ME  w kolarstwie górskim - 2005  Kluisbergen (Belgia)Od zawsze fascynowały mnie kraje idące swoją własną drogą, neutralne i w nic nie mieszające się. Pierwsza taką moją fascynacją była Szwajcaria (i jest do dzisiaj), drugą  kraje skandynawskie, ze szczególnym wskazaniem na Norwegię.

Norwegia jest też krajem słabo zaludnionym, posiadającym ogromne obszary dziewiczej, nienaruszonej ręką ludzką przyrody.

Autor:
Ewa Jurecka

Termin:
od 18.VI.2006 do 27.VI.2006

Wyślij komentarz
Napisz do autora tekstu lub redakcji Norwegofila

Jak również jest to też ojczysty kraj mojej innej fascynacji: Gunn Rity Dahle-Flesja, niedoścignionej od kilku sezonów zawodniczki w kolarstwie górskim, Mistrzyni Świata i Europy, a także złotej medalistki olimpijskiej z Aten. Ale przede wszystkim bardzo miłego, skromnego człowieka. W sezonie 2005 miałam okazję poznać ją osobiście na Mistrzostwach Europy w Kluisbergen.   
  
Sezon 2005 zakończyłam pokonaniem bariery 400 km, podczas maratonu Pucharu Polski w Gorzowie Wlkp.  (http://www.supermaraton.org/ ). Na rok 2006 postanowiłam sobie postawić poprzeczkę jeszcze wyżej, i kiedy znalazłam stronę  Styrkeproven http://www.styrkeproven.com/ od razu byłam pewna, że ten maraton będzie moim najważniejszym wyzwaniem w sezonie 2006. Trasa Styrkeproven

Jeżdżę na rowerze górskim i właśnie na nim, w górach Norwegii pokonałam odległość 540 km jaka dzieli miasta Trondheim i Oslo.
 
W styczniu opłaciłam udział, zarezerwowałam hotele w Trondheim i w Oslo oraz wykupiłam bilety lotnicze. Do marca pod znakiem zapytania stał przelot roweru, bo leciałam SAS-em, a na tej trasie latają tylko małe samoloty z ograniczoną możliwością przewozu bagaży.

W końcu jednak w marcu, po dwóch miesiącach korespondencji, SAS dał mi wiążącą  odpowiedź, że na pewno zabierze rower.

Wyleciałam 18 czerwca. W Polsce zaczęły się upały, natomiast Trondheim powitało mnie miłym deszczem i temperaturą 15° C. Tyle, że w tym klimacie, przy takiej pogodzie można jechać „na krótko” i się nie marznie. To było niesamowite. Oprócz wspaniałego klimatu, gdzie człowiek nie poci się przy najmniejszym ruchu, otrzymałam najcudowniejszy prezent od natury, a mianowicie: białe noce.

Prawie złożony rowerRower doleciał w całości, bez jakichkolwiek uszkodzeń, ale był rozłożony chyba bardziej niż te, które przychodzą w kartonach do sklepów .

Poza tym widziałam jak bardzo ostrożnie obsługa lotniska w Trondheim obchodziła się z bagażami, w tym i z moją, wielką torbą .

W Trondheim mieszkałam w hotelu Fru Scholler, przemiłym, niewielkim, bezobsługowym  hoteliku, ok. 100 m od Hotelu „Britania”.

Do maratonu miałam jeszcze kilka dni i  w tym czasie objechałam masyw Bymarka,  Trolla (miejscowość wypoczynkowa po drugiej stronie fiordu), przepiękne jezioro Jonsvatnet, lodowiec Gråkallen i kilka pięknych miejsc w pobliżu Trondheim.

W samym Trondheim trafiłam na obchody 100-lecia królestwa i miałam okazję zobaczyć parę królewską oraz dwór wraz z norweską dyplomacją. Na trasie przejścia pary królewskiej  stały tłumy Norwegów oraz turystów. Zdecydowanie nie przypominało to naszych dawnych przymusowych pochodów z okazji 1 Maja .

