Zaczęło się jak w bajkach. Dawno, dawno temu pojechałem do Finlandii na SRMŚ (samochodowe rajdowe mistrzostwa świata) i już tak mam, że przy okazji lubię zobaczyć to i owo. W ten sposób zaraziłem się Skandynawią. Przez kilka lat w sierpniu jechałem na rajd do Finlandii, w lutym do Szwecji, aż nadszedł rok 2005, w którym to zapadła decyzja o Norwegii.
To miał być debiut i od razu skok na głęboką wodę, czyli Norwegia rowerem, i w dodatku z żoną... i to z własną ;)

Autor:
Bożena i Piotr Masicz

Termin:
Od 1 do 21 VIII 2006

Wyślij komentarz
Napisz do autora tekstu lub redakcji Norwegofila.


Wybrałem opcję z udogodnieniami, czyli dojazd na miejsce samochodem i pokonywanie na rowerze wybranych tras. Przygotowania do wyjazdu zaczęły się standardowo - artykuły, publikacje w necie, no i oczywiście tym tropem doszedłem do znajomego większości „zainfekowanych” Norwegią, czyli do „Norwegofila” Konrada Koniecznego. Był jedynym, komu zawracałem głowę pytaniami i prośbami o porady dotyczące miejsc wartych uwagi jak i innych bardziej błahych spraw dotyczących sprzętu, terminu i.t.p.

Kompletowanie wyposażenia rowerowego wraz z niezbędnym dobytkiem rozłożyłem w czasie tak, aby w maju odbyć próbę generalną.
Potem przyszło już tylko czekać na dzień wyjazdu. Ze względu na urlop Bożeny termin był ściśle określony, czyli 1 sierpnia do 21 sierpnia. Z perspektywy stwierdzam, że to był bardzo dobry czas i wtajemniczeni w kwestii anomalii pogodowych zachodniego wybrzeża wiedzą, o czym piszę. Wracając do sedna sprawy, plan obejmował pierwsze parę dni, a później miał być dostosowany do frontów atmosferycznych.

Wyjechaliśmy z Lublina 1-go sierpnia około południa z zamiarem dotarcia na prom Sasnitz-Trelenborg o godz. 3:15. Jaki jest przejazd przez Polskę każdy wie, dalej już jest normalnie. Ten prom wybrałem znając go już wcześniej z moich podróży do Szwecji, a przy okazji jest to najkrótsze i najtańsze połączenie Niemcy-Szwecja. Teoretycznie prostsza jazda przez most w Danii to dodatkowy czas potrzebny na dojazd oraz wyższy koszt.

2 sierpnia
Bożena i Piotr MasiczPołudniowa Szwecja przywitała nas deszczem. Dopiero na wysokości Goteborga przestało padać i wyglądało nieco bardziej zachęcająco.
Umowna granica z Norwegią, a następnie Oslo przejechane z „marszu”. Teraz zaczyna się jazda pod słońce, czyli na zachód w kierunku Drammen. Zaczynamy zawężać poszukiwania miejsca na nocleg. Znajdujemy je za Kongsberg zjeżdżając z drogi głównej w boczną, utwardzoną leśną ścieżkę, i tam na skrawku dogodnego pobocza rozbijamy pierwszy namiotowy obóz na Norweskiej ziemi. Jest wszystko to, czego potrzeba minimalistom -cisza, strumyk, zapach lasu.
Ogarnia nas znużenie, wszak od promu to około 800 km przejechanych w granicach rozsądnej prędkości, czyli jak na mnie... usypianie na stojąco :).
Bożenę, zapewne z powodu szoku spowodowanego wolną jazdą rozbolała głowa, tak więc ambitnie przygotowałem posiłek z zapasów (dzięki samochodowi mogliśmy zabrać spore zapasy). Gotowy do użycia namiot i zapachy świeżego obiadu spowodowały cudowne ozdrowienie. Po kolacji mycie naczyń i małe pranie siebie jak i ubranek, a na koniec spacer na wzgórze w celu identyfikacji czegoś, co okazało się zadaszeniem chaty dla strudzonych wędrowców z wyposażeniem w palenisko, siekierkę, jakieś naczynie i miejsce na odpadki.
Na koniec dnia siadamy nad mapą, mała narada i szybka decyzja…Rjukan. Z tym postanowieniem na dzień następny idziemy lulu.

3 sierpnia
1800 km na liczniku samochodu.

