Rozpoczęła się "wyprawa życia". Odlot samolotu zaplanowany na 21.20, musimy jednak dotrzeć na lotnisko dużo wcześniej gdyż zgodnie z wymaganiami przewoźnika wszyscy pasażerowie przewożący rowery musza przejść przez odprawę przynajmniej na godzinę przed startem (tzn. na godzinę przed muszą być już po odprawie).
| Relacja została nagrodzona w konkursie wakacyjnym portalu Norwegofil.pl i wydawnictwa Edgard Autor: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. Termin: Od 28 VI do 18 VII 2006 Więcej na: www.sakwa.prv.pl Wyślij komentarz Napisz do autora tekstu lub redakcji Norwegofila. |
28 czerwca, środa
Do Warszawy docieramy w różny sposób. Sławek jako mieszkaniec Warszawy ma najłatwiej - po porostu wsiada na rower i jedzie na lotnisko. Natomiast pozostali uczestnicy - czyli ja i Marcin pierwszą część wyprawy przemierzamy samochodem. Naszym "prywatnym szoferem" jest znajomy Marcina - p. Andrzej, który wraz ze swoim synem zaoferował pomoc w odtransportowaniu nas na lotnisko. Panowie wyjeżdżają z Bełchatowa i około godziny 17 są w Łodzi gdzie dołączam do nich. Oczywiście, jak to zwykle bywa przy wyjazdach, niespodzianki występują już od samego początku. Mianowicie okazuje się że mój rower nie pasuje do bagażnika rowerowego p. Andrzeja i szybko trzeba dokręcić kolejną rynienkę dla mojego "rumaka". W czasie jazdy samochodem dostarczamy sobie na zapas witamin jedząc truskawki i czereśnie.
Około godziny 19 docieramy na lotnisko, na terminal - Etiuda. Sławka jeszcze nie ma. Aby nie trwać w bezczynności Marcin przygotowuje nasze rowery do transportu. Pasażerowie są odpowiedzialni za zapewnienie odpowiedniego zabezpieczenia swojego bagażu. "Norwegian" (linie lotnicze z usług których korzystamy) nie dysponuje żadnym sprzętem do pakowania na lotnisku. Zostają skręcone kierownice i pedały ale tylko w rowerze Marcina. Pedały w moim rowerze są zbyt mocno przykręcone -silny pan serwisant.
Nie czekając na Sławka, ustawiamy się w kolejce do odprawy. Po kilku minutach objawia się nam Sławek... w czapeczce. W między czasie gdy wciąż staliśmy w kolejce Sławek płaci za rowery. Rowery należą do kategorii bagażu niewymiarowego i są przewożone za dodatkową opłatą. Jeżeli chcą państwo przewozić taki sprzęt na pokładzie, muszą państwo zarezerwować miejsce (na ten sprzęt) w momencie rezerwowania lotu. Pasażerowie muszą uiścić dopłatę za bagaż niewymiarowy na lotnisku w dniu odlotu. W przypadku rowerów dopłata wynosi NOK 300/40 euro. Syn p. Andrzeja pomaga nam zapakować a właściwie opakować folią spożywczą rowery. Zaczyna się zamieszanie. Okazuje się, że rowery są źle zapakowane i musimy podpisać deklaracje, że wiemy iż w razie zniszczenia bagażu linie nie ponoszą odpowiedzialności. Następnie ważymy sakwy, pokazujemy podręczny bagaż (ledwo unosząc do góry, a ma ważyć tylko 6 kg) i przechodzimy dalej. Nie jest to jednak łatwe biorąc pod uwagę liczbę naszych bagaży.
To dopiero początek utrudnień. Mianowicie, obsługa celna zupełnie nie wie co z nami zrobić a właściwie z naszymi rowerami (nie mieszczą się na taśmie). Postanowiono sprowadzić psy aby sprawdziły czy nic przypadkiem nie schowaliśmy w ramach rowerów. Psów nie zobaczyliśmy a rowery w końcu zostały położone na taśmę bez prześwietlania. Później nas prześwietlono, odprawiono i już tylko ostatnie zakupy w sklepiku i czekanie na samolot.
