nor_wypDojazd, granica

Sprawa dojazdu do Norwegii, w naszym przypadku, właściwie odpadła. Ponieważ jechaliśmy z Finlandii - przekroczenie granicy było czystą formalnością. Do granicy w miasteczku Karigasniemi dojechaliśmy stopem i można powiedzieć, że szczęście nam dopisywało. Dlaczego?

Z prostej przyczyny: na północy Finlandii bardzo trudno jest złapać okazję, czasem trzeba stać na drodze dobrych kilka godzin.

Autor relacji:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
l_boru.gif
oKasi
oKasi.gif

Termin:
lato 2001

Więcej na:
http://www.plecak.host.sk/

Odwiedź stronę autora:
Agencja reklamowa Flamingstudio

Wyślij komentarz
Napisz do autora tekstu lub redakcji Norwegofila
Przyczyny tego stanu należy upatrywać przede wszystkim w małej liczbie jadących samochodów oraz fakcie, że 9/10 samochodów przejeżdżających w ciągu godziny to miejscowi, którzy i tak nam nie pomogą nawet jeśli by chcieli. My swojego 'złotego' stopa do granicy złapaliśmy całkiem przypadkiem i można by powiedzieć, że to on nas złapał, a już na pewno zauważył pierwszy i na dodatek po nas zawrócił (tak to już jest: jeśli ktoś chce zabrać stopowiczów to ich zabierze bez względu na sytuację, miejsce w którym ma stanąć itp.).

Przejście w Karigasniemi wygląda jak każde inne, prawdopodobnie jednak, jak sądzimy z własnego doświadczenia, nie sprawdzają tam paszportów, właściwie to o nic nie pytają. Ogólnie rzecz biorąc przekraczanie granicy między Finlandią a Norwegią należy do przyjemności i często przypomina przekraczanie granic UE na kontynencie.

Pierwszy noclegPierwszy nocleg w Norwegii urządziliśmy sobie na wzgórzu ok. 5 km od granicy, gdzie zapoznaliśmy się z norweskimi komarami. Oczywiście nocowanie w obrębie pasa przygranicznego jest zabronione, ale ponieważ nie mieliśmy ani wcześniej ani później żadnych kłopotów z tym związanych, nie sądzimy żeby na Dalekiej Północy stanowiło to jakiś problem. łapiemy stopa do KarasjokNastępnego dnia musieliśmy przejść jakieś 20 km zanim złapaliśmy okazję do Karasjok. Na szczęście nie padało i nie było zbyt zimno, jednak o zdjęciu kurtek nie było mowy.

 

Karasjok, Lakselv

Karasjok to nieduże miasteczko, ale bardzo 'przydatne' dla podróżników. Posiada dość dobrą informację turystyczną i muzeum Samów (Lapończyków). To właśnie w Karasjok można się po raz pierwszy zapoznać z kulturą Samów (my tak właśnie zrobiliśmy) i z ich odrębnością narodową, którą starają się do dzisiaj zachować. Ponieważ nieco nam się spieszyło, nie zatrzymywaliśmy się w Karasjok na dłużej tylko wybraliśmy się w dalszą drogę. Problem łapania stopa w Północnej Norwegii przedstawia się podobnie jak na północy Finlandii. Niewielka różnica polega na tym, że po norweskich drogach jeździ więcej samochodów, przybywa turystów, ale w większości są to albo motocykle albo karawaningi (rzadko zabierające). Poza tym pogoda jest podobna do tej fińskiej, skutecznie zniechęcającej do stania na drodze, a także kierowcy mniej chętnie biorą takie zmokłe kury (tapicerka, te sprawy). Czasem lepiej przejść kilka kilometrów żeby nie zamarznąć.

Wracając do nas; nie czekaliśmy zbyt długo (1h) i jednym susem, przewiezieni przez rodowitego Lapończyka, dostaliśmy się do Lakselv. Lakselv to podobno takie większe miasteczko, jak na Północ Finlandii (z lotniskiem) ale nie dane nam było je poznać. Zaraz po wyjściu z samochodu udaliśmy się na drogę wylotową w kierunku Nordkappu i tam spędziliśmy następne 5h. Początkowo biernie przyglądaliśmy się przejeżdżającym co 15 min samochodom, po godzinie ruszyliśmy jednak przed siebie. Po przebyciu 15 km rozbiliśmy namiot nad brzegiem fiordu. Byliśmy trochę zmęczeni, chociaż z drugiej strony bardzo zadowoleni z tempa w jakim się przemieszczaliśmy.