Po standardowej procedurze startowej jedziemy do Rjukan. Skręcamy z drogi E134 w prawo do Haukas, Boen. Przejazd przez malownicze górskie okolice i długi stromy zjazd do Rjukan. Mała przerwa nad jeziorem, krótka ceremonia uzupełniania kalorii, chłodzenia stóp w wodzie i decyzja o noclegu daleko na odludnym płaskowyżu.
Trasa Rjukan-Horshus i w Marem skręt w lewo w góry. Droga wąska, asfaltowa do Steinshole. Następnie z tego, co wyczytaliśmy teoretycznie płatna droga do jeziora Mor, ale skończyło się na teorii. Dociągamy do wysokości 1200 m n.p.m. i przy zalewie Kalhovdfiorden rozbijamy namiot. Po krótkim namyśle zmieniamy jednak zdanie i skuszeni okolicą jedziemy, aż do końca drogi. Tutaj dostrzegliśmy jakąś wąską ścieżkę i zgodnie z powiedzeniem „apetyt rośnie w miarę jedzenia” naszym łupem padły trzy szczyty każdy następny wyższy od poprzedniego. Pogoda super, widoczność po horyzont, a widok wręcz księżycowy. W Polsce też mieszkamy na odludziu, ale tu w Norwegii cisza dosłownie poraża.

4 sierpnia
Noc chłodna. Rano jemy śniadanie, kąpiel w strumieniu i ruszamy bez ściśle określonego planu w stronę wybrzeża z myślą o Lesjofiorden. Miejsce na nocleg znajdujemy nad jeziorkiem i korzystając z dłuższych wieczorów robimy krótką rowerową wyprawę (18 km) już bez obciążenia, na wybrzeże w celu ustalenia cen i godzin kursowania promu. Powrót już o zmroku.

5 sierpnia
Starówka w StavangerRowerowy cel na ten dzień namierzony - Stavanger. Trasa do - taka sobie, nic nadzwyczajnego w kwestii krajobrazu jak i ciężkich podjazdów. Czyste, dość duże jak na Norwegię miasto. Polecana przez Konrada Koniecznego starówka faktycznie warta jest uwagi. Ciekawy widok na infrastrukturę miasta z mostu łączącego dwa brzegi nad wejściem do portu. Ścieżki rowerowe, bezkolizyjne przejazdy na druga stronę ulicy oświetlonymi mini tunelami, oznaczenia kierunku jazdy i miejsc docelowych na znakach dla rowerzystów.

Miejsce na posiłek i odpoczynek wybieramy właśnie z tego mostu. I tu duże zaskoczenie, w okolicach mostu jak i pod nim…nieprzyzwoicie czysto. To była więc prawdziwa przyjemność spędzić tam około 2 godziny mocząc nogi w morzu wśród brunatnic i wszelkich małżopodobnych stworzeń. Potem położyliśmy się na trawie i podjadając suchy prowiant, obserwowaliśmy ruch promów, stateczków i motorówek.
Początkowo plan zakładał nocleg w drodze powrotnej, wiec nie śpieszyliśmy się, ale ostatecznie tak nam się dobrze jechało inną trasa, że późnym wieczorem wróciliśmy nad jezioro. 90 km z ekwipunkiem to dla żółtodziobów wystarczająco, zasłużyliśmy więc na orzeźwiającą kąpiel w jeziorze. Lekko czuje podbicia stóp, ale wkrótce okazuje się, że winne są klapki. Obfita kolacja i ciepła noc spowodowały, że śpimy głęboko jak susły.