Około 22 autobus odwozi nas do samolotu. Pierwsze zdjęcia na płycie lotniska i wsiadamy do samolotu. Ja z Marcinem siedzimy na tzw. skrzydle samolotu (wszyscy tego wcześniej odradzali) a Sławek gdzieś na końcu. Wystartowaliśmy. Lot ... nic szczególnego (pierwszy w życiu dla mnie i Marcina), jest ciemno i mało co widać. Jedyną atrakcją są stewardesy polujące na Polaków ukradkiem popijających napoje wysoko %.
Około 23.45 jesteśmy na miejscu - samolot wylądował cały i zdrowy :) Udaje się nam także odebrać nienaruszone bagaże i najważniejsze - całe rowery. Skręcamy więc nasze pojazdy, pakujemy się i wyruszmy. Jest środek nocy a w Norwegii szarówka - no tak, te słynne "białe noce". Staramy się odjechać od lotniska i poszukać miejsca na nocleg. Nie jest to łatwe - siatki odgradzające lasy, gęstwiny itp. W końcu udało się wydeptać w zaroślach miejsce na nasz namiot. 2.30 idziemy spać (Sławek śpi na zewnątrz).
29 czerwca, czwartek
Pobudka około 9.30 Śniadanie, mycie zębów, pakowanie. Sławek zdejmuje i powtórnie przykręca (tym razem prawidłowo) przedni bagażnik. Ruszamy w drogę. Droga w miarę po płaskim, malownicza. Nie udaje nam się jednak zobaczyć kościoła z XI w., który rzekomo miał być przy naszej trasie. Atrakcją jest za to przejazd przez pierwszy tunel napotkany na naszej drodze. Pomimo zakazu wjazdu dla rowerów wjeżdżamy do niego i mkniemy ponad 40 km/h. Po 4 km możemy powiedzieć: uff, pierwszy tunel zaliczony. Po drodze udaje nam się kupić dwa kartusze (primusy) z gazem w cenie zbliżonej do polskiej. Jedziemy już wzdłuż fiordu Randsfjorden (tylko z nazwy ponieważ nie ma połączenia z morzem). Zbliżając się do 60 km jazdy zaczynamy powoli rozglądać się za noclegiem. W końcu rozbijamy namiot na dziko, przy brzegu fiordu (jeziora). Słońce jeszcze nie zaszło i jezioro kusi aby popływać. Okazuje się jednak, że temperatura wody skutecznie odstrasza i tylko śmiałkowie (Marcin) odważają się na dłuższą kąpiel z pływaniem. Umyci już zabieramy się do jedzenia. Wodę pitną przynosimy z pobliskiego domu, gdzie przy okazji Marcin szlifuje swój angielski w rozmowie z sympatycznym panem robotnikiem. Wciąż widno na dworze ale wypada iść spać. 60
30 czerwca, piątek
Pobudka około 9.00. O 10.20 wyjazd. Jedziemy przez cały czas wzdłuż zachodniego wybrzeża fiordu Randsfjorden w kierunku miejscowości Dokka. Przez cały czas przeplatają się kolory zielony i niebieski - widoki przepiękne. Nocleg znajdujemy przed Dokką tak aby mieć jeszcze dostęp do wody. Znajdujemy polankę nad samym brzegiem rzeki. Po chwili przychodzi jednak norweski farmer, który zapamiętale zaczyna kosić trawę, co oznacza że prawdopodobnie jesteśmy na jego prywatnym terenie. Jest to chyba miejsce przeznaczone dla wędkarzy, ale sezon na "leszcza" dopiero się zaczyna. Sławek pyta się dziadka o pozwolenie i ...po chwili na skoszonej już trawie rozstawiamy namiot. Jest jeszcze wcześnie więc mamy możliwość na spokojne zrobienie prania, umycie się (brr zimno) i zjedzenie. Po raz pierwszy używamy off w dużych ilościach - komary chcą nas zjeść. Panowie postanawiają jechać jeszcze wieczorem do miasta aby naładować telefon np. na stacji benzynowej. Ja w tym czasie zajmuje się zabijaniem komarów w namiocie i lekturą przewodnika. Ach te białe noce - idziemy spać.