Na każdym kroku dało się odczuć jak bardzo Norwegowie są dumni ze swojego kraju i jak  bardzo zadowoleni z życia tu i teraz.      

Rejestracja do maratonu odbywała się na tyłach Hotelu „Britania” (chyba najbardziej ekskluzywnego w Trondheim).

Mimo, iż na listach uczestników widniało ponad 4 tys. osób i o godzinie 12.00 , czyli na początku rejestracji, stała już bardzo długa kolejka, wszystko odbywało się bardzo sprawnie. Sala do rejestracji była dokładnie oznakowana i opisana, i oczywiście nie było problemu z porozumieniem się  w języku angielskim. Zresztą w całej Norwegii nie spotkałam się z tym problemem, po angielsku mówią wszyscy, dorośli, młodzież, dzieci, i do tego mówią biegle, to po prostu ich drugi język.

Pierwsze starty o godz. 21:00Przed wyjazdem pierwszej grupy, tzn. przed 21.00, nadałam bagaż i zostałam już tylko z rowerem, w stroju do jazdy. Ja startowałam w grupie wyruszającej o godzinie 24.00 w piątek.

Na start podjechałam kilka minut przed północą. Zaraz po włączeniu maty zwariował mi licznik i tak już zostało do Oslo. Później okazało się, że po prostu była słaba bateria w czujniku...  Szkoda, że nie stało się to na treningach. Pozostał mi tylko odczyt czasu jazdy z zegarka i kilometrówka z tablic drogowych, bardzo rzadko stojących. No może dla samochodów w sam raz, ale dla roweru, zwłaszcza po przejechaniu 400 km zdecydowanie za rzadko.

Od początku miałam piękną pogodę, tylko ok. godziny szarówki, a potem, szczególnie wysoko w górach słońce, ośnieżone szczyty i 5° na termometrze. Jechało się wspaniale do połowy, czyli 270 km, mimo iż moim zdaniem nie do końca były dopracowane bufety, po prostu były za rzadko, co 60-100 km i zaopatrzone tylko w izotoniki i kanapki.

Gorące napoje oraz batony trzeba było sobie dokupić (bufety były przy restauracji i kolejny przy stacji benzynowej). Od połowy dystansu bufety były rozstawiane co 30-40 km, lepiej zaopatrzone oraz  znajdowały się tam również punkty techniczne i medyczne.

Profil trasyAle też mniej więcej od połowy, po zjeździe na „niziny”, zaczął wiać silny wiatr, o kierunku raczej nie muszę pisać, bo każdy rowerzysta wie jaki wiatr przeważnie wieje rowerzyście. Wiatr tak męczył ok. 8 godzin czyli mniej więcej do „wieczora” (tzn. wieczora tylko na zegarku, bo nadal było jasno). Tym sposobem dotarłam do Lillehammer, 185 km do mety.

W Lillehammer była sala z materacami i musiałam siłą woli się powstrzymywać, żeby się nie położyć. Po za tym w Lillehammer wycofał się maratończyk, z którym od prawie 200 km spotykaliśmy się na bufetach. Raczej nie było to budujące.

Od Lillehammer rozpoczęły się schody. Jeżeli ktoś patrzył na profil trasy, to pewnie ocenił go podobnie jak ja, a mianowicie, że najtrudniejsze jest pierwsze 150 km, bo wyglądało to jak ciągły podjazd. Nic bardziej mylnego. Te kilometry do Hjerkin były wręcz nieodczuwalne, później długi zjazd do Dombas i w miarę spokojnie do Lillehammer, a potem 30 km podjazdów, męczących bardziej psychicznie niż fizycznie.
 
Na 150 km do mety wracaliśmy z powrotem na autostradę do Oslo,  która niewiele różniła się od „schodów” z Lillehammer, no może tym, że podjazdy były dłuższe i od czasu do czasu zdarzał się zjazd.

