Moja rowerowa podróż do i po Norwegii odbyła się między 14 lipca a 1 sierpnia 2005 roku. Zaplanowana droga wiodła od Narviku, przez Wyspy Lofoty, Trondheim, Drogę Troli, Drogę Orłów, fiordy (m. in. Geirangerfjorden, Sognefjorden), lodowiec Jostedalsbreen, Góry Jotunheimen, Bergen po Oslo.
|
Relacja została nagrodzona w konkursie wakacyjnym portalu Norwegofil.pl i wydawnictwa Edgard |
Norwegia, jako pomysł na spędzenie letnich wakacji na rowerze zrodził się w mojej głowie około marca 2005 roku. Przeglądając strony internetowe natknąłem się na relacje
z ‘rowerowania’ po Skandynawii. Czemu by nie spróbować - pomyślałem i zacząłem wstępne przygotowania. Przeglądałem mapy i przewodniki, wybierałem trasę i najciekawsze miejsca. Jednak do spełnienia marzenia była jeszcze daleka droga. Trzeba było wziąć urlop w pracy i pomyśleć o kompanie na wycieczkę. Tak się złożyło, że dostałem 13 dni, co z dniami wolnymi urosło do dni 19. Trochę mało, ale nie ma co narzekać: rower, pociąg, autobus i prom mogą stanowić ciekawe połączenie, szczególnie na dość napięty plan, który miałem nadzieję zrealizować
w 100%.
Koniec końców jadę sam. Jak się później okazało miało to też swoje zalety. Mój sprzęt to rower górski, z tyłu dwie sakwy oraz plecak na plecy - bardzo duży błąd - o czym szybko się przekonałem. Ale po kolei.
DZIEŃ 1 – 14.07.2005 – dystans 20.26 km
Pierwszym etapem podróży był przejazd pociągiem z Warszawy do Gdańska. Od momentu wysiadki z pociągu do przystani promowej jechałem w towarzystwie dwóch młodych Polaków, którzy także zapakowani w sakwy zmierzali do Szwecji. Jadąc jeszcze przez centrum Gdańska wysunął mi się namiot i butelka wody spod mocujących gum i koncertowo wyleciały na ulicę. Kosztowało mnie to kilka nerwowych gestów ze strony kierowcy autobusu, który jechał za mną. Na szczęście sprawnie wszystko udało się pozbierać i ruszyliśmy dalej. Była to jednak pierwsza nauczka, aby sprzęt był solidnie zamocowany na bagażniku.
W porcie bez problemu wjechaliśmy na pokład naszego promu (M/F Scandinavia) relacji Gdańsk – Nynäshamn, gdzie zająłem miejsce w fotelu lotniczym przy oknie, na pokładzie nr 10. Jest to najwyższy pokład, a stąd fajny widok na Bałtyk, szczególnie piękny był zachód i wschód słońca.
DZIEŃ 2 – 15.07.2005 – dystans 84.22 km
Po opuszczeniu promu w Nynäshamn i szybkiej odprawie ruszyłem w stronę Sztokholmu. A w zasadzie ruszyliśmy, ponieważ młodzi Polacy też w tym kierunku zmierzali. Kilka kilometrów za Nynäshamn skręciliśmy w lewo kierując się na miejscowość Vårsta. W tejże miejscowości młodzi Polacy odbili w lewo, ja natomiast jadąc przez Tumbe, Huddinge dotarłem do centrum Sztokholmu. Odcinek ten jechało się bardzo przyjemnie, droga w ogóle nie męczyła, od czasu do czasu kropił niewielki deszczyk. Przed samym Sztokholmem ze trzy razy pomyliłem drogę, ale niezrażony kolejnymi zawrotkami szczęśliwie dotarłem na dworzec kolejowy.
Pierwszą sprawą było załatwienie biletów na pociąg do Norwegii, konkretnie do Narviku. Na dworcu sprzedawca w kasie najpierw oświadczył, że na dziś nie ma już wolnych miejsc (nawet w drugiej klasie), ale po krótkiej konwersacji sprzedał bilet. Pociąg Connex, relacji Sztokholm – Boden – Narvik.
Miałem jeszcze około 2 godzin na szybkie zwiedzenie miasta. Najstarsza część Sztokholmu jest rewelacyjna, ratusz, opera, niemal każdy budynek chce się fotografować. Dopełnieniem była poprawa pogody i wspaniała tęcza rozpościerająca się nad miastem. Resztę Sztokholmu zostawiam sobie na drogę powrotną.
