już napisałem o Hurtigrucie, dodatkowo ceny są okrutne i godziny odpływania również mało dla nas realne.
Na wtorek przypadł dzień ataku na prawie najdalej na północ wysunięty przylądek. Po drodze był oczywiście słynny tunel coś około 200 m pod powierzchnią morza i ponad 6 km długości jak i wcale nie najlżejsze podjazdy, ale dojechaliśmy. Mile nas zaskoczyli w kwestii ulgowego traktowania rowerzystów. Za darmo przejechaliśmy tunelem, i nic nie zapłaciliśmy na szlabanie przed Nordkappem. Zaoszczędziliśmy wcale nie tak mało.
Na miejscu tak, jak można się było spodziewać. Rotacja turystów wszelkiej maści na skalę deptaka w dużym mieście.
Długa ogniskowa w oczach przy wpatrywaniu się w horyzont i pamiątkowe fotki przy globusie. Właśnie uświadamiam sobie w jak wiele miejsc na świecie obrazki stąd wędrują na kliszach i kartach pamięci aparatów. Zabieram i ja małą cząstkę do siebie. Planujemy wrócić na nocleg w to samo miejsce, z którego przeprowadziliśmy atak przylądkowy lecz Jadwiga postanawia zostać prawdziwym zdobywcą najdalej geograficznie wysuniętego na północ przylądka.
Ja wracam z Karoliną, której zaczyna dokuczać kolano, a Jadwiga po 9 km na nogach zdobywa cel jaki sobie obrała i dalej już na rowerze przyjeżdża do nas około 2, i nie chcąc nas budzić, nocuje pod gołym niebem. Celowo nie używam określenia „2 w nocy”, bo ciemną noc ktoś na tej szerokości geograficznej zamienił na jasną :-). Chyba wiem skąd Jadwiga ma taką kondycję. Jakieś tydzień wcześniej „wbiegła” na Mount Blanc, naprodukowała dodatkowych czerwonych krwinek do transportu tlenu w organizmie i teraz daje nam popalić. Plany z rejsem padły i około 400 dodatkowych km na rowerze zupełnie nieznanymi trasami... też. Mam przeczucie, że to by była ciekawa wyprawa.
Następnego dnia pogoda nadal dopisuje. Jedzie się świetnie, choć robimy tego dnia niewiele ponad 100 km. W pewnym momencie po wjeździe na szczyt kolejnego wzniesienia wpadł mi do głowy pomysł kąpieli. W moje ślady poszła nawet Jadwiga. Ciekawe jak komentowali to przejeżdżający w luksusowych autokarach turyści :-)
Woda jak to woda, była mokra i czysta o innych parametrach nie będę wspominał ;) wystarczy przypomnieć, że to niespełna 60 km od Nordkappu. Dalej w drodze robimy krótkie postoje. Głównie w celu fotołowów na renifery reniferów jak i różnych ujęć otoczenia. Dojeżdżamy do parkingu z wszelkimi dobrodziejstwami cywilizacji, z czego skrupulatnie korzystamy. Nordkapp daleko za nami, a my obieramy kierunek na Lofoty.
Lofoty
Ten odcinek pokonujemy samochodem w szczęśliwym momencie, bo rozpadało się na dobre. Jedziemy na zmianę podziwiając po drodze śmiałków pokonujących trasę na rowerach i motocyklach. Troszkę zmieniają się plany, co do składu następnej objazdówki z powodu kolana Karoliny. Po namyśle dajemy jej wolne na jakiś czas, a my planujemy objechać wyspę Andoya. Pogoda trochę nas straszyła, ale w końcu dała za wygraną. Tak czy inaczej wyspa zdobyta w wyniku dosłownego jej okrążenia ;) włącznie z najdalej na północ wysuniętym falochronem.