6 sierpnia
Półka PreikestolenNiedziela, a my w planach mamy Preikestolen. Gorąco, dzień wolny od pracy i dużo ludzi. Pobudka 7:32 pakowanie do samochodu i tym razem przeprawa promem z całym dobytkiem, samochód na parking, plecaki na plecy;) i tup, tup około 2 godz. pod górę. Na tyle gorąco, że jeziorka w drodze na górę zaliczone wpław. Słynna półka nie rozczarowała. Chwilę na fotki i…jak to my, dalej w górę. Około godzinę później jesteśmy już na tyle daleko, że z półki zrobiła się mała odstająca skałka. Widok w lewo do końca fiordu w prawo do mostu nad wejściem do fiordu. Bajecznie i sielankowo. Ludzi zero. Po godzinie zwrot przez sztag i wykonujemy własną interpretację zejścia do parkingu. To było ciekawe, pionierskie przejście. Innym polecam dwa razy pomyśleć przed pójściem tędy na skróty.  
Zainspirowani widokami z góry na drugą stronę fiordu postanawiamy to zweryfikować.
Przejeżdżamy przez most i samochodem jedziemy równolegle po drugiej stronie fiordu, aż do Tosmark.
Tam napotykamy pokojowo nastawione owce, parę domków zamaskowanych trawą i panoramę na Preikestolen wyeksponowaną w zachodzącym słońcu. Wracając odnajdujemy zjazd na plażę nad fiordem. Widać tu oznaki cywilizacji, w postaci parkingu, śmietnika z selekcją odpadków, toalety i ławeczek zintegrowanych ze stolikami. Miejsce bajkowe, trawka, dużo drzew od północnej strony, zatoczka, pomost i czysta woda. No i zgadnijcie, co zrobiłem? Zgadliście, zaliczyłem pierwsza kąpiel w słonej wodzie morza północnego i wracać się nie chciało tak się lekko pływa. Na brzeg zwabił mnie widok zapełniającego się jedzeniem stolika.

7 sierpnia
W nocy aura skorzystała z chwili naszej nieuwagi i rozpadało się do około 10 rano. Tym razem nie wpłynęło to na zmianę planów, gdyż prom do Lysebotn czyli na koniec fiordu mieliśmy dopiero o 14:20. Od miejsca noclegu to około 15 min jazdy więc był czas na wszystko. Zostawiamy samochodzik w porcie i zapakowani na rowerki przepływamy na wspomniany koniec fiordu. Z racji późnej pory i po wstępnych oględzinach serpentyn z 26 (jeśli dobrze pamiętam) nawrotami, atak na Kjerag odkładamy na dzień następny. Wybieramy drogę w przeciwną stronę bez określonego celu zgodnie z moim ulubionym porzekadłem „dobry podróżnik nie ma z góry ustalonych planów ani nie jest zobligowany powrotem”.

Dystans wyniósł 14 km non stop pod górę plus niespodzianka w postaci nieoświetlonego tunelu o długości około 1 kilometra. Tutaj mała podpowiedź. Polecam dwa alternatywne źródła zasilania w światło. W jednym rowerze klasyczne, czyli dynamo w drugim zasilane bateriami lampy diodowe. Bateryjne sprawdza się w drodze w dół i górę pod warunkiem ze nie znikną nam baterie, a klasyczne tylko w dół gdyż przy prędkości podjazdu 6 km na godz. strumień światła porównuje do kaganka w glinianej lepiance. Już za tunelem zapamiętałem parę miejsc nadających się pod namiot, ale jechaliśmy dalej wiedząc, że w każdej chwili możemy tam wrócić. W ten sposób dojechaliśmy na szczyt, a tam…osiedle domków. Wróciliśmy wiec kawałek na z góry upatrzone pozycje. Wygrało miejsce z perfumerią w podłodze, czyli wrzosowisko. Zapewniam, efekt gwarantowany. Nieopodal wszechobecne strumienie z woda tak czystą, że stanowiła ona bazę do wszelkiego rodzaju napojów od herbaty przez dania obiadowe do napojów z pastylek typu multiwitamina. Pogoda bez zastrzeżeń. Szczęściarze z nas.

8 sierpnia
KjeragCeremonia pobudki, śniadania i pakowania ekspresowa tak jak i zjazd w dół te naście kilometrów. Test klocków hamulcowych zdany pozytywnie. No i teraz przed nami wspomniane 26 serpentyn, 10% nachylenia i 1100 metrowy tunel.

Musze się pochwalić, że wdrapałem się na samą górę na rowerze. Po drodze przystanek, gdzie ja oskubałem maliny, a Bożena zagrzała wodę na herbatę. Do docelowego parkingu już zostało niewiele.

Jadąc pod górę wyobrażałem sobie, że pokuta rowerowa zakończy się rekompensatą w postaci krótkiego spaceru i delektowaniu się obserwacją panoramy z głazu Kjeragbolten zawieszonego 1000m nad wodami fiordu. O ja naiwny…pismo rysunkowe na tablicy informacyjnej uświadomiło mi, że czeka nas około 5 (słownie: pięć) godzin wędrówki i o zgrozo, nadal pod górkę. Przy podejściu podkoszulki chowamy do plecaka i niech ktoś mi powie, że w Norwegii jest zimno. Dawno się tak nie opaliłem jak podczas tego wyjazdu.

