| Spis treści |
|---|
| Trzy oblicza Norwegii - Fiordy, Lofoty, Nordkapp |
| Norwegia |
| Podsumowanie |
| Wszystkie strony |
Strona 1 z 3
Przez kilka następnych godzin wsłuchiwałem się w stukot jadącego pociągu i wpatrywałem się w przesuwający się za oknem krajobraz.Jednocześnie próbowałem sobie wyobrazić jak to będzie. Jak przywita mnie Szwecja i jakie przygody szykuje dla mnie Norwegia.
| Autor relacji: Artur Lorenc Termin: lipiec-sierpień 2006 Więcej na: www.enzo-zone.ovh.org Wyślij komentarz Napisz do autora tekstu lub redakcji Norwegofila |
Znając Skandynawię ze zdjęć i z informacji, jakie udało mi się znaleźć, byłem bardzo podekscytowany myśląc o tym, co mnie tam czeka.
Wreszcie po dwóch przesiadkach i bieganiu z całym ekwipunkiem od jednego pociągu do drugiego dotarłem do Gdyni, skąd płynąłem do Karlskrony. Pozostało mi jeszcze znaleźć terminal promowy i po odprawie byłem już na pokładzie promu.
Siedząc na pokładzie zewnętrznym wpatrywałem się w zabudowania portowe i płożące się w oddali, u stóp wzniesienia miasto. Odbierałem jeszcze ostatnie telefony i sms-y od rodziny, znajomych, którzy cały czas nie dawali o sobie zapomnieć dodając mi otuchy. Wreszcie odgłos cicho do tej pory pracujących silników wzmógł się, a mozolnie, jakby trochę opieszale zaczął wypływać z portu. Wydobywający się z głośników głos kapitana poinformował, że właśnie obraliśmy kierunek na Szwecję. Gdynia powoli stawała się wspomnieniem. Doki i stocznia przesuwały się z wolna jakby chciały jak najdłużej skupić na sobie uwagę. Szkielety budowanych statków niczym statki widmo żegnały pasażerów stając się ostatnim obrazem, jaki zapada w pamięci. Jednak i one ostatecznie zniknęły. Zniknęła Gdynia gdzieś za horyzontem pochłonięta przez wody Bałtyku, a prom rozpruwając fale wypłynął na pełne morze. Zapadła noc, więc podróż szybko minęła. Gdy się rano obudziłem właśnie zbliżaliśmy się do wybrzeży Szwecji, o czym świadczyły charakterystyczne skalne wysepki porozrzucane wzdłuż brzegu, niczym pułapki zastawione na przypływające statki.
Powitanie, jakie zgotowała mi Skandynawia do gorących nie należało. Ciemne złowrogo wyglądające chmury, które grubą warstwą przykrywały niebo, sprawiały wrażenie, że zaraz zwalą się przybyszom na głowy. W przeciwieństwie do aury celnik uśmiechnął się i życzył miłego pobytu na terenie Szwecji. Sam do końca nie wiem, czy chciał wyrazić pewne uznanie na widok mojego roweru, który był obładowany jak wielbłąd w karawanie, czy też było w tym trochę ironii, ale przynajmniej on wysłał jakieś pozytywne fluidy.