Miałem apetyt na latarnię morską, ale w informacji turystycznej kobieta o typowo lapońskiej urodzie poinformowała mnie, że niestety dzisiaj już wejść nie ma i zaprasza mnie jutro. No cóż, pocieszyliśmy się lodami owocowymi i po sesji fotograficznej popędziliśmy w drogę powrotną drugą, ciekawszą widokowo stroną wyspy. Po drodze odwiedziny piaszczystych plaż, jakieś przelotne refleksje sprowokowane wszędobylskim spokojem i tak dojeżdżamy po zatoczeniu kółka do miejsca startu. Tu się okazuje, że następny niepozorny parking jest wyposażony w prawie wszystko z wyjątkiem kabiny prysznicowej. Mianowicie dwa pomieszczenia w tym jedno przystosowane nawet do przewinięcia dziecka, wodę ciepłą i zimną, papiery, ręczniki, mydło, ułatwienia dla inwalidów, światło, a nawet grzejnik... hmmm, czyż to nie dziwne zważając na takie odludzie? O czystości tam panującej pisać chyba nie muszę. Jedziemy dalej w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Udaje się nam znakomicie. Wrzosy, cisza, piękna pogoda z widokami gór w tle... ech bajkowo.
Następnego dnia pobudka przed 8 z powodu gorąca. Niebo bez chmurki, pranie schnie w tempie ekspresowym. Dosuszają się śpiwory z namiotem i całą wymagającą pozbycia się wilgoci resztą ekwipunku. Taki początek dnia nastraja nas do ekstrawaganckiego śniadanka. Jajka na twardo w sosie majonezowym przygotowane na zamówienie, kanapki z wędliną, herbata z cytryną dwa rodzaje ogórków, pomidory z pieprzem i solą – taaaka rozpusta. Dopiero po wszystkim stwierdziłem, że mogło być jeszcze lepiej. Do majonezu nie dodaliśmy musztardy i to było straszne ;) hihi żartuje. Fakt, że mieliśmy ją na wyposażeniu. O sklerozo J tak czy inaczej przebolałem.
Następnie atakujemy metodą okrążenia następną wysepkę. To tylko około 50 km w pięknej pogodzie i wolnym tempie. Delektowaniu się otoczeniem nie ma końca. Południowa strona wyspy wydaje się rajem do zamieszkania. Po powrocie zasłużony obiad i przymiarka do jazdy w głąb Lofotów.
Po drodze małe spożywcze zakupy. Pętla wybraną przez nas drogą omija główną trasę. Początkowo szutrowa, rekompensuje nam tę niedogodność urokliwymi zakątkami. Nocleg nad jeziorem przed wjazdem na główną drogę, na której to spotykamy sporo sakwiarzy. Popularny to jak widać zakątek Norwegii.
Następny dzień zapowiada się... nijaki. Pogoda na skraju opadów, odczuwam kostkę prawej nogi i lewe kolano. Wszystko w granicach tolerancji. Nie pamiętam, ale chyba musiałem gdzieś kicnąć krzywo, bo lekko opuchniętą dowiozłem aż do polski. Tu się dzielimy. Jadwiga jedzie rowerem sama, a ja z Karoliną przejeżdżam w dół zwiedzając odbudowaną wioskę rybacka i robiąc małą pętle nad wybrzeże. Następnie spotykamy się w miejscu noclegu gdzieś nad mini fiordem. Jutro zaplanowana przeprawa do Bodoe. Zaboli finansowo.
Następnego dnia rozpogadza się. Jedziemy dalej w dół, aż do Moskenes. Sprawdzamy, że do promu mamy 3 godz. Śmigamy, więc rowerami, aż do końca drogi nad skaliste wybrzeże morza. Sporo tu się dzieje. Noclegownia, jadalnia, studia fotograficzne i poczekalnia. Wszystko to pod gołym niebem. To taki odpowiednik Nordkappu na Lofotach.