Przełączyłem się na zasilanie jabłkowo-wiśniowym Tymbarkiem (o dzięki ci samochodziku, że przywiozłeś mi takie obfite zapasy) i doczłapaliśmy po kamieniach do innego kamienia. Cóż, kamień jaki jest każdy wie, ale ten znalazł sobie niebanalną lokalizację. Bez szerokokątnego obiektywu zapomnijcie o pokazaniu znajomym efektu, jaki daje widok on-line. Powrót tą samą drogą z małym tylko zejściem do ukrytego w górach jeziorka.

Powrót na parking, rzut okiem na panoramę z tarasu w schronisku i sielanka podczas zjazdu w dół. Pogoda bezchmurna utrzymała się do wieczora. Miejsce na nocleg znajdujemy na skarpie nad drogą blisko przystani.

9 sierpnia
7:20 Prom z Lise do Forsand. Szybkie zakupy głównie spożywcze, pakowanie dobytku do samochodu i obranie kierunku na północ przez Jopland-Nesvik-Sand-Odo-Utne. Po drodze 2 przeprawy promem. Nieliczne, ale okazałe wodospady i pierwsze ukryte w górach lodowce.
Post od rana, a w plecaku świeżo zakupiona marynowana w ziołach karkówka, tak więc po rozbiciu namiotu, poszła na pierwszy ogień dosłownie i w przenośni. Tu mieliśmy pierwsze odwiedziny. Odwiedzającym był młody lis. Pogłaskać się nie dał, ale był dosyć blisko. Po obfitym posiłku podzieliliśmy się z nim deserem.

10 sierpnia
Dojechaliśmy do okolic Voss. Na mapie wypatrzyłem dobrze zapowiadającą się pętlę, w sam raz na rowerową wycieczkę. Szybkie pakowanie kąpiel w rzece.
Ze znaków na mapie wydedukowałem, że w pierwszej części czeka nas długi podjazd, a następnie w nagrodę jeszcze dłuższy zjazd. Nie pomyliłem się, a trasa była najciekawsza z dotąd poznanych. Pod górę wyszło według licznika 23 km, ale zapewniam, że góry w Norwegii charakteryzują się zupełnie innym kątem nachylenia. Po osiągnięciu szczytu rzut oka na okolicę. Bajkowa dolina. Zjazd szczęśliwie jest łagodny co osobiście bardzo to lubię. Po pierwsze jest czas na utrwalanie widoków a po drugie, nie lubię zamieniać energii kinetycznej na ciepło wytwarzane przez hamulce:) Taka sielanka trwała około 20 km. Droga biegła wzdłuż szerokiego górskiego strumienia, co jakiś czas spadającego kaskadą z licznych progów. Przy drodze maliny i poziomki. Oskubałem wszystko, co się dało.

Plac na nocleg parę metrów od drogi. Namiot na naturalnych materacach z wysokiej trawy. Rzut oka na panoramę. W oddali wodospad i oświetlone szczyty gór. Kładziemy się około 22.

11 sierpnia
Zjazd do głównej drogi i powrót nieco na około do samochodu. Podjeżdżamy tzw. starą drogą do Voss. Rasa jest nawet ciekawa, ale zła pogoda powoduje, że dajemy się skusić na podjechanie tych 30 km pociągiem.
Ja zostaje z dobytkiem na stacji, a Bożena jedzie po samochód. Miałem czas na analizę mapy, zsumowanie przejechanego etapu (94km) i zrobienie notatek. Po około godzinie podjeżdża Hyunday Accent ze znajomą "kierowniczką ", pakujemy się i w zmiennej pogodzie jedziemy w stronę Alesund. Przed promem w Vangness nocujemy w górach. Tutejsze maliny są przepyszne.

12 sierpnia
Znowu ładna pogoda. Alesund chcemy zwiedzić na rowerach, tego dnia podjeżdżamy więc bliżej miasta do Stranda i tu zostawiamy samochód. Nocleg poza miastem.