Na koniec dnia zostało jeszcze zapakować się do pociągu. Odnalazłem peron, przygotowałem rower do transportu (zdemontowałem przednie koło, zapakowałem wszystko w pokrowiec) i czekam, czekam, czekam. Pociąg miał opóźnienie, prawie godzinę. Co więcej, w tak zwanym międzyczasie, została podana informacja, że pociąg podjedzie na inny peron. Szkoda, tylko, że jedynie w języku szwedzkim... Musiałem zebrać wszystkie graty i powędrować za wszystkimi na wskazany peron.
Ruszyliśmy. Na rower znalazłem taki fajny kącik, a że było tam sporo miejsca usiadłem sobie na śpiworze mając wszystko na oku (przyzwyczajenia z podróży PKP). Jednak przyszła pani konduktor, sprawdziła bilet i powiedziała, że nie mogę tak tu siedzieć, bo będę miał niekomfortową podróż :) Koniec końców znalazło się jakieś miejsce i usiadłem w fotelu.
DZIEŃ 3 – 16.07.2005 – dystans 40.68 km
Jazda do Boden upłynęła całkiem przyjemnie. Teraz czas na przesiadkę do Narviku. Wypakowałem się z całym dobytkiem na peron i czekam. Podjechał pociąg, ja zaczynam gramolić się do środka i... no właśnie, przyszła pani konduktor i oznajmiła, że z rowerem do pociągu nie wejdę. Niby wiedziałem, że koleje szwedzkie rowerów nie przewożą, ale wiadomo, zawsze się liczy, że nie będzie problemów. Tym razem były, mimo, że wszystko było w pokrowcu. Pani zrobiła surową minę i na nic pomagały moje prośby. Czas uciekał, niewiele minut pozostało do odjazdu, aż w końcu moje błagania przyniosły skutek. Pani delikatnie się uśmiechnęła, powiedziała, że chyba nie czytałem regulaminu i poleciła wstawić rower do swojego przedziału służbowego. Sama podróż do Narviku upłynęła już bez przeszkód. Po godz. 18 wypakowałem się na stacji i zacząłem składać rower w jedną całość.
Wreszcie jestem w Narviku. Pokręciłem się dość długo po mieście, poszukałem śladów upamiętniających walki polskich żołnierzy, zrobiłem kilka fotek i nadszedł czas ruszać w drogę. Nie padało, ale ulice były mokre. Jeszcze w Polsce, sprawdzając prognozy na najbliższe dni dla Lofotów i okolic nie wyglądało to najlepiej, miało padać i to sporo. Na razie nic z nieba nawet nie kropiło, dlatego postanowiłem jeszcze kawałek tego dnia przejechać. Na tym etapie podróży moim celem było przejechać od Narviku przez Lofoty po miejscowość Å. Jechałem do około godz. 22, jednakże chłód był już dość dokuczliwy, a do tego moje zmęczenie i niewyspanie też dawało znać o sobie. Postanowiłem poszukać miejsca na pierwszy nocleg pod namiotem. Rozbiłem się niedaleko drogi na parkingu, przy jakiś samochodach kempingowych.
Od rana piękna pogoda, słonecznie, tylko czasami przenikliwy wiatr prosto w twarz. O widokach nawet nie piszę, gdyż trzeba je zobaczyć na własne oczy. Zjazdy i podjazdy (niektóre dawały w kość), piękny kolor wody, wspaniały most, a pod koniec dnia najdłuższy, jak na razie tunel (2,2 km).
Na jednej ze stacji benzynowych dostałem kubek kawy za darmo :). Spędziłem też kilka sympatycznych chwil na pogawędce z parą Szwedów podróżujących na motorze. Kilka kilometrów przed Sortland znalazłem rewelacyjną miejscówkę na nocleg.
Przed godz. 6 siedziałem już na rowerze. Jechało się dobrze, pogoda nadal dopisywała. Po przepłynięciu promem na Lofoty, pewna odmiana. O ile, jak dotąd nie widziałem żadnego rowerzysty z sakwami, tak dziś podróżujących w ten sposób widziałem całkiem sporo. Jedni jadą w parach, inni pojedynczo, niektórzy ciągną przyczepki z cały dobytkiem, pozostali tradycyjnie popakowani w sakwy. Wszyscy rowerzyści przyjaźnie się pozdrawiają... jest pięknie... Lofoty są piękne. Na koniec dnia opuściłem główną drogę E-10 i skierowałem się na mniej uczęszczaną, prowadzącą do Leknes. Był to bardzo dobry wybór, cisza, spokój, wspaniałe krajobrazy i zaledwie kilkanaście chatek na odcinku około 30 km. Od czasu przybycia do Narviku ani razu nie zrobiło się ciemno, ach te białe noce. Przed godz. 21 znalazłem miejscówkę na nocleg, nie jest może super, ale panorama Leknes stąd rewelacyjna.