Im dalej od wybrzeża tym droga co raz bardziej zmieniała swoje oblicze, pokazując od czasu do czasu pazurki. Stawała się pofalowana bardziej niż wody Bałtyku podczas rejsu do Karlskrony, a ja niczym łódeczka targana przez rozwścieczone fale znajdowałem się raz na dole, raz na górze. Najbardziej taki nierówny i szarpany rytm jazdy dawał się we znaki pierwszego dnia. Do połowy zaplanowanego dziennego limitu 125 kilometrów jechało się całkiem znośnie. Niestety w pewnym momencie do głosu zaczynało dochodzić zmęczenie wcześniejszą kilkugodzinną jazdą pociągiem i bieganiem z całym ekwipunkiem po schodach z jednego peronu na drugi. Jak się później okazało nie pozostało to zupełnie bez znaczenia i osłabiło mój organizm na samym początku. Nagle poczułem się jakby ktoś wyłączył mi zasilanie. Bardzo dziwne było to uczucie, bo zwyczajnie nie miałem żadnej mocy w nogach, które zrobiły się jak z waty. Co raz częściej się zatrzymywałem, a naciskanie na pedały przypominało syzyfową pracę, bo tempo jazdy i tak pozostawało opłakane. Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że jadąc niemal zasypiałem na rowerze. Okropnie się czułem tego pierwszego dnia wyprawy. Teraz mogę powiedzieć, że był to najgorszy dzień podczas całej 45 dniowej podróży, jeśli chodzi o jakieś objawy zmęczenia. Z trudem dociągnąłem tego dnia do 125 kilometrów, chociaż na sam koniec jechało mi się znacznie lepiej. Szybko znalazłem kawałek pola gdzie mogłem rozbić namiot. Jedyne, o czym wtedy marzyłem to zasnąć i wypocząć, aby być gotowym do dalszych rowerowych zmagań, bo zakończony dzień nie napawał optymizmem.
| Wyprawa trwała 45 dni (do tego dwa dni jazdy pociągami w Polsce). W tym 43 dni jazdy na rowerze, jeden dzień spędzony na Nordkappie i jeden w Nynashamn, kiedy zrobiłem sobie przerwę od pedałowania. W tym czasie przejechałem 5853,9 kilometrów, co dało średnią 136,1 km na dzień |
Drogi w Szwecji są bardzo dobrze oznakowane, a drogowskazy czytelne, więc nie miałem problemów z poruszaniem się po właściwej trasie. Nie zdarzyło mi się błądzić do czasu aż wjechałem do Trollhattan. W mieście jest duży most zapewniający przejazd na drugą stronę rzeki, po którym niestety nie mogą poruszać się rowerzyści. Poinformował mnie o tym przejeżdżający, jak na złość, patrol policji, gdy właśnie miałem zamiar wjechać na most. Policjant z brodą i w ciemnych okularach, niczym wyjęty z amerykańskich filmów, był na tyle uprzejmy, że wskazał mi inną drogę i … od tego momentu zaczęła się wielka włóczęga i błądzenie. Jeździłem w jedną i w drugą stronę robiąc w tym mieści ponad 25 kilometrów i tracąc czas, a mostu nie było i nie było. Wreszcie znalazłem jakiś mostek, który bardzie przypominał kładkę i przekroczyłem rzekę. Przynajmniej tak mi się wydawało. Moja radość nie trwała zbyt długo, bo jak się po chwili zorientowałem, znalazłem się na wyspie. Cała zabawa w poszukiwaniu przejścia zaczęła się więc od nowa. W końcu przedostałem się na drugi brzeg rzeki i wyjechałem z miasta. Kosztowało mnie to jednak sporo czasu i nerwów, a wszystko przez jeden patrol policji, który musiał być we właściwym miejscu i we właściwym czasie.
Przez Szwecję jechałem cztery dni i jak się później okazało był to dobry wybór, że rozpocząłem moją podróż w Karlskronie. Lekkie podjazdy i kilkaset kilometrów było dobrą zaprawą przed zdecydowanie bardziej wymagającym terenem w Norwegii. Gdybym poleciał samolotem z Warszawy do Oslo, jak miałem w planach, i niemal od razu wjechał w góry to zapewne spotkałyby mnie spore problemy żeby podołać trasie. A tak, rozgrzewka w Szwecji bardzo się przydała i mogłem ponadto poznać kawałek niezwykle malowniczego kraju.
Newer news items:
- 17/11/2008 01:00 - Rowerem od Bałtyku po fiordy
- 03/07/2008 00:00 - Rowerowa próba sił
- 02/11/2007 01:00 - Na rowerze przez Norwegię
- 20/09/2007 01:00 - Bajki o Norwegii część druga
- 26/12/2006 10:44 - Moje Styrkeproven 2006
Partnerzy Norwegofila: Polish language courses




Komentarze
pelen podziwu,
Nie wyobrażam sobie przejechania tak gigatycznej odległości.
Ja na Nordkapp startuję rowerem z Narvika, kończę w Mo i Rana. Mam tylko 2 tygodnie urlopu
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.