13 sierpnia
AlesundCzeka nas 7 km podjazdu na rowerach. Nie jest on bardzo stromy, ale uciążliwy do tego stopnia, że po wjechaniu na szczyt temperatura ciała w sam raz nadawała się do konfrontacji z wodą w jeziorze. Następnie długi łagodny zjazd do Sykkylven, a tam promem na drugi brzeg do Mogernholm. Ponieważ obszary zabudowane się zagęszczały wybraliśmy boczne drogi i nimi po przejechaniu około 70 km obozujemy w zagajniku nad brzegiem morza. Stwierdzamy pierwsze i niestety poważne usterki, które zaważyły na planach dotyczących przyszłego tygodnia. Urwane szprychy w rowerze Bożeny oraz naderwany łańcuch. Łańcuch naprawiłem, szprych niestety nie.

14 sierpnia
Akwarium w AlesundPriorytet na dzisiaj to oceanarium. Zmniejszamy obciążenie na tylne koło i jedziemy do Alesund. Przed wejściem kupujemy bilety i spacerujemy po wielopoziomowym akwarium. Pokaz karmienia ryb przez nurka za wielka szklaną ścianą przed licznie zgromadzoną widownią, a w sali obok możliwość bezpośredniego kontaktu z morskimi stworzeniami. Najciekawsza była skóra płaszczki. Szorstka jak pumeks. Wracamy do centrum. Napotkany przechodzeń wskazuje nam drogę do serwisu rowerowego. Zakupujemy szprychy, ale za wymianę 200 NOK to jak na mój gust zbyt wiele, więc rezygnujemy z usługi. Chyba jednak zbyt pochopnie, bo po dwóch zakończonych niepowodzeniem próbach (brak specjalnego klucza) rezygnuję. Zgodnie z przysłowiem ”nieszczęścia chodzą parami” w czasie montażu podwinęła się dętka i przycięta przy pompowaniu oponą – wystrzeliła. To jeszcze nie dramat myślę, sięgając po zapasową dętkę, ale okazuje się, że brak w niej właściwego wentyla.
Moje niedopatrzenie. Serwis już zamknięty. Szybka decyzja. Przekładamy sakwy na jeden rower, a drugi zostawiamy na stacji benzynowej przypięty profilaktycznie do ławki. Wdrapujemy się na wzgórze widokowe, znajdujemy miejsce na namiot z panoramą na Alesund i tam nocujemy.

15 sierpnia
Schodzimy na dół do cywilizacji. Rower jak stał tak stoi. Po drodze do serwisu kupujemy kartki, wypisujemy i wysyłamy. W czasie spaceru do serwisu następne spostrzeżenie. Jeśli idzie się z rowerami w tym przypadku wzdłuż ulicy, nic się nie dzieje, ale wystarczy się zatrzymać, a kierowcy interpretują to jako próbę przejścia na drugą stronę ulicy i zatrzymują się z uśmiechem na ustach. Jakby tego było mało adekwatnie to samo czynią na drugim pasie, chociaż jeszcze nie postawiliśmy nogi na asfalcie. Aby nie doprowadzać do konsternacji i nie przepraszać ruchem głowy odsunęliśmy się dalej od krawędzi jezdni.

Spacerując po nabrzeżu dostrzegam swojsko brzmiący napis. Norweskiego nie znam, ale napis na budynku „ALESUND DYKKERSENTER„ mówi mi wszystko. Centrum Nurkowe w Alesund. Posiadam certyfikat nurka, więc dlaczego nie spróbować? Po wstępnej rozmowie dowiadujemy się ze na środę zaplanowane jest nurkowanie. Ustalanie szczegółów z organizatorem przez telefon (dzięki Bożenie) trwa dość krótko. Wycieczkę rezerwujemy na środę o godzinie 17. W tym momencie mamy dwa dni wolnego. Zapada decyzja – wracamy autobusem po samochód.
Z tej krótkiej podróży mam kilka uwag:

 

  • Stać ich na to, aby się nie śpieszyć.
  • Uprzejmość kierowcy przerosła moje wyobrażenie.
  • Warunki pracy tak kierowcy jak i pasażerów – wzorowe. Regulowane fotele i podnóżki.
  • Bezpieczeństwo również-pasy dla każdego pasażera
  • Nic nie pocięte, nie porysowane i nie połamane i w dodatku czyste, a to tylko zwykły autobus.
  • Nie jestem pewny, ale wpisany do tzw. komputera bilet i cel podróży każdego pasażera (jest śledzony przez lokalizator (GPS) i przed miejscem docelowym sygnalizuje kierowcy, że na najbliższym przystanku ktoś wysiada. Intrygował mnie sygnał dźwiękowy przed każdym przystankiem a obserwowałem, że nikt z pasażerów niczego nie naciska. Może to normalne, ale ja nie jechałem autobusem jakieś 16 lat :).