Muszę na koniec odnotować, że wzięcie plecaka i taszczenie go na plecach przez cały czas zaczęło być coraz bardziej odczuwalne i uciążliwe. Dyskomfort i coraz częstszy ból był czasami trudny do zniesienia.
Tak... muszę to podkreślić, widok z mojego miejsca noclegu na rozciągające się w dole Leknes jest super. No ale czas w drogę. Słonecznej pogody ciąg dalszy. Oprócz cudownych krajobrazów, sympatycznych ludzi, także pogodą jestem mile zaskoczony.
Jedzie się całkiem lekko, może to dlatego, że dziś mam do pokonania jedynie około 70 km. Niestety, po przejechaniu około 40 km pojawiły się pierwsze problemy z rowerem. Nawaliła przednia przerzutka, coś zaczęło rzęzić i z przodu mogłem kręcić jedynie na środkowej zębatce. Druga nauczka, trzeba było oddać rower do serwisu przed wyjazdem. Nie miałem za bardzo czasu, żeby tam zaglądać, gdyż o godz. 14 odpływał prom do Bodø. Ostatnia wyspa Lofotów – Moskenesøy to istna bajka, a dopełnieniem są wioski Reine i Å.
Podjeżdżam pod prom, rowerzyści przodem, no i fajnie, jestem już na pokładzie. Prom elegancki, czysty, podróż upłynęła bardzo miło. Po przypłynięciu do Bodø pierwsze kroki skierowałem na dworzec kolejowy w celu zakupienia biletu do Trondheim. Okazało się jednak, że kasy były czynne jedynie do 17:30, czyli spóźniłem się kilka minut. Co gorsze nie ma gdzie kupić biletu. Jadę do informacji turystycznej, żeby zasięgnąć języka. Dziewczyny w informacji nie wiedziały czy będę mógł kupić bilet w pociągu, ale poleciły bym zarezerwował go sobie przez Internet. Fajnie, tyle, że do tego potrzebna była karta kredytowa, a ja takowej nie posiadałem. Zacząłem rozważać alternatywną drogę do Trondheim. Może statek Hurtigruten (ale cena ok. 1500 NOK i fakt, że płynie ok. 24 godzin), może przejechać jeszcze pewien odcinek na rowerze
i jutro wsiąść do pociągu, a może zrobić sobie zupełnie dzień przerwy???
Trochę zrezygnowany nie wiem co robić. Ostatnia szansa, że będzie można kupić w pociągu u konduktora. Bilet kosztuje około 890 NOK + 89 NOK za rower. Jadę z powrotem na dworzec, a tam nie dość, że czynna kasa (mimo, że godziny otwarcia na to nie wskazywały) to jeszcze spotkałem na swojej drodze bardzo życzliwego Niemca. Ów Niemiec miał bowiem wykupione dwa bilety w wagonie sypialnym do Oslo (przez Trondheim) ale z jednego musiał zrezygnować, gdyż jego żona musiała wcześniej wracać do Niemiec i tym sposobem jeden bilet miał wolny. W kasie miał jakieś problemy ze zwrotem i zaproponował mi żebym jeden bilet odkupił. Jego bilety były dość drogie, ja podróżowałem drugą klasą (wiadomo jak najtaniej) i mogłem mu jedynie zapłacić tak, jak za drugą klasę. Zgodził się. Co więcej zaproponował, żebym mu zapłacił tylko 200 NOK. Źle nie jest, pomyślałem. Dopłaciłem 89 NOK za rower i w sumie za niecałe 300 NOK dojechałem do Trondheim
w pościeli w wagonie sypialnym.
DZIEŃ 7 – 20.07.2005 – dystans 22.03 km
Przed godz. 8 byłem w Trondheim. Od razu skierowałem się by zobaczyć połączenie autobusowe do Molde. Po zrobieniu rozeznania udałem się na zwiedzanie miasta, tak by zdążyć przed tłumami turystów, choćby przy katedrze Nidaros. Wszystko sobie spokojnie obejrzałem, objechałem największe atrakcje miasta i po południu wyruszyłem w drogę do Molde.
Na dworcu w Molde, lekka konsternacja... jechać do Andalsnes na rowerze czy dalej autobusem. Jeszcze będąc w Trondheim zaczęło padać, w Molde także co chwilę kropiło. Zatem decyzja zapadła, jadę autobusem, tym bardziej, że i tak tym środkiem transportu musiałbym kawałem przejechać przez niedostępny dla rowerzystów tunel pod fiordem. Do tego wszystkiego właśnie odjeżdżał autobus do samego Andalsnes. Wpakowałem się z gratami i już w nim siedzę. Martwi mnie jedynie pogoda. Niestety coraz bardziej pada, niebo jest zupełnie szare i nie wróży to dobrze na kolejne dni.