Droga na Przylądek, Mageroya

Kolejny dzień od naszej przejażdżki stopami bardzo się dłużył. Trasa Lakselv - Olderfiord nie jest zbyt uczęszczana, jeśli już to przez miejscowych. Przejechanie tego odcinka zajęło nam z 10h, małymi kroczkami. Na szczęście gdy tylko wylądowaliśmy na głównej drodze Alta - Nordkapp od razu złapaliśmy stopa aż do Wyspy Mageroya. Notabene zabrała nas amerykańska wczasowiczka, która właśnie jechała na lotnisko wynajętym samochodem. Już wkrótce okazało się, że mieliśmy dużo szczęścia. Ponieważ Wyspę Mageroya ze stałym lądem łączy ok. 8 km tunel i myślę, że niezbyt przyjemnie byłoby przechodzić go pieszo. Gęsta mgła i duża różnica wysokości (tunel schodzi pod dno cieśniny) na pewno daję się we znaki.

Ale my, jak już pisałem, szczęśliwie dostaliśmy się na drugi koniec, a tam czekała na nas niemiła niespodzianka. Za przejazd tunelem oraz wjazd na wyspę pobierana jest opłata. Dokładnie nie pamiętam ile to było, z pewnością powyżej 40 pln od osoby. Może nie jest to jakaś duża kwota, jednak my mieliśmy wtedy przy sobie ok. 160 pln (+ kasa na prom Helsinki - Tallinn). Udało nam się uniknąć opłaty - niestety za cenę opuszczenia środka transportu (to i tak taniej). Jeśli chcemy uniknąć kłopotów z opłatami zalecam opuszczenie samochodu zaraz po wyjechaniu z tunelu (20m) i przejście odcinka do bramek pieszo (albo na około - dla mniej odważnych). Co ważne, jeśli umawiamy się z kierowcą na spotkanie po drugiej stronie bramek, koniecznie należy zabrać bagaże z samochodu, ponieważ kasjerzy nie omieszkają zmusić naszego dobrodzieja do uiszczenia za nie opłaty (aż tacy głupi to oni nie są).

Ponieważ musieliśmy pożegnać się z naszym przewoźnikiem, a było już dość późno (oczywiście czasowo, na tej szerokości geograficznej w lipcu nie ma mowy o zmroku, czy czymś takim - jest widno i już), postanowiliśmy sobie gdzieś przenocować. Okolica była piękna, szybko znaleźliśmy niewielką rzeczkę, co by się można wykąpać. Woda może i była zimna a temperatura powietrza nie większa niż 5'C, ale kto nie lubi być czysty? Tak więc wykąpaliśmy się i poszliśmy spać. 1 noc na Wyspie Mageroya

Na drugi dzień zorientowaliśmy się dość niespodziewanie że od dłuższego czasu nie widzieliśmy żadnego drzewa. Sprawa okazała się dość poważna, do tego stopnia, że drzew nie widzieliśmy przez następny tydzień. Właściwie to nie było żadnej roślinności wyższej niż 10 cm. Dla kogoś nie przyzwyczajonego do takiego bezroślinnego krajobrazu taka sytuacja może wydawać się dość dziwna.

Właściwie cały dzień szliśmy sobie w kierunku Nordkappu (nie licząc małego podjazdu). Pogoda była ładna, robiliśmy zdjęcia, właściwie nie było na co narzekać.

Idziemy do Honningsvag  osada rybacka
renifery  

Czasem warto sobie trochę pochodzić i zdystansować się od upływającego czasu, takie stanie na ulicy i łapanie stopa na dłuższą metę jest bardziej męczące niż spokojne chodzenie. No ale jakoś trzeba się przemieszczać na duże odległości. I właśnie tak sobie chodząc i rozmyślając na tematy egzystencjalne odkryliśmy bardzo tajemnicze zjawisko. Mianowicie plamy na drogach. Plamy były wszędzie, raz z lewej raz z prawej, czasem świeże, a czasem już zaschłe. Wyglądały trochę jak rozlany olej, ale skąd tyle oleju na norweskich drogach? Odpowiedź okazała się prosta, aczkolwiek długo nam zeszło aż na nią wpadliśmy. Winowajcami okazały się renifery, które nic sobie nie robiąc beztrosko sikały na drodze. Nie dość, że co chwila z zaskoczenia na nią wbiegały, to często przystawały żeby dokonać tego haniebnego czynu. Jednego nawet przyłapaliśmy.