67,5 km - dystans dnia
1 lipca, sobota
Wczesna pobudka....8.15. Następnie poranne, codzienne czynności nieco przyspieszone ze względu na uporczywe towarzystwo małych krwiopijców - komarów. Ruszamy kilka minut po 10. Przejeżdżamy przez miejscowość Dokka, gdzie zatrzymujemy się przy sklepie Rema 1000. Panowie wymieniają uwagi na temat norweskich kobiet - podobne do mężczyzn. Słońce świeci, jest ciepło. Droga przez prawie cały czas prowadzi pod górę. Około 14 zaczynamy myśleć o obiedzie. Zatrzymujemy się przy niewielkim skupisku domków, chyba letniskowych, w celu nabrania wody. Z 8 litrowym baniaczkiem, chodząc od domku do domku, poszukuję żywego człowieka, u którego mogłabym dostać wodę do picia. Po długich poszukiwaniach udaje się w końcu zdobyć wodę i to od Polaka. Nasz rodak pozwolił jeszcze Sławkowi naładować telefon. Przy okazji Pan trochę się rozgaduje i wiemy, że zarabia 75zł/godz. remontując drewniane domki - nieźle! Obiad (chińszczyznę) jemy nad brzegiem jeziora, na czyjejś posesji. Cisza i spokój. Marcinowi jednak nie za bardzo się podoba. Po dostarczeniu kalorii jedziemy dalej. W miejscowość Fagernes rozważamy możliwość noclegu na campingu. Odbyło się jednak demokratyczne głosowanie (dobrze, że jesteśmy w 3 osoby) i wyszło, że rozbijamy się na dziko. Musimy tylko wyjechać z miasta. Pierwsze miejsce przy opuszczonym gospodarstwie, po głębszej ocenie organoleptycznej zostało odrzucone, więc szukamy dalej. Rozbijamy się w końcu między trzema małymi domkami wyglądającymi jak sauny. W rzeczywistości znajdują się w nich chyba jakieś pompy. Woda w jeziorze tradycyjnie lodowata ale mimo to umyć się trzeba. Na kolacje chleb Wasa i degustacja masła orzechowego Sławka.
70 km - dystans dnia
2 lipca, niedziela
Słoneczny poranek zapowiada, że będzie gorąco. Próbuję odpalić palnik na denaturat ale Primus jednak zwycięża. Po godzinie 10 ruszamy w drogę. Znowu jedziemy pod górę a upał jest nie do zniesienia. Około 13 robimy przerwę aby odpocząć i zjeść obiad. Siedzimy więc między karłowatymi drzewkami i wcinamy dla odmiany :) zupki chińskie. Słońce nie daje za wygraną. Musimy jednak jechać dalej. Widoki przepiękne - góry, śnieg, potoki, jeziora -jesteśmy przecież w Nasjonalpark Jotunheimen. Robimy pierwsze zdjęcia na śniegu w przerwie wymuszonej awarią roweru Sławka. Niestety poszła szprycha w tylnim kole...na dodatek od strony wielotrybu. Po doprowadzeniu "Horizonta" (to rower Sławka) do dalszej jazdy zjeżdżamy w dół do Mourvangen. Dzisiaj wszyscy zgodnie decydujemy się na nocleg na campingu. Po dopełnieniu formalności w recepcji rozbijamy namiot i korzystamy z dobrodziejstw campingu. Pierwsza kąpiel pod prysznicem w ciepłej (15 koron) lub zimnej wodzie ( 0 koron) i kolacja w kuchni przy stole.
70 km - dystans dnia
3 lipca, poniedziałek
Wstajemy o 8.15. Panowie mając możliwość ogolenia się w normalnych, cywilizowanych warunkach (czyt. Łazience), pozbawiają się kilkudniowego zarostu na twarzy. Następnie jemy śniadanko w kuchni, pakujemy się i już tuż przed 11 ruszamy w drogę. Jak zwykle trochę podjazdów jak i zjazdów. Obiad jemy na terenie budowy ośrodka narciarskiego, a dokładnie przy zgromadzonych drewnianych balach. Gdy powoli kończymy obiad z oddali machają do nas trzej rowerzyści. Zbieramy się do drogi. Po niedługim czasie od postoju mijamy ową grupę. Okazuje się, że są to Polacy. Ich pochodzenie zdradził napis na pokrowcu namiotu- "Campus". Nie zatrzymujemy się jednak tylko jedziemy dalej. Mkniemy w dół trzymając ręce na dźwigniach hamulców. W połowie zjazdu zatrzymujemy się i po chwili dojeżdżają do nas znajomi rowerzyści. Po krótkiej rozmowie dowiadujemy się, że są z Legionowa i chcieli wylecieć tego samego dnia co my. Na pokładzie samolotu mogą być jednak tylko cztery rowery więc kto pierwszy ten lepszy (my wcześniej zarezerwowaliśmy miejsca). Podobnie jak nasz, ich "team" to dwóch panów i pani, co zostało skomentowane - ... trójkąty są w modzie. Dziewczyna jest strasznie grubo ubrana jak na istniejące w tym czasie warunki pogodowe tzn. świecące słońce. Ogólnie nie są zadowoleni z nawierzchni dróg w Norwegii jak i zbyt dużego ruchu samochodowego. My mamy inne odczucia. Pomimo pokrywania się pierwszej połowy zaplanowanych tras ruszamy osobno w dalszą drogę. Oczywiście jest jeszcze zrobione pamiątkowe zdjęcie ze spotkania rodaków. Około 17.30 rozbijamy namiot nad rzeką tuż przy żwirowej drodze. Musimy szybko postawić nasze iglo gdyż zaczyna kropić. Na szczęście deszcz tylko postraszył więc możemy spokojnie oddać się wieczornemu myciu w rzece. Panowie wyruszają jeszcze na podbój miasta ale wracają za niedługo bez specjalnych zdobyczy (Marcin chce piwa).