W Andalsnes krążę trochę bez celu, nie wiem gdzie przenocować, pada deszcz, zrobiło się zimno. Na stacji benzynowej dostrzegam parę rowerzystów, jak się później okazało z Belgii, którzy zamierzają jechać na odległe o około 3 km pole kempingowe. No to zabrałem się z nimi. Wszystko w porządku, ale rozstawianie namiotu w deszczu to średnia frajda.
Dziś był, jak dotąd, najcięższy dzień i to bynajmniej z powodu zrobionych kilometrów. Obudziłem się o godz. 4:40 i nic. Nic, to znaczy, że nie pada. Zwinąłem czym prędzej namiot i o godz. 5:30 byłem w drodze do Ściany Trolli. Pogoda fatalna, cały czas przewalają się szare chmury, pada w zasadzie przez cały czas, tylko z różną intensywnością. Ogólnie szaro, buro
i ponuro. Ściana Trolli... tak, gdyby nie te chmury to widziałbym ją dobrze, a tak to nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Na pocztówce wygląda dużo lepiej.
Teraz czas na Drogę (Drabinę) Trolli. Oj ciężko pod górę, serpentyny niesamowite, robią duże wrażenie.
Ponadto, warto odnotować, że w tym roku (2005) drogę tą przebudowują ze względu na liczne osunięcia kamieni (na jednym z odcinków), a przez to stwarzane zagrożenie. Mozolnie wdrapując się Drogą Trolli spotykałem się z oznakami sympatii od ludzi z przejeżdżających samochodów i autokarów. Ludzie machają, pozdrawiają, ktoś mnie filmował. Zwieńczeniem wysiłku było wjechanie na górę, a tam od jednego gościa odebrałem oklaski i symboliczne zdjęcie czapki :) Nie ukrywam, że takie gesty były bardzo miłe. Pogoda nadal nie najlepsza, zatem czas zjeżdżać. Nie ujechałem daleko, może ze 2 km, gdy z tyłu pękła mi szprycha, wyginając obręcz koła do tego stopnia, że opona obciera o ramę roweru. Nie było wesoło, tym bardziej, że nie mogłem swobodnie jechać a do najbliższego miasteczka miałem około 25 km. Rozpiąłem tylny hamulec i trochę jadąc, trochę pchając dotarłem do Valldal. Tu nie uzyskałem pomocy, ale dowiedziałem się, że w odległym o około 35 km Stordal jest sklep rowerowy i mechanik. Do tego za 15 minut odjeżdżał autobus.
Zapakowałem rower do autobusu i jadę, a w Stordal faktycznie duży sklep rowerowy, tyle, że nieczynny. Właściciel ma wakacje. Szukam jakiejś pomocy, najpierw informacja turystyczna, potem stacja benzynowa. Na stacji Shell młody chłopak powiedział, że zorientuje się co da się zrobić. Wykonał kilka telefonów i oznajmił, że zaraz ktoś przyjedzie i spróbuje mi pomóc z kołem. I faktycznie, nie upłynęło 20 minut, jak na stację przyjechał jakiś dziadek i swoimi powolnymi ruchami zabrał się za oglądanie obręczy. Bardzo pomocni młodzi ludzie ze stacji wszystko mi tłumaczyli. Dziadek kazał zdemontować koło, zabrał je i powiedział, że spróbuje naprawić. Obawiałem się trochę ile taka przyjemność może kosztować, ale to zostawiam już na później. Na powrót dziadka czekałem dobre półtorej godziny. Wreszcie jest... ma koło... i to naprawione. No i co równie ważne skasował jedynie 150 NOK. Wstawił szprychę, wycentrował i wszystko wyglądało elegancko.
Już w dużo lepszym humorze ze Stordal skierowałem się na Linge, ale żeby nie było za dobrze to od razu czekał mnie podjazd, długi na około 12 km. Byłem już bardzo zmęczony, na szczęście przed Linge było już w dół. I dobrze, bo musiałem przejechać przez 3 tunele, jeden zaraz za drugim: 1,6 km, 1,3 km oraz niecały kilometr.
Zdołałem się jeszcze przeprawić do Eidsdal i zacząłem szukać noclegu. Opuszczając prom spotkałem parę bardzo sympatycznych Czechów, którzy podróżowali głównie autostopem
i koleją.
Z pozytywnych akcentów tego dnia należy jeszcze odnotować, że zaczęła mi skakać przerzutka z przodu. Nie wiem o co z nią chodzi, ale ważne, że zaczęła działać.