Nordkapp

Jeśli znajdziemy się na Wyspie Mageroya, dotarcie na Nordkapp nie powinno przysporzyć nam większych problemów. Niestety złapanie stopa bezpośrednio na Przylądek jest bardzo trudne. Dzieje się tak dlatego, ponieważ prawie wszystkie samochody zmierzające w tym kierunku to turyści jadący na Przylądek. Caravany nie zabierają stopowiczów (nas tylko raz w życiu) a cała reszta 'widząc' cel swojej podróży, widocznie nie chce się już zatrzymywać. My drogę od wylotu tunelu do przylądka pokonaliśmy w kilku etapach. Ogólnie te ostatnie 40 km przejechaliśmy trzema samochodami (przewiezieni przez miejscowych), a i tak musieliśmy przejść ze 20 km.

droga na Nordkapp jeszcze pieszo
na ciężarówce fiordy na Nordkappie
namiot (jeszcze go widać) kąpiel w Morzu Barentsa
globus na Nordkappie widok z Nordkappu

Docierając na Nordkapp musimy uważać na pułapkę zastawioną przez żądnych zysku Norwegów. Oficjalny wjazd, a nawet wejście w strefę Nordkappu jest płatne (prawdopodobnie ok. 70 pln). Jednak w dziecinnie prosty sposób możemy ominąć budki wjazdowe i dostać się na Przylądek za darmo. W tym celu należy: Widząc bramki dla samochodów cofamy się kilkaset metrów, aż do początku wzniesienia. Następnie idziemy na wschód ok. 150m - 200m, skręcamy w lewo i podchodzimy pod górkę w kierunku północnym. Dalej idziemy cały czas grzbietem wzniesienia prosto na północ ok. 500m, aż dojdziemy do końca wyspy. Kiedy naszym oczom ukażą się przepiękne fiordy albo wyczujemy je przez mgłę, skręcamy w lewo i wzdłuż granicy fiordu (przepaści) idziemy na zachód, aż do globusa na Przylądku, idziemy z powrotemewentualnie budynków. Myślę, że nikt nie powinien obawiać się złapania przez strażników (bo takich nie ma), poza tym ten niecny proceder omijania kas uprawia sporo turystów, nawet tych 'bogatych'. Taka postawa lekko anarchistyczna, widać, jest bardzo modna, przede wszystkim na zachodzie i nikt nie będzie nas piętnował za niezapłacenie wjazdowego. Z drugiej strony, mgła (chmury) panująca na Nordkappie przez większą część roku skutecznie uniemożliwia zobaczenia czegokolwiek na odległość pow. 10m (radzę dobrze zapamiętać drogę do namiotu). Jeśli zamierzamy zostać na Przylądku przez kilka dni, proponuje rozbić namiot gdzieś przed wzniesieniem, zresztą jak ktoś przejedzie całą Norwegię to będzie wiedział gdzie rozbić namiot.

Nasz pobyt na Przylądku Północnym trwał 6 dni i w ciągu tego czasu zdążyliśmy cholernie zmarznąć. Temperatury panujące na samym krańcu Norwegii nie należą do najwyższych i 15'C w lipcu można uważać za upał. Niestety nawet przy 20'C (w słońcu) bardzo zimny wiatr i tak będzie nam uniemożliwiał zdjęcie grubszych rzeczy. Co do wilgotności na Nordkappie to lepiej nie mówić. Deszcz właściwie pada bardzo rzadko, ale chmury przemieszczające się bardzo nisko i tak nasączają wszystko wodą. Przez cały czas w powietrzu unosi się deszczowa mgiełka, która powoli opada i opada. Widoczność także pozostawia wiele do życzenia. Ciągła mgła nie pozwala na robienie zdjęć i skutecznie ogranicza pole widzenia. Sytuacja jest do tego stopnia trudna, że my, przepiękny krajobraz za naszym namiotem 'odkryliśmy' dopiero po 4 dniach. Wcześniej absolutnie nie wiedzieliśmy co się za nim znajduje, a nasze wycieczki po okolicy ograniczały się do poszukiwania drogi od globusa do namiotu. odpoczywamy