Dystans 540 km pokonałam w 31godzin 42 minuty, na rowerze mtb.Mniej więcej 50 km przed metą przeżyłam jeszcze ostatnią przygodę. Była gdzieś 4-5 nad ranem, jadę sobie spokojnie autostradą, a tu widzę jak nade mną przejeżdżają rowerzyści, mimo bardzo dużej ilości Norwegów uprawiających różnorodne sporty, był to jednak niecodzienny widok, po prostu było za wcześnie. Zresztą zaraz Panowie mnie zawołali i wszystko stało się jasne. No cóż, okazało się, że gdzieś przeoczyłam zjazd z autostrady. Wszyscy wiemy, że na autostradzie nie da się zawrócić. Pozostało mi jedynie wdrapać się po skarpie na most i jechać dalej. Całej tej operacji przyglądała się norweska policja, ale widocznie stwierdziła, że nie stanowię zagrożenia dla ruchu i potraktowali mnie z wyrozumiałością .

Dalej było znowu pod górę i z góry, i tak do samego końca. Nawet upragniony mål (po norwesku meta)  był usytuowany pod górę. Mål obok matstasjon (bufet i pretekst do odpoczynku) były to dwa najważniejsze norweskie słowa przez ostatnie 30 godzin.

Potwornie zmęczona, ale jakże szczęśliwa dotarłam do mety. Dystans 540 km pokonałam w 31godzin 42 minuty, na rowerze mtb.

Na mecie otrzymałam medalNa mecie otrzymałam medal, koszulkę i dyplom, odebrałam torbę i pojechałam do hotelu. Do następnego dnia odsypiałam, a w poniedziałek wyruszyłam zwiedzić Oslo. Oczywiście tyle, ile można w jeden dzień.

W zasadzie cały dystans przejechałam sama, nie miałam możliwości na rowerze MTB „złapać” się koła szosówek. Na całej trasie serdecznie pozdrawiali nas Norwegowie flagami i transparentami. Mijały mnie też grupy, które jechały na czas poniżej 16 godzin, chyba zawodowe, bo mieli własne wozy techniczne oraz płyny i odżywki. Nie spotkałam się z negatywnymi reakcjami ze strony uczestników, wręcz zachęcali mnie do wspólnej jazdy, ale nie było to możliwe na moim rowerze.

Mimo ogromnego wysiłku postanowiłam tu wrócić i jeszcze raz pokonać dystans Styrkeproven, tyle że tym razem na rowerze szosowym.

Starannie pakowałam swoją scalę. Czekała nas jeszcze jedna dłuższa podróż tego lata: maraton Alpenbrevet w Andermatt, w Szwajcarii (http://www.alpenbrevet.ch/

Dette var morro!


See also:
Newer news items:

Komentarze  

 
0 #3 Robert 2008-06-22 05:19
Wlasnie wrocilem ze Styrkepr?ven 2008. Wkrotce pelna relacja, ze zdjeciami. Naprawde, polecam ten wyscig! Ogromna frajda.
Cytować
 
 
0 #2 Robert 2008-04-23 19:37
Ja chce pojechac ten wyscig w tym roku(2008)na rowerze szosowym jako amator w M4. Pracuje w Oslo i po raz pierwszy uslyszlem o nim od kolegi norwega z pracy ktory kiedys przejechal Styrkeproven. Poki co przygotowuje sie do startu wg. ramowego programu ze strony www.styrkeproven.no. Jezeli ktos jeszcze z Was chce jechac to prosze o kontakt (kliknj w imie w niebieskiej linijce nad komentarzem)
Cytować
 
 
0 #1 arthur gagala 2008-04-17 19:47
ja tez startowalem w tym wyscigu i to dwa razy w barwach fuji team oslo.w tym roku tez bede startowal ale juz pod nazwa innego klubu
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Partnerzy Norwegofila: Polish language courses