Poranek zaczął się dość fatalnie. Kwestia pochmurnej pogody i siąpiącego deszczu skutecznie mnie zniechęcała i odbierała siły. Dopiero zjazd Drogą Orłów i piękny Geirangerfjord pozwoliły inaczej spojrzeć na dzień. Po około godzinnym rejsie po fiordzie pozostały już tylko wspomnienia . Zaczęło się wreszcie wypogadzać.
Kolejnym etapem wyprawy był lodowiec Jostedalsbreen. Kilometry pochłaniałem dość szybko, a pokonując odcinek Olden-Briksdal co chwilę zachwycałem się pięknem miejsca. Tu jest naprawdę bajkowo. Sam lodowiec przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Około 2-godzinna wycieczka do jęzora lodowca bardzo mnie urzekła. Nie spodziewałem się, że lodowiec zrobi na mnie aż tak olbrzymie wrażenie. Śmiało mogę go wytypować do czołówki najlepszych rzeczy, jakie widziałem w Norwegii.
DZIEŃ 10 – 23.07.2005 – dystans 137.31 km
Rano wyruszyłem później niż zwykle, trochę zaspałem. Pożegnałem się z Polakami i szybciutko wróciłem do Strynu. Pierwsze 40 km pokonałem bardzo szybko, jechało mi się dobrze i lekko. Niestety potem było dużo, dużo ciężej. Podjazd do drogi turystycznej nr 258 i sama droga do Sommerskisenter to walka o każdy niemal metr. Letnie centrum narciarstwa robi wrażenie, dużo śniegu, czynny wyciąg, sporo ludzi z nartami
i deskami.
Było już późno i zimno więc czas wracać. Dojechałem do Grotli i rozbiłem namiot w jakiś krzakach. Miejsce słabe, ale byłem już zmęczony i marzyłem tylko o śnie.
Dziś znów trochę zaspałem, ale z Grotli do Lom przejechałem bardzo szybko. Nic dziwnego, cały czas w zasadzie z górki, trochę po płaskim i tak przez 60 kilometrów. Taka jazda to mi się podoba. W Lom obejrzałem wspaniały, pierwszy na mojej drodze, kościółek typu stav.
Bardzo mi się podobał. Tu też kupiłem na stacji Statoil pyszny chleb. Zapłaciłem za niego bardzo dużo (21 NOK), ale była to niedziela i nigdzie nic nie można było kupić, a ja nie miałem co jeść. Wyśmienicie smakował z dżemem malinowym.
Dobrze, koniec tej kulinarnej ekstazy. Jadę dalej. Skierowałem się na drogę turystyczną nr 55, biegnącą przez Góry Jotunheimen. Z początku szło lekko, ale później nie było już tak kolorowo. Jak było pod górkę, to miałem kryzys, a że było cały czas pod górkę to szło mi bardzo ciężko.
W rzeczy samej „szło”, gdyż ostatnie kilometry to więcej szedłem i pchałem rower niż siedziałem i pedałowałem. Widoki na około są jednak warte włożonego wysiłku.
Wreszcie przyszedł czas na zjazd. Tak długiego i szybkiego zarazem zjazdu jeszcze nie przerabiałem. Rozpędziłem się do 63 km/h, niezła frajda, szkoda, że sakwy dają taki opór.
Namiot rozbiłem w Fortun. Dobra miejscówka, na skoszonym polu, niedaleko drogi, za drzewami.
„Troszeczkę deszczu, troszeczkę słońca, a dzięki temu tęcze bez końca” – takie słowa kołatały mi się po głowie przez pół dnia. Nie bez powodu, dobrze oddawały to co działo się z pogodą.
Rano zmierzam w kierunku stavkirke w Urnes. Niestety po drodze trzy nieoświetlone tunele, a trzeba nadmienić, że kilka dni temu zgubiłem gdzieś przednią lampkę. O ile pierwszy i ostatni z tuneli są dość krótkie, o tyle środkowy jest długi i tak ciemny, że... nic nie widać. No to mam problem. Zdjąłem tylną lampkę i powoli zacząłem zagłębiać się w zupełną ciemność. Świecąc czerwonym światełkiem po ścianach tunelu i oceniając odległość od każdej ze ścian udaje mi się jakoś przeprawić.
Sam kościółek bardzo ładny, z około 1200 roku, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Spotykam tu parę rowerzystów z Kanady, którzy podróżują kamperem, ale robią sobie krótkie wycieczki rowerami.
Kolejnym punktem mojej wycieczki była przeprawa przez najdłuższy fiord na świecie – Sognefjorden. Po drodze do Kaupanger spotykam w Sogndal dwójkę Polaków na rowerach, którzy są już w drodze od około 2 tygodni. W Kaupanger, przed odpłynięciem promu, oglądam jeszcze kościółek typu stav, ale nie jest tak fajny, jak dwa poprzednie (w Lom i Urnes).