Jak można się już domyśleć wszystkie nasze zdjęcia z Nordkappu powstały właśnie w ostatnich dwóch dniach, przy pięknej pogodzie. Mieliśmy po prostu dużo szczęścia. Oczywiście skorzystaliśmy z pogody nie tylko robiąc zdjęcia, ale także postanowiliśmy się wykąpać. Miejsce do kąpieli 'samo się nam znalazło' kiedy pewnego dnia wyszliśmy z namiotu i ujrzeliśmy piękne fiordy tuż za nim. Natychmiast poszliśmy obejrzeć z bliska nowe odkrycie - miejsce naszej kąpieli. Może dotarcie na dół nie należało do najłatwiejszych, ale czego się nie robi dla higieny. Sama kąpiel, cóż, nie należała do najprzyjemniejszych. Morze Barentsa jest bardzo zasolone a co najgorsze potwornie zimne. Tutaj Golfsztrom nie oddziałuje już tak bardzo i woda w morzu może mieć najwyżej 3'C. Mnie udało się pływać w takich warunkach przez 20s. i nie sądzę, żeby ktoś ('normalny') był w stanie wytrzymać powyżej 1 min, bez uszczerbku na zdrowiu (życzę powodzenia). Niemniej jednak udało nam się jakoś wykąpać i szczęśliwi wróciliśmy do robienia zdjęć: globusowi, reniferom, krajobrazom, fiordom.niby lapończycy

Niestety po 6 dniach przebywania na Nordkappie musieliśmy go opuścić. Zdążyliśmy już poważnie zmarznąć, rzeczy nam zawilgotniały, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że trzeba uciekać. No więc uciekliśmy. Ponieważ z transportem było krucho, poszliśmy sobie pieszo aż w okolice Skarsvag, gdzie przenocowaliśmy. Po drodze odkryliśmy, że z tym Nordkappem to jakaś kicha, bo cypel widoczny na zdjęciach 17 i 24 jest dalej wysunięty na północ. A sam Nordkapp jest uważany za kraniec Europy tylko ze względu na swoje walory widokowe. No cóż, tak to już jest. Oczywiście inną sprawą jest to, że zarówno Nordkapp jak i wspomniany cypel leżą na wyspie, ale kogo to obchodzi. Idąc drogą udało nam się zobaczyć 'niby wioskę lapońską', właśnie otwartą dla niemieckich turystów podróżujących autokarem. Ogólnie nic specjalnego, ale jakoś trzeba zarabiać na życie.

tunel na Mageroye wychodzimy z Alty
przestrzeń na płaskowyżu hobby Norwegów

W drodze do Alty

Kolejny dzień powrotu upłynął nam bardzo szybko, rano złapaliśmy stopa, którym dotarliśmy aż do Alty. Zabrał nas Szwajcar podróżujący po Skandynawii. Oczywiście nie obyło się bez niemiłej niespodzianki i w efekcie musieliśmy zapłacić za przejazd tunelem. Pomimo tego, że wysiedliśmy wcześniej z samochodu, wzięliśmy plecak i poszliśmy pieszo aż do początku tunelu. Wszystkiemu winny okazał się drugi plecak pozostawiony w samochodzie, na podstawie którego kasjerzy kazali zapłacić za nas owemu Szwajcarowi. I nie było by to problemem jeśli mielibyśmy pieniądze, a tak po wyrównaniu rachunków pozostało nam ok. 140pln + kasa na prom Helsinki - Tallinn, czyli 300 pln. Razem ok. 440 pln, co nie dawało nam żadnych szans na przejazd jakimkolwiek płatnym środkiem transportu aż do granicy polskiej.

W samej Alcie zabawiliśmy przez chwilę chociażby z racji tego, że nie wiedzieliśmy dokąd iść. Na szczęście jakimś cudem wpadliśmy na informację turystyczną, gdzie, co w Norwegii jest regułą, dowiedzieliśmy się dosłownie wszystkiego o naszej dalszej trasie podróży. Pod tym względem Skandynawia oferuje nam naprawdę duży komfort. Ilekroć człowiek wchodzi do informacji turystycznej tylekroć wychodzi z niej kompletnie poinformowany, z zestawem najróżniejszych mapek i folderów. Wszystko oczywiście za darmo. W informacjach istnieje także możliwość skorzystania z internetu 1/2h - ok 15pln, my nie skorzystaliśmy...