70 km - dystans dnia
4 lipca, wtorek
Hmm.....Urodziny mojego taty :) Zwiedzamy dzisiaj miejscowość Lom. W czasie gdy ja z Marcinem podziwiamy największy i najlepiej zachowany kościół typu stav w Norwegii z początku XIII w. Sławek krąży gdzieś dookoła. Odwiedzamy także tutejszą piekarnię i sklep Spar. Jest strasznie gorąco a droga wydaje się być cały czas pod górę, a może faktycznie tak jest. Wjeżdżamy w wysokie góry. Po drodze zatrzymujemy się na parkingu gdzie szokujący jest widok toalet publicznych. Nie, nie taki jak w Polsce. Niesamowite - jest mydło w płynie, jest papier, jest czysto. Odczuwa się powoli trudy podjazdu. Zatrzymujemy się aby z tarasu widokowego podziwiać góry z ich najwyższym szczytem. Zaczyna brakować przełożeń w rowerze a może to brak sił? Wspinaczkę na rowerach kończymy na campingu przy schronisku "Krossbu". Trudy dnia rekompensuje piękny widok - szczyty gór pokryte śniegiem. Jestem wyczerpana i podziwiam Marcina, który udaje się jeszcze na małą, pieszą wędrówkę.
około 64 km - dystans dnia
5 lipca, środa
Budzimy się około 9.00. Dzisiaj ciąg dalszy wspinaczki. Serpentyna pnąca się w górę przeraża od samego rana. Na szczęście wyspani, najedzeni mamy teoretycznie więcej sił. Jest niesamowicie. Robimy pierwsze wspólne zdjęcie :). Co chwilę można by się zatrzymywać w celu uwiecznienia widoków - mnie nie dotyczy ze względu na brak aparatu. Chodzimy też pierwszy raz w sandałkach po śniegu. Nareszcie długo wyczekiwany zjazd. Nie szalejemy jednak - ja nie lubię prędkości a Sławek dba o kondycję swojego roweru. Pomimo to znowu pęka szprycha w jego rowerze. Korzystając z instrukcji Marcina Sławek wymienia szprychę i centruje koło. Po zlikwidowaniu usterki jedziemy dalej. Kolejny postój to przerwa na obiad.
Zatrzymujemy się na plaży nad brzegiem fiordu. W końcu widok kąpiących się ludzi, ale nic dziwnego, bo upał jest duży a woda w jeziorze ciepła. Dla odmiany, Marcin na obiad podgrzewa sobie zakupioną w pobliskim sklepie fasolkę w puszce. Nie jest to jednak wyśniony smak gdyż fasolka trochę się przypala. Słońce powoli już zachodzi dzięki czemu jest chłodniej i przyjemniej się jedzie. Pedałujemy tak do godziny 20. Za miejscowością Gaupne skręcamy na drogę prowadzącą do lodowca. Jak zwykle szukamy miejsca na nocleg blisko wody. Rozstawiamy więc namiot w lesie tuż nad rzeką.