Podejmujemy decyzję, co robimy z wolnym czasem. Chcemy zostać w okolicy. Cel wyspa Runde (wcześniej planowana). Dojeżdżamy na miejsce samochodem. Tego dnia łamiemy dwie dotychczas nie praktykowane zasady. Jeszcze w Alesund nabrałem apetytu na gotowe danie. Kupiłem rybę z frytkami i sosami. Domniemam, że był to Halibut. Tak czy inaczej talerzyk świecił pustkami w niedługim czasie. Druga złamana zasada to decyzja o noclegu na kempingu. Skusiła nas ciepła kąpiel i brak miejsca na rozbicie namiotu. Załatwiamy formalności w kwocie 120NOK i po rozpakowaniu decydujemy się jeszcze na spacer w górę. Towarzyszą miliony, a może nawet miliardy meszek. Neutralizujemy ich zapędy jakimś wynalazkiem w sprayu. Sesja zdjęciowa morza północnego i okolic.
Schodzimy na dół, a następnie gorąca kąpiel i kolacja. Zgrywam zdjęcia na laptop, bo mam nadzieję na jutrzejszą sesję zdjęciową z maskonurami w roli głównej.

16 sierpnia
Śniadanie, wymarsz i wędrówka na drugi koniec wyspy. Niestety na górze małe rozczarowanie, poza cudnym widokiem morza północnego ptaki są od nas w takiej samej niemal odległości jak Islandia. Z daleka owszem widać duże kolonie gnieżdżących się na niedostępnych skałach, ale bez lornetki i teleobiektywu lokalizacja pojedynczych maskonurów niemożliwa. Mając na uwadze nurkowanie o 17.00, a w międzyczasie pakowanie, powrót do Alesund, tankowanie gazu (stacje z gazem są rzadko) wracamy na kemping.

NurkowanieO 17.00 lekko podekscytowany stawiam się w umówionym miejscu. W parze będę nurkował z Norwegiem, a potem z Holendrami. Ceremonia przygotowań zakończona lekką konsternacją, kiedy poprosiłem o zamianę tzw. suchego skafandra na mokry. Powód był prosty. Nie nurkowałem nigdy w suchym, a nie chciałem popsuć sobie takiej okazji eksperymentowaniem z troszkę jednak inną obsługą. Konsternacja wynikła z faktu, że temperatura morza wynosząca 14 stopni dla mnie wydała się luksusem, a dla nich dyskomfortem. W jeziorach w Polsce, w których nurkowałem temperatura w lecie na 20 m wynosiła od 6 do 8 stopni, a też nurkowaliśmy w tzw. mokrych skafandrach. Wracając do nurkowania - środkiem lokomocji była łódź pontonowa napędzana 250 konną Yamachą. Wyposażona w GPS, echosondę i inne bajery włącznie z odtwarzaczem CD. Pierwsze nurkowanie niestety musiałem przerwać po 20 minutach. Powstał problem z maską i walka z opróżnianiem jej z napływającej tam wody stała się bezcelowa pomimo dociągania pasków i poprawiania ułożenia. Przerwa pomiędzy nurkowaniami zachowana regulaminowo, a ja korzystam z możliwości wymiany maski.

Drugie nurkowanie to odwiedziny statku pasażerskiego leżącego na 20 m. Dopiero znając długość statku określiłem jak czysta musi być woda, jeśli widzę 3/4 jego długości. Tym razem wszystko grało w 100% i mogłem oddać się w pełni podziwianiu uroków podwodnego świata. Po 40 min wróciłem z innego świata, ale jeszcze długo pozostałem pod jego wpływem. Po powrocie i pożegnaniu się pojechaliśmy w kierunku Andalsnes.
Po dniu pełnym wrażeń i skondensowanym do granic przyzwoitości, padliśmy jak muchy w przydrożnym zagajniku.

17 sierpnia
Dojechaliśmy do Andalsnes. Zakupy spożywcze i kierunek – Droga Trolli.
Niski pułap chmur nie przeszkodził we właściwej interpretacji tej osławionej drogi. Obowiązkowa sesja zdjęciowa i dalej w kierunku Norweskiej wizytówki, czyli fiordu Geirenger. Nocleg urozmaicony kilkakrotną wizytą stada byków. Prawdziwych.