Także w Alcie udało nam się dokonać zaskakująco korzystnych zakupów. W jednym z marketów obok stoiska z bułkami (10 w cenie 15 pln) znaleźliśmy lekko nadpsute banany. W sumie jak na nasze warunki to nie były wcale popsute ale widocznie w Norwegii czarna wysypka na bananach traktowana jest jak trująca zaraza. Korzystając z okazji kupiliśmy dwa pięciokilowe woreczki w cenie ok. 5pln jeden. Poza tym jedynym produktem na jaki było nas stać okazała się fasolka (kosztowała tyle co u nas), więc nabyliśmy dwie puszeczki. Ogólnie rzecz biorąc ceny na północy Norwegii nie są jakoś przerażająco wysokie i nie należy popadać w panikę. Oczywiście raczej nie kupimy pieczywa, gdyż jego koszt jest kilkakrotnie wyższy niż w Polsce. Natomiast wszystkie inne pakowane produkty będziemy mogli znaleźć w cenie luksusowych zachodnich produktów dostępnych w polskich sklepach, no może 20% drożej. Zdarzają się także artykuły całkiem tanie, można by powiedzieć, posiadające uniwersalną cenę we wszystkich krajach. I na pewno będzie to amerykańska kukurydza w puszce, włoskie pomidory w puszce, fasolka, nutella itp.


Po zakupach i objedzie złożonym z ogromnej ilości bananów ruszyliśmy w dalszą drogę. Pierwszym jej etapem miało być wydostanie się z Alty. Nie przyszło nam to z łatwością, pomimo posiadania niezłej mapy. Alta mimo niewielkich rozmiarów okazała się całkiem pokaźna. Przede wszystkim dlatego, że zabudowania rozciągają się na wiele kilometrów wzdłuż dróg wylotowych. A ponieważ chcieliśmy wyjść na otwartą przestrzeń i dopiero tam zanocować dość długo szliśmy w poszukiwaniu końca miasteczka. W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że nie uda nam się ominąć prywatnych posiadłości jeszcze tego dnia i będziemy musieli zapytać o pozwolenie na nocleg w czyimś ogrodzie. W Norwegii nie ma z tym absolutnie żadnego problemu i nie powinniśmy zastanawiać, tylko pytać. Jednak dla nas większą przyjemność stanowi nocleg na dziko na otwartej przestrzeni niż w czyimś ogrodzie, ale to już taki nasz kaprys. Na szczęście po kilku minutach siedzenia na przy drodze zostaliśmy zgarnięci przez pewną Norweżkę, która sama z własnej inicjatywy użyczyła nam swojego ogrodu. W takich sytuacjach grzechem było by odmówić, przynajmniej mogliśmy się wykąpać w ciepłej wodzie.

Rano, kiedy wstaliśmy nie spotkaliśmy żywej duszy. Dom był już pusty. W ogrodzie ani pobliskich zabudowaniach nie było nikogo. Na podwórku stały nie zapięte rowery, jednym słowem inny świat. My także wkraczaliśmy w inny świat. Wreszcie dotarliśmy do drugiego celu naszej podróży, czyli chodzenia szlakami po górach. Jak się wkrótce okazało nie jest to wcale taka prosta sprawa i doświadczenia z gór polskich, czy nawet rumuńskich na niewiele się przydawały. Jedyne co mogło nas przygotować do przemierzania szlaków w Północnej Norwegii to zimowe wyjazdy w Gorce i Beskidy pod namiot...

Na szlaku Alta - Suosjavrre

pierwsze rzeczki, zimno porosty, symbol Alty
komary dużo komarów



Ogólnie o górach

Oczywiście mają rację Ci wszyscy, którzy uważają, że nazywanie terenu między Altą a Karasjokiem górami jest przesadą. Jest to raczej ogromny płaskowyż, położony na wysokości nie przekraczającej 800 m n.p.m. Inną sprawą jest to, że wędrówkę rozpoczynamy z poziomu morza, co daje nam względne wrażenie wysokości. Ogólnie rzecz biorąc góry czy też pagórki leżące w Finnmarku między Altą a Karasjokiem możemy porównać do naszego Beskidu Niskiego. Musimy tylko wykasować drzewa, dodać trochę płaskowyżu, obniżyć temperaturę dla lipca do ok. 5'C + przymrozki w nocy, rozciągnąć widok na ogromną pustą przestrzeń, dołożyć bardzo mroźny arktyczny wiatr, deszcz co najmniej raz dziennie, czasem non stop przez kilka dni, aha i co najważniejsze, dziesiątki jezior, strumyków, rzek, które trzeba przekraczać no i oczywiście bagna i mokradła w których będziemy się taplać kilka razy dziennie.