Koniec sielanki, prom na horyzoncie zmusza nas do powrotu na przystań. Odpływamy do Bodoe z wrażeniem, że ta część Lofotów stanowi kwintesencję tego, co znamy z folderów i z własnej wyobraźni. Na promie rozwiewamy dylemat dotyczący trasy na południe. Zwycięża wersja ekonomiczna, czyli borem-lasem z jak najmniejsza liczbą przepraw promowych, lecz kosztem być może piękniejszej widokowo trasy. Kiedyś to sprawdzę. Wyczytujemy, że opodal znajduje się punkt widokowy nad Saltestraumen – wąskim przesmykiem, gdzie masy wody napędzane pływami morza tworzą olbrzymie morskie wiry.
Wspinamy się na most, aby z góry ogarnąć ogrom zjawiska. Wiry robią wrażenie i dają wyobrażenie o potędze natury.
Definitywnie żegnamy Lofoty. Teraz tylko Nordlandia w drodze na południe. Krąg polarny przekraczamy w biegu. W tym czasie znowu zaczęło padać, ale to już stało się prawie regułą. Rowery – pogoda lub lekkie zachmurzenie, samochód-zachmurzenie lub deszcz. Szczęściarze z nas :). Jedziemy do momentu opuszczenia strefy deszczu, co następuje o północy. Rozbijamy obóz w jakimś lesie. Myjemy tylko uzębienie i padamy spać.
Następnego dnia pogoda bez zmian, lekkie zachmurzenie, ale bez wiatru wiec pakujemy się i w drogę. Przed nami Mo i Rana, a następnie Trondheim. Wypogodziło się, więc rowerowa wycieczka małą pętlą nad morzem przebiegła bardzo przyjemnie. Po około 40 km dojeżdżam do miejsca, w którym dziewczyny zrobiły przystanek. Jak to w moim zwyczaju zeskakuję z roweru ,wyskakuje z ubrań i wskakuje do morza. Taka procedura pozwala pływać nawet w zimnej wodzie zanim ciałko wystygnie. Cały przyprawiony soloną wodą nadaję się do... spożycia obiadku ;). Przerwa wykorzystana na mały remanent w bagażach i dalej w drogę. Ponieważ już jesteśmy w strefie zachodzącego na noc słońca, więc o odpowiedniej porze trafiamy na miejsce oświetlone takim ciepłym kolorem słońca, że robimy przerwę na sesję zdjęciową.
Następnego dnia w planach przelot przez Trondheim, a na celowniku Trole, droga Orłów, Geiranger i Dalsnibba. Ja już tam byłem, ale chętnie pokazuję to dziewczynom. Tym bardziej, że miejsca te są stosunkowo blisko siebie i wręcz po drodze w góry.
Znowu napadło nas na szaleństwa kulinarne. Bo jak nazwać na tego typu wyprawie skonstruowanie sałatki z tuńczyka, a na deser ananas...z puszki, bo na drzewach już zabrakło ;)
Zaliczamy drogę pilnowaną przez małe śmieszne stwory, które tym razem wobec natłoku ciekawskich turystów, pochowały się gdzieś w górach. Następnie to co lubią cykliści... dłuuugi zjazd w dół ukoronowany fajnym miejscem na nocleg. Przy strumieniach znajdujemy miejsce na namiot i tam noclegujemy.
Następnego dnia namawiam dziewczyny na rejs wycieczkowy fiordem na literkę G. Ja tymczasem zwiedzam bardziej dokładnie to małe znane miasteczko. Na koniec znajduję sobie ławeczkę na wybrzeżu i delektując się ruchem w porcie i jakimiś słodyczami, czekam na powrót dziewczyn. Wracają punktualnie, i śmigamy zobaczyć to samo z góry. W górach, czyli na 1500 m wieje jak nie powiem gdzie. To zjawisko skróciło pobyt na tym widokowym punkcie do minimum. Śnieg nie ustąpił od ubiegłego roku, z czego jestem bardzo rad, bo to znak, że klimat aż tak szybko się nie ociepla. Tego dnia dojeżdżamy do początku szlaku wiodącego na najwyższe szczyty gór w Norwegii. Na nocleg wpasowujemy się pomiędzy drzewa i przygotowujemy się do czegoś odmiennego niż poprzednie dwa tygodnie.