62 km - dystans dnia
6 lipca, czwartek
Dzisiaj wyprawa na lodowiec Nigardsbreen. Pomimo iż prawdopodobnie będziemy nocować w tym samym miejscu, pakujemy wszystkie rzeczy łącznie z namiotem. Nie będziemy jednak jechać z pełnym bagażem. Chcemy bowiem zostawić sakwy w jednym z pobliskim gospodarstw aby później, w powrotnej drodze je odebrać. W pierwszym domu niestety para dziadków nie mówi po angielsku a ich wnuczek wstydzi się nas i odsyłają nas do sąsiadów. Zostawiamy bagaże w garażu i bez zbędnego obciążenia ruszamy na spotkanie z lodowcem. Wygląd lodowca trochę mnie zaskoczył, inaczej go sobie wyobrażałam. Oglądam go jednak z oddali. Panowie mając na nogach zakryte buty decydują się na mały spacer po lodowcu. Jedną z form dotarcia na lodowiec jest przeprawa łódką przez jezioro. Około godziny 15 wracamy z powrotem. Gdy już prawie jesteśmy na miejscu, łapie nas deszcz. Odbieramy sakwy i przeczekujemy najgorszy deszcz pod dachem garażu. Gdy trochę mniej pada jedziemy na znane nam miejsce ostatniego noclegu. Deszcz uniemożliwia rozstawienie namiotu - leje jak z cebra. Chowamy się pod drzewami ale szybko i tak jesteśmy mokrzy. Pomimo wciąż padającego deszczu udało się rozstawić namiot a Panowie nawet pojechali do miasta na zakupy. Marcin dzisiaj na kolacje ma sałatkę a na deser piwo (niestety bezalkoholowe).
69 km - dystans dnia
7 lipca, piątek
Niestety pogoda wciąż niewyraźna. Udaje się nam jednak zjeść śniadanie i spakować przy sprzyjającej aurze. Powoli się rozpogadza i jest nadzieja, że zaplanowany rejs promem uda się. Po drodze do Kaupanger, skąd odpływa prom wycieczkowy, mamy możliwość wcześniejszego doświadczenia płynięcia promem. Możemy zboczyć trochę z trasy i przeprawić się promem do Urnes, gdzie znajduje się zabytkowy kościół typu stav. Rezygnujemy jednak i jedziemy dalej. W Kaupanger przychodzi nam czekać na nasz prom wśród zmotoryzowanych turystów. Są i Holendrzy i Anglicy jak i Norwegowie. Sławek wykorzystuje każdą chwilę aby uzdrowić swój rower. Znowu więc narzędzia idą w ruch. Przed odpłynięciem, kupujemy na parkingu bilety od pani kasjerki, których później nikt nie sprawdza. Wsiadamy w końcu na prom. Po zaparkowaniu rowerów kierujemy się od razu na górny pokład. Pogoda psuje się i musimy się cieplej ubrać (podobno wyglądam jak płetwonurek). Trasa promu to najdłuższy, najgłębszy i najpiękniejszy fiord w Europie - Sognefjorden i najwęższy fiord Arlandsfjoreden wraz z "odnogą" - Naerojfjorden. No, i mamy 3 godziny podziwiania norweskiej przyrody. Rejs kończy się w Gaudvangen, gdzie szukamy noclegu. Mamy do wyboru dwa campingi i wybieramy Vang Camping. Na wstępie od miłego Norwega dostajemy prawie nowy kartusz - fajnie, bo musimy właśnie dokupić jeszcze jeden. Korzystając z bieżącej, ciepłej wody w łazience, można w końcu zrobić pranie. Niestety wilgotność powietrza jest tak duża, że nie wiadomo tylko kiedy ciuszki wyschną. Marcin w łazience, właśnie podczas prania, spotyka dwóch Polaków. Studenci ze Zgierza przyjechali z nadzieją znalezienia pracy w Norwegii. Nie mają jednak żadnego planu gdzie szukać jej dokładnie szukać. Marcin pomaga im trochę dając zeskanowane mapy Norwegii oraz mówi im gdzie spotkaliśmy naszego rodaka - stolarza (75 zł/ godz). "Nowi" znajomi pozwalają nam rozwiesić pranie w ich domku campingowym. Znowu pada.....