Rzeźba terenu

Rzeźba terenu jaką napotkamy na szlaku jest bardzo specyficzna i zarazem charakterystyczna. Pierwszy etap wędrówki, mniej więcej od Alty do Jotki, to raczej płaskowyż niż góry. Rozciąga się on na ogromnej przestrzeni. Przebycie go nie stanowi jakiegoś większego problemu. Możemy liczyć nawet na to, że będziemy mieli przez cały dzień chodzenia suche buty. Tereny podmokłe zdarzają się rzadko a i tak można je omijać. Natomiast od Jotki rozpoczyna się prawdziwie mordercza zabawa. Ukształtowanie terenu zaczyna się zmieniać i przybiera formę moren polodowcowych, które przecinają poprzecznie cały teren. Nasza wędrówka będzie przebiegała z góry w dół i tak w koło. Przy czym za każdym razem wchodząc w dolinę będziemy brodzić w mokradłach, niekiedy można je jakoś ominąć ale najczęściej nie ma takiej możliwości. Czasem grunt zapada się tylko na 5 - 10cm a czasem powyżej 20cm. Ogólnie jest rockendrollowo a miejscowi chodzą po szlakach w kaloszach. My z uwagi na ciężar proponujemy jakieś otwarte gumowe buciki, sandały - w sklepach turystycznych jest ich od liku, które warto zakładać na czas przechodzenia przez mokradła, czy rzekę. W ten sposób mamy szansę uniknąć przemoczenia podstawowego obuwia.

Szlak Alta - Jotka
w przygotowaniu

Szlak Jotka - Suosjavrre
w przygotowaniu

zbieramy niutron ostatnie chwile w Norwegii, łapiemy stopa do Finlandii
 

Do Finlandii, granica
Ostatni etap naszej podróży po Norwegii był już tylko cieniem tego co działo się wcześniej. Po wyjściu z bagien i wzgórz prosto na Suosjavrre wiedzieliśmy, że nic złego nie może nas już spotkać. Co prawda samo wydostanie się ze szlaku na główną drogę zajęło nam co najmniej 1 h (trochę zabłądziliśmy wśród ogrodzeń i podmokłych terenów, a w efekcie i tak musieliśmy przejść przez to, co wydawało nam się wcześniej najgorszą możliwością - ok. 100m w błocie i wodzie powyżej kostek), ale już na asfalcie poczuliśmy, że wreszcie mamy za sobą chodzenie po bagnach, przekraczanie rzek, komary i nocne przymrozki. Cóż, rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze początkowe pozytywne odczucia i już po 15 min stania na głównej drodze zamarzaliśmy z każdym powiewem mroźnego wiatru. Po raz kolejny dotarła do nas stara prawda, że gdy się idzie nawet przemoczone buty nie przeszkadzają, gorzej jeśli się człowiek chociaż na chwilę zatrzyma.

Po 2h godzinach stania na drodze, przemarznięci na kość i przemoczeni, postanowiliśmy rozbić sobie nieopodal namiocik. Na szczęście pod tym względem Norwegia oferuje niemal nieograniczone możliwości więc już po chwili znaleźliśmy świetne miejsce na namiot.

Cały następny dzień upłynął bardzo szybko. Rano przywitało nas piękne słońce, było ciepło (z 15 st. C). Samochody zatrzymywały się jak na życzenie. Najpierw zabrał nas Holender z polską przyczepą kempingową, potem ze słonecznej drogi zgarnęła nas pewna 'niekumata' Finka, która zdawała się nie do końca wiedzieć co robi (jej mały opel agila był już dostatecznie wypełniony bez nas). Ponieważ nie mogliśmy się z nią za nic dogadać - jazda bardzo się dłużyła, ale w efekcie właściwie nie zauważyliśmy granicy. I tak znaleźliśmy się z powrotem w Finlandii.

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Wypoczynek w Norwegii

Telefon z Norwegii

Hotele w Norwegii

Znajdz na trivago Hotele w Oslo
Polecamy:  Norwegia oficjalny przewodnik