A teraz czeka mnie 2-godzinna podróż promem przez piękny fiord.
Na koniec dnia, jadąc w kierunku Voss, objazd dla rowerów. Fajnie, tylko droga ma nachylenie 18% i to pod górę. W takich warunkach to nawet pcha się rower ciężko. Wynagrodzeniem wysiłku są jednak piękne widoki i wodospad.
Od rana leje deszcz. Namiot mi przecieka, jest nieciekawie. Jest już po godz. 8, a ja jeszcze tkwię w namiocie i czekam aż trochę przestanie padać. Koniec końców na rowerze siedzę około godz. 9. Po drodze robi się całkiem ładna pogoda. Plan na dziś to zobaczyć jeden z ponoć najwspanialszych wodospadów w Norwegii – Vøringfoss. Po drodze mijam dwa bardzo ładne miasteczka: Ulvik i Eidfjord. Są super, bardzo zadbane i ładnie położone. Na temat widoków nie będę się rozpisywał. To trzeba zobaczyć na własne oczy, a zdjęcia są jedynie dobrą pamiątką dla osoby, która to wszystko widziała.
Wodospad Vøringfoss (181 m) jest doprawdy rewelacyjny.
Nie miałem za bardzo gdzie rozbić namiotu, godzina była już późna i wybór padł na centrum Kinsarviku, 100 metrów od przystani promowej. Trochę tak głupio w środku miasteczka, ale co tam, przynajmniej jutro będę miał blisko na prom.
Dziś wstałem wcześnie. Chciałem bowiem zdążyć na pierwszy prom do Utne o godz. 6:35, a zaraz potem (10 minut czasu) na prom do Kvanndal. Udało się i po około pół godzinie kierowałem się w stronę Bergen. Z początku szło dobrze, droga wiedzie brzegiem fiordu, niewiele samochodów, ogólnie super. W miarę, jak droga oddalała się od fiordu, ja traciłem kondycje. Ale, ale... straciłem coś ważniejszego. Padł mi aparat fotograficzny i nie mogłem go reanimować. Ostatnie zdjęcie, na szczęście wypadło przy fajnym wodospadzie.
Potem niewiele ciekawego było do fotografowania, zatem na razie nie ma co bardzo żałować. Zaczęły się natomiast tunele, w górę i w dół. Masakra. Niektóre miały objazdy, a niektóre nie. Szczególnie dokuczliwe (mimo, że w dół) były te za Trengereid. Widziałem, że był zakaz wjazdu dla rowerów, objazdy też jakieś niby były, ale no cóż, kilka razy, trzeba się przyznać złamałem norweskie przepisy o ruchu drogowym ;).
Dom postawiłem na kempingu Lona, kilkanaście kilometrów przed Bergen. Kupiłem też jednorazowy aparat fotograficzny (he, he). Zobaczymy co z tego wyjdzie.
DZIEŃ 15 – 28.07.2005 – dystans 41.65 km
Tak dzisiejszy dzień, jak i następne miały być z założenia lekkie, tzn. ciekawsze odcinku drogi jadę rowerem, a pozostałe innymi środkami transportu.
Z rana opuściłem kemping i udałem się na zwiedzanie Bergen. Bardzo malowniczo położone, pięknie zachowane budynki, kościoły, ogólnie super. Jest tylko mały minus. Wszędzie pełno turystów, tłumy, chmary... W moim odczuciu miasto traci wtedy na atrakcyjności, ale na dobrą sprawę nie ma się czemu dziwić, sam jestem jednym z nich. W Bergen spędziłem pół dnia. Czas ruszać w drogę. Jeszcze tylko przemiła rozmowa ze starszą kobietą na dworcu autobusowym i już korzystam z usług norweskiego przewoźnika HSD. Z przesiadką dotarłem do Oddy. Oj, tanio mnie ta przyjemność nie kosztowała. Z drugiej jednak strony drogę Bergen-Kvanndal już raz na rowerze pokonywałem,
a do tego 31 lipca odpływa mój prom do Polski. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że droga Utne-Odda jest bardzo ładnie położona, biegnie wzdłuż fiordu, a okoliczne szczyty wyglądały rewelacyjnie, nawet z okna autobusu.
Postanowiłem, że pokręcę na odcinku Odda-Røldal, ponieważ po drodze będą wodospady, a w Røldal przycupnął kościółek typu stav. W Oddzie przesiadłem się na rower i z nieopisaną lekkością ruszyłem w drogę. Jechało się wyśmienicie. Piękne krajobrazy, o godzinie 22 było widno, a co najważniejsze ciepło (na północy o tej porze było znacznie chłodniej). Miejsca na nocleg długo nie szukałem. Dziś będę spał między skałami, trochę nierówno, ale co tam.