Rejon gór Jotunheimen
Po szczegółowej analizie mapy regionu wyszło, że najlepszą opcją będzie zaliczenie obydwu najwyższych szczytów. Kuszącą opcją było zejście z drugiej strony gór, a nie powrót w miejsce startu. Tak, więc powstały trzy zespoły. Jadwiga w teoretycznie samotnej wyprawie na szczyty, Karolina zdecydowała się potrawersować po zboczach gór dostępnymi drogami, a ja na rower i przed siebie. Jedynie co musieliśmy zrobić to w tej sytuacji przestawić samochód 80 km na drugą stronę na koniec szlaku Jadwigi. W pierwotnych planach miałem zdobycie Top-u Norwegii, nawet miałem z sobą niezbędne wyposażenie, ale nie narzekam. Też było super.
Świtem dnia następnego Jadwiga wyruszyła na szlak z własnym ekwipunkiem z planem dotarcia do nas dnia następnego na noc, ale wyszło inaczej. Ja z Karoliną przestawiłem samochód na parking w umówione miejsce i pozostawianiu pieniążków w kopercie razem z kopią do samodzielnie wypisanego biletu parkingowego w specjalnie do tego celu pozostawionej skrzynce. Na parkingu miła niespodzianka. Znowu pomieszczenie z ciepłą wodą, z której skwapliwie korzystamy we wszystkich możliwych opcjach.
Po spakowaniu zapasów i wyposażenia niezbędnego na planowaną max. dwudniową wycieczkę ruszam przed siebie z zamiarem zatoczenia dużego kółka i powrotu następnego dnia na noc.
Wybieram celowo gorszy początek, czyli pod górę, aby wracać teoretycznie z góry. Karolina zostaje przy samochodzie z zamiarem krótkich, trekingowych wycieczek i powrotu na nocleg do samochodu, gdyż jeden namiot ma Jadwiga, a drugi ja.
Ruszam i po niedługim czasie zaczynają się pierwsze refleksje.
Jazda pod górę to pryszcz, ale jazda pod górę w małej (na szczęście...) mżawce ale pod silny wiatr to dopiero jest „zabawa”. Taka rozrywka trwa 31 km, z czego 24 pod górę non stop. A na mapie było płasko ;) Turlam się tak ze średnią prędkością 5 km/godz. I musi to wyglądać na tyle żałośnie, że po raz pierwszy w historii przydarza się aby inny normalny ;) użytkownik drogi zatrzymał się z propozycją pomocy. Mnie przytrafiło się starsze małżeństwo (domniemam) podróżujących po Norwegii Szwedów. W pierwszym momencie pomyślałem, że może chcą pożyczyć pompkę rowerową, aby dopompować koło w swoim kamperze J (żart) ale zapytali czy mogą mi pomóc, pokazując jednocześnie, że mają wolny bagażnik na rowery. Zdołałem tylko odpowiedzieć, że dziękuję i że to są moje wakacje, po czym Oni pokazali tylko w międzynarodowym geście, że popierają mój pomysł i życząc mi powodzenia i odjechali.