46 km - dystans dnia + rejs
8 lipca, sobota
Będzie padać czy nie?? Wyruszamy z campingu około 11.00 i ...nie pada. Po przejechaniu 5 km łapie nas deszcz i tak już niestety będzie do końca dnia. Przeczekujemy trochę pod drzewami, jedziemy tunelami, i jakoś się udaje. Od czasu do czasu słońce przedziera się przez chmury, ale tylko na chwilę. Mamy ochotę zjeść dzisiaj na obiad coś innego niż zupka chińska. Zaszaleliśmy! W Voss odwiedzamy pizzerię. Sławek decyduje się na spaghetti a ja z Marcinem na pizzę familijną (160 k). Hmm, chyba trudniej się jedzie ze zbyt pełnym brzuchem niż z pustym. Dzisiaj śpimy na dziko, pierwszy raz bez bliskiego dostępu do wody. Rozbijamy namiot w lesie, na dywanie z mchu. Okolica ładna ale skutecznie uprzykrzają nam życie meszki. Z tego powodu przenosimy się na jakiś czas, w celu wypicia herbaty, na pobliski parking.
63 km - dystans dnia
9 lipca, niedziela
Wstajemy późno, bo o 9.40. Nic jednak dziwnego, że dobrze nam się spało, gdyż pada deszcz. Zwijamy namiot jak popadnie i jedziemy na parking, gdzie znajduje się budynek ze sporym zadaszeniem. Rozwieszamy więc pod nim namiot aby trochę się podsuszył. Jemy śniadanie i czekamy jak deszcz przestanie padać. Ruszamy około południa. Droga jest stroma i kręta. Jest zimno i mokro a my musimy dojechać do Kvanndal aby tam wsiąść na prom do Utne. Płyniemy tylko 15 min. W Utne jemy obiad (chińszczyzna), zwiedzamy kościół i odwiedzamy informację turystyczną. Jedziemy dalej wzdłuż zachodniego wybrzeża fiordu - Sorfjorden w kierunku Oddy. Pogoda dzisiaj dała nam się bardzo we znaki i camping jest wskazany. Niestety przez dłuższy czas nic nie ma na naszej drodze. Na szczęście, przy drodze jest Eikhamrane Camping, gdzie oczywiście zatrzymujemy się. Opanowujemy całą kuchnię - gotujemy, suszymy, ładujemy - full service.
55 km - dystans dnia
10 lipca, poniedziałek
Bez zmian,....pada. Bez zbędnego pośpiechu przygotowujemy się do drogi. Gdy przestaje padać (godz.13.05) opuszczamy camping. Jedziemy do Oddy gdzie możemy poznać typową zabudowę dzielnicy robotniczej. Po drodze z daleka widzimy elektrownię i jej muzeum. Nareszcie wyszło słońce i możemy podsuszyć nasze rzeczy. Bez żadnych skrupułów rozwieszamy wilgotne ciuchy i ręczniki na naszych rowerach, zaparkowanych na skwerku przed Sparem. Trzeba korzystać z każdej chwili promieni słonecznych. Dalej jedziemy przez Roldal, gdzie mieliśmy zobaczyć jeden z najlepiej zachowanych i najsłynniejszych kościołów typu stav w Norwegii. Zamiar nie został jednak zrealizowany. Około 20 zatrzymujemy się na campingu. Oprócz nas i kóz nie ma w zasadzie innych istot żywych na campingu. Jest zimno! Niestety nie ma kuchni, w której można by się ogrzać. Idziemy spać z nadzieją na lepsze jutro, oczywiście odnośnie pogody.
63 km - dystans dnia
11 lipca, wtorek
Miałam nadzieje ze dzisiaj nie będzie już deszczu. Spes mater stultorum - wciąż pada. Namiot suszymy w łazience. Tam też spędzamy przedpołudnie czekając na rozpogodzenie. Wyruszamy, gdy przestaje padać. Po minucie jednak deszcz powraca. Sławek jedzie dalej, ja nie wiem co robić ale decyduję się na jazdę a Marcin chowa się na campingu przed deszczem. Dzisiaj peleton rozerwał nam się. Deszcz utrudnia jazdę pod górę. Na dodatek dzisiaj każdy z nas pokonuje samotnie tunele, co nie jest miłe (przynajmniej dla mnie). Przy drugim tunelu mam dylemat ponieważ znak zakazu jest i przed tunelem i przed drogą objazdową ( na drodze są roboty drogowe). Wybieram jednak objazd omijając tunel. Panowie, jak się później okazało, przejechali przez tunel. Nareszcie spotkaliśmy się i jedziemy już razem. Dzisiaj nasza trasa prowadzi przez największy płaskowyż w Europie - Hardangervidde. Przerwa na jedzenie na parkingu samochodowym. Niestety nie udało nam się daleko odjechać od miejsca odpoczynku. Zbierające się czarne chmury, zmusiły nas do ewakuacyjnego rozstawienia namiotu tuż przy drodze. Sławek jedzie wykąpać się na camping, który po drodze mijaliśmy. Co przyniesie nam kolejny dzień - deszcz?