DZIEŃ 16 – 29.07.2005 – dystans 62.93 km
Z rana zupełna odmiana. Jedzie mi się ciężko i bardzo powoli. Na przejechanie pierwszych 20 km potrzebowałem aż trzech godzin. Wynagrodzeniem jest jednak fajny wodospad – Latefoss, z racji wczesnej godziny jeszcze zupełnie opustoszały. Potem przyszedł czas na tunele przed Røldal. Pierwszy trochę pod górę, drugi na szczęście już w dół i do tego jego długość, ma 4,6 km. Jazda nimi jest chyba dla rowerzystów zabroniona, podobno jest objazd, ale jakoś nie trafiłem, tzn. nie szukałem. Potem przyszedł czas na zjazd, super fajowski, do samego Røldal. Do odjazdu autobusu do Notodden mam jeszcze sporo czasu. Oglądam stavkirke, robię zakupy i leniuchuje na pobliskiej łączce.
Wreszcie nadjeżdża. Po godz. 12 pakuję się do Nor-way Bussekspress (Haukeliekspressen) i spokojnie, w bardzo komfortowych warunkach zmierzam do Notodden. Dlaczego właśnie tam? Otóż, w pobliskim Heddal znajduje się duży, bardzo ładny kościół typu stav. Gdy już dokładnie go sobie obejrzałem wracam do Notodden. I znów przesiadka z roweru na autobus, tym razem jadę już do samego Oslo. Około godz. 21 wysiadam na dworcu w stolicy Norwegii. Pokręciłem się jeszcze chwilę po mieście i ruszyłem w stronę skoczni Holmenkollen, gdzie postanowiłem nocować. Do samej skoczni nie udało mi się dojechać. Robiło się coraz ciemniej, nie miałem gdzie rozbić namiotu. W końcu zdecydowałem się przy jakiś prywatnych posesjach. Miejscówka bardzo słaba, chodzą ludzie, coś komentują, na szczęście ich nie rozumiem. Rozstawiam tylko sypialnię i do śpiwora. Jutro cały dzień na zwiedzanie Oslo.
DZIEŃ 17 – 30.07.2005 – dystans 43.77 km
Wstaję wcześnie, budzik dzwoni o godz. 5. Chcę, jak najszybciej opuścić miejsce noclegu, to w końcu miasto i nie za bardzo można się rozbijać z namiotem. Do godz. 6 jestem już po śniadaniu i w drogę.
Najpierw skocznia Holmenkollen. Miałem już do niej bardzo blisko. Później spadam do Parku Vigelanda. Wykręcone miejsce. Mnóstwo rzeźb nagich postaci, to trzeba zobaczyć. W parku jestem wcześnie, co owocuje prawie zupełnym barkiem ludzi.
Z rzadka ktoś przebiegnie, przejedzie na rowerze lub rolkach. Długo chodzę, oglądam rzeźby, potem usiadłem na ławce i delektowałem się pięknem poranka w niesamowitej scenerii. Zagaił do mnie pewien Norweg, który uskuteczniał jogging. Na imię miał Harold, bardzo miły człowiek. Porozmawialiśmy o podróżach, polecił mi co warto zobaczyć w Oslo i pobiegł dalej. Około godz. 9 pod park zaczęły podjeżdżać autokary z turystami. Zaczyna robić się tłoczno, zgiełk, najwyższy czas opuścić to miejsce.
Właśnie otwierają muzea, zatem czas pojechać na Płw. Bygdøy. Odwiedziłem trzy: muzeum Łodzi Wikingów, Kon-Tiki oraz statku Fram. Zeszło mi się kilka godzinek, ale było warto. Wszystkie są bardzo ciekawe.
Teraz czas uderzyć do centrum norweskiej metropolii. Oglądam Pałac Królewski, Ratusz, Twierdzę Akershus. Na terenie twierdzy wdałem się w około godzinną konwersację z kolejnym Norwegiem. Przekrój poruszanych tematów był bardzo szeroki, dzięki czemu dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy. Twierdza jest bardzo popularnym plenerem fotograficznym dla nowożeńców, sam widziałem dwie pary robiące tam sobie zdjęcia.
Do końca dnia kręciłem się po uliczkach Oslo. Bardzo fajne miasto. A i jeszcze jedno. Pomiędzy godziną 15 a 17 na głównej ulicy miasta, Karl Johans gate, odbywała się imprezka techno. Rewelacyjnie to wyglądało. Przejechało 5 ciężarówek, na platformach których bawili się młodzi ludzie. Dodatkowo za każdą z platform szła jeszcze spora grupa imprezowiczów.