Po chwili prawie żałowałem, że nie skorzystałem z oferty. Wiało do tego stopnia, że w myślach wracałem do szkoły i do lekcji z termo i aerodynamiki. Następne przemyślenia dotyczyły ustawiania sakw, namiotu i karimaty w takiej konfiguracji, aby współczynnik CX najlepiej był poniżej zera absolutnego, ale uznałem, że nie jest to możliwe ;) Jak na złość droga szła praktycznie prosto na zachód skąd właśnie dmuchało. No i tak to trwało do wspomnianego 24 km, a później nastąpił najwolniejszy 7 km zjazd. Pomimo 6% nachylenia, wiatr nadal czołowy skutecznie studził zapały grawitacji do rozpędzenia mojego dyliżansu. Planowany skręt o 90 stopni nastąpił w przewidywanym miejscu i teren wypłaszczył się. Boczny wiatr to nie czołowy wiec delektowałem się komfortem podróżowania . To był prawdziwy płaskowyż. Po około godzinie kręcenia tylko na horyzoncie w każdym z kierunków majaczyły góry. Na mapie wg planów miałem dojechać do skrzyżowania trzech dróg. Dojechać dojechałem ale... takiej zagadki to się nie spodziewałem. Wiatr był wcześniej tak silny, że obrócił wszystkie trzy tabliczki z nazwami, zamocowane na słupku w jeden kierunek. Pozostała intuicja.
Po dalszych około 3 godz. decyzja okazała się trafiona. Popedałowałem jeszcze trochę i nadszedł czas na szukanie miejsca na nocleg. Trafił się jak często tu bywa na zboczu wzgórza z rzeką w dole. W tym czasie doszedł sms od Jadwigi, że nie wyrobi się z powrotem w dwa dni tak wiec i ja zweryfikowałem plany. Nie wracam tylko jadę przed siebie w kierunku Oslo dokąd dam radę, a dziewczyny przechwycą mnie po drodze jak już się skompletują.
Następny dzień rozpoczyna się normalnie, ale kończy się najdłuższym przejechanym odcinkiem. Pośrednio przyczyniła się do takiego wyniku piękna pogoda, przyzwyczajone w końcu do siodełka moje siedzenie jak i błąd nawigacyjny spowodowany po części tym, że skończyła mi się mapa tego rejonu. Błąd polegał na tym, że trzymając kierunek na południe wjechałem na cypel w dorzeczu i musiałem wrócić około 30 km na właściwy już azymut. Samotnie, ale pomimo to przyjemnie tego dnia zrobiłem 164 km w 9 godz. Od jakiegoś czasu jeżdżąc nie śledzę licznika kilometrów tylko czas. Po raz pierwszy noclegowałem w miarę blisko cywilizacji choć domek nad rzeką okazał się domkiem bardzo okazyjnie –letniskowym wiec nie miałem zbyt dużego dylematu moralnego, że rozbiłem namiot poniżej 150 m od niego. Warto było. Kolacja na molo, po kolacji przebój sezonu, czyli kisiel z dodatkiem nieprzyzwoitej ilości świeżo zerwanych malin z jednoczesnym moczeniem nóżek w wodzie.
Nadszedł ostatni rowerowy dzień. Byłem w kontakcie z dziewczynami, ale nie zapowiadało się, że szybko mnie dogonią, wiec uzbrojony w nową mapę obieram kierunek na Oslo. Dojechałem po około 100 km do przedmieść, kiedy przyszła wiadomość, że dziewczyny są w komplecie, zbierają się i jadą po mnie. Postanowiłem wyjechać im na przeciwko i wstępnie umówiłem się w miasteczku jakieś 40 km przed Oslo.W drodze dostałem sms, że owszem chęci dziewczyny mają, ale akumulator w samochodzie stwierdził, że mu się tu podoba i ma ochotę poprosić o azyl ;) Dobrze, że to był parking i zawsze ktoś się znajdzie, aby kobietom pospieszyć z pomocą. Tym razem inwencję twórczą wykazali się Niemcy i pomogli, dodatkowo częstując sąsiadki zza Odry herbatką.
Dojechałem w umówione miejsce w nocy i nie marnując czasu rozbiłem namiot, aby przespać się trochę przed czekającą nas jazdą do promu w Trelenborgu. Dzwonek telefonu obwieszczający nadciągające kobiet zastał mnie bliżej rana jak północy. Szybkie pakowanie i dużo czasu na wzajemne streszczanie ostatnich dni. Dalej już prosto do domu.
Fotki do wglądu z 2006 i 2007 r. na końcu tej linki :)
http://picasaweb.google.co.uk/masicz