18 sierpnia
GeirangerZnowu słoneczny dzień. Wyruszamy w stronę Drogi Orłów, czyli przedsionka do fiordu Geiranger. Śniadanie na parkingu ze wspaniałą panoramą. Zjazd w dół i podejmujemy decyzję o rejsie promem. Po zakończonej wycieczce opuszczamy to urocze miejsce i jedziemy w stronę Lillehammer. Po drodze zaliczamy znany punkt widokowy Dalsnibba na wys. 1500 m n.p.m. W dalszej drodze powrotnej zaliczamy obiad na parkingu nad rzeką o niecodziennym kolorze wody. Wyglądała jakby właśnie rozpuścił się w niej lód. Dojeżdżamy trasą według własnej interpretacji do okolic Lillehammer. Tak się składa, że wolimy boczne drogi. Ruch jest znikomy, okolice nieskażone cywilizacją, a drogi i tak równe. A jakby tego było mało w takim odludziu spotykamy polewaczkę zmywającą asfalt na drodze podrzędnej z dala od osad. Już wiemy, dlaczego po 3 tygodniach samochód jest nadal czysty.

19 sierpnia
DalsnibbaDojeżdżamy do Oslo. Tym razem mamy zaplanowany postój u znajomych Norwegów. Kurtuazyjna wizyta, z kulminacyjnym punktem programu, czyli deserem z lodów ze świeżymi owocami. Do promu jeszcze daleko, ale i dużo czasu. Nie śpiesząc się przejeżdżamy Szwecję i o 3:15 odpływamy do Sasnitz. 9:20 wjeżdżamy do Polski "A" a na wieczór już jesteśmy w Polsce "C". W sumie zrobiliśmy 6800 km.

Komentarze  

 
0 #7 Gość 2007-10-20 20:05
cudowna podróż!! miło że wyjechaliście z Lublina bo ja tam właśnie mieszkam. zazdroszcze tak cudownego czasu spędzonego w Norwegii, kótra zreszta kocham. taka podróz jest dla mnie inspiracją by zrobic cos podobnego w przyszłosci- oczywscie w Norwegii. pozdrawiam!
Cytować
 
 
0 #6 Gość 2007-08-31 21:35
bracie zabierz nas kiedys tak ze sobą....proszęęęę.......................!!!!damy kasę!!!
Cytować
 
 
0 #5 Gość 2007-06-26 21:02
Tydzien temu bylem na masywie gorskim Kjeragbolten i siedzialem na tym kamyczku. Wrazenia nie do opisania, pod stopami niesamowita przepasc, spadajace wodospady z duzych wysokosci znikaja w polowie swojej drogi do morza. Po prostu bajecznie, juz sama droga do tego kamyczka jest pelna wspanialych punktow widokowych :-)))
Cytować
 
 
+1 #4 Gość 2007-06-25 09:29
Z tego co czytam to była super wyprawa! Ja jeżdzę po Norge na stopa!! Jest to może ciut uciążliwe,ale jednak tańsze. Poznaje się wówczas mnóstwo przemiłych i sympatycznych, a do tego bardzo otwartych ludzi. Norwegowie są bardzo życzliwym i przyjacielskim narodem.Chodziłam po Hardangervidda i trochę po górach Jutenheimen. Generalnie przepiękne widoki, ale zdaję sobie sprawę, że widziałam zaledwie małą cząstkę...Niestety Norge to także drogi kraj...Jednak dla chcącego nic trudnego. Namiocik, żarełko do plecaka, wiara w ludzi i... i można wyruszać przed siebie!
Cytować
 
 
+4 #3 Gość 2007-04-10 17:29
od pewnego czasu mój mąż pracuje w Norwegii i planujemy wyjazd tam na stałe.Jednakże boje się tego wyjazu. Chciałbym dowiedzieć się czegoś o tym kraju od polaków, którzy tam mieszkają. Jakie napradę jest tam życie.
Cytować
 
 
0 #2 Adam 2007-04-08 15:31
wybieram się do pracy do Norwegii i chciałbym jakieś wskazówki. Podrawiam
Cytować
 
 
0 #1 Gość 2007-03-13 22:41
bardzo wciagajacy artykul,a zdjecia przepiekne,zazd roszcze Piotrku wam tych przezyc i serdecznie pozdrawiam:-)
Cytować
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Wypoczynek w Norwegii

Telefon z Norwegii

Hotele w Norwegii

Znajdz na trivago Hotele w Oslo
Polecamy:  Norwegia oficjalny przewodnik