Teraz pozostało mi jeszcze tylko udać się na dworzec autobusowy. Kupiłem bilet do Sztokholmu u szwedzkiego przewoźnika Säfflebussen. Ponieważ przewóz rowerów tymi liniami jest zabroniony, zabieram się do demontażu kół i błotnika. Wszystko wkładam w pokrowiec i tym sposobem po raz kolejny mam nadzieję, że przewiozę rower jako bagaż. Wszystkim moim poczynaniom na dworcu przyglądała się pewna kobieta, która skwitowała taki sposób przewozu rowerów jako dość oryginalny, a za razem dobry sposób na uniknięcie opłat za transport roweru w przypadku norweskich przewoźników. Koniec końców z ów panią wywiązała się bardzo sympatyczna rozmowa.
Lekko spóźniony podjechał wreszcie autobus. Kierowca otworzył luki bagażowe i przeszedł do sprawdzania biletów. Bez najmniejszych problemów umieściłem cały swój dobytek w środku, a sam zająłem miejsce w wygodnym fotelu. Wszystko poszło gładko, lepiej niż przewidywałem.
DZIEŃ 18 – 31.07.2005 – dystans 88.87 km
Do Sztokholmu dotarłem około godz. 5:45. Złożyłem rower do kupy i w miasto. Jest bardzo wcześnie, pusto na ulicach, mokro i pochmurno, ale jedzie się fajnie. Spokojnie objeżdżam i oglądam okazałe budynki w najstarszej części miasta, po czym kieruję się na zwiedzanie Vasa Museet. Muzeum jest bardzo ciekawe. Wystawy i zgromadzone eksponaty przedstawione są w fascynujący sposób. Są filmy, rekonstrukcje, jest pokazane codzienne życie na statku, można by tu spędzić pół dnia. Ja niestety tyle czasu nie miałem, a i tak byłem dużo za długo, jak na czas, który mi pozostał do odpłynięcia promu.
Po wyjściu z muzeum czym prędzej ruszyłem w stronę Nynäshamn. Pamiętając o pewnych kłopotach z kluczeniem przy wjeździe do Sztokholmu, obawiałem się, że podobnych doświadczeń mogę zaznać i w drodze powrotnej. Na szczęście nadspodziewanie dużo pamiętałem i na ten element, nazwijmy go „zwiedzania” nie straciłem tym razem w ogóle czasu. Podczas drogi powrotnej, w okolicach Tumby spotkałem parę sakwiarzy z Niemiec. Jechaliśmy przez kilka kilometrów razem, tak sobie rozmawiając gdzie byliśmy i dokąd jedziemy. Okazało się, że oni przejechali wzdłuż polskiego wybrzeża od Szczecina do Gdańska, potem promem do Nynäshamn, a dalej na rowerze do Sztokholmu. W planach mieli jeszcze zamiar popedałować trochę na południu Szwecji. Po rozstaniu z Niemcami zaczął niestety padać deszcz, momentami dość intensywny. Cały mokry dojechałem do Nynäshamn. Dostałem się na prom, zmieniłem ciuchy
i zasiadłem w fotelu lotniczym.
DZIEŃ 19 – 01.08.2005 – dystans 21.46 km
Prom opuściłem po godz. 12. Jeżdżąc po Norwegii zdążyłem zapomnieć o dziurawych polskich jezdniach. Jednak droga z portu do centrum Gdańska szybko mi o nich przypomniała. Na tym właśnie odcinku wpadłem w więcej dziur niż podczas 1500 km przejechanych w Norwegii.
Powałęsałem się trochę po starówce, posiedziałem w parku aż w końcu ruszyłem na dworzec. Pociąg „Słoneczny” rozpoczynający swój bieg w Gdyni był już tak nabity, że ledwo zmieściłem swój rower, nie mówiąc już o tym, że sam całą drogę stałem w przejściu przy drzwiach. Nie ma co jednak narzekać. Dwudziestominutowe opóźnienie pociągu i około godz. 22 wysiadłem na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Jeszcze tylko droga na Bemowo i moja przygoda zakończona. Było cudownie. Mam nadzieję, że Skandynawię odwiedzę ponownie, już niebawem.
Michał Murawski
Newer news items:
- 17/11/2008 01:00 - Rowerem od Bałtyku po fiordy
- 03/07/2008 00:00 - Rowerowa próba sił
Partnerzy Norwegofila: Polish language courses




Komentarze
Pozdrowionka,
Magda
Pozdrawiam
Elżbieta Godzimirska
i gratuluje
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.