56 km - dystans dnia
12 lipca, środa
Pobudka o 9.45. Pakowanie w pół godziny i ruszamy na głodniaka. Wiedząc, że podstawowym posiłkiem jest śniadanie i że za daleko nie pojedziemy bez kJ, po 4 km jazdy postanawiamy zjeść. Mam wrażenie, że atmosfera w naszym zespole, tak jak i pogoda, psuje się. Dzisiaj jazda urozmaicona, to znaczy górki i dołki :) Obiad jemy w miejscowości Roldal, która wygląda niczym z filmu "Przystanek Alaska". Niestety zaczyna znowu padać. Kapuśniaczek kap kap a my jedziemy dalej w stronę Rjukan. Robi się już późno i szaro. Zatrzymujemy się jeszcze przy trasie skąd widać elektrownię wodną, w celu zrobienia pamiątkowych zdjęć. W Rjukan znajduje się jedna z pierwszych elektrowni wodnych na świecie i jest to miejsce gdzie rozgrywały się wydarzenie związane z "walką o ciężką wodę". Dzisiaj śpimy na campingu. Należy się nam bo w końcu przejechaliśmy 96 km. Camping jest dosyć ekskluzywny. Ciekawe ile nas wyniesie przyjemność przenocowania na campingu - dzisiaj recepcja już zamknięta.
96,5 km - dystans dnia
13 lipca, czwartek
Musimy zapłacić za nocleg. Niestety nie jest to takie łatwe gdyż recepcja znowu jest zamknięta. Sławek postanawia za wszelką cenę znaleźć osobę, której możemy zapłacić. Po pewnym czasie przychodzi pani, którą tak trudno było zastać w miejscu pracy. Dzisiaj nareszcie pojawiło się słońce. Droga bez większych wzniesień więc bardzo dobrze się jedzie. Na obiad zatrzymujemy się w lesie, przy drodze. Dzisiaj, nietypowo, widać więcej rowerzystów na drodze. Są to głównie typowi kolarze. Tuż przed naszym odjazdem z miejsca postoju mija nas rowerzysta - turysta. Po chwili doganiamy go. Sławek chwile rozmawia z owym rowerzystą. Jest on Norwegiem i jedzie samotnie już od tygodnia w celu przetestowania jakiejś trasy. Norweg jedzie trochę szybciej, więc puszczamy go przodem. Dojeżdżamy do miejscowości Kongsberg. Według przewodnika jest to największa świątynia w Norwegii, gdzie znajdują się dawne kopalnie najczystszego na świecie srebra. Miejscowość jest jednak bardzo uśpiona i raczej nas nie zachwyca. Mamy problem z wyjazdem z miasta w kierunku Drammen. Na rozstaju dróg, spotykamy znowu poznanego dzisiaj rowerzystę. Ma ten sam problem co my. Z pomocą przychodzi a w zasadzie przyjeżdża na rowerze ...Polak (Bartek). Będąc po drugiej stronie ulicy dojrzał nasze sakwy Crosso i pomyślał, że musimy być jego rodakami. Nie pomylił się. Bartek pokierował zdziwionego tą sytuacją Norwega na drogę do Drammen, a nas zabrał nad jezioro, gdzie moglibyśmy rozstawić namiot. Miejsce faktycznie bardzo urokliwe. Wieczór spędziliśmy przy ognisku, wspólnie z Bartkiem i jego dziewczyną Emilią. Rozmawialiśmy o życiu w Norwegii jak i wymienialiśmy nasze doświadczenia z wypraw rowerowych. Ta sympatyczna para mieszka i pracuje od roku w Konsberg ale wcześniej tak jak i my byli zapaleńcami rowerowymi. Czas szybko mija na opowieściach przy piwie, winie i racuchach upieczonych przez Emilę. Niestety pora się rozstać gdyż następnego dnia niektórzy muszą iść rano do pracy.
96 km - dystans dnia
14 lipca, piątek
Wyruszamy około południa w kierunku Drammen. Czuć już wyraźnie powiew większego miasta :) Potwierdzamy powszechną opinię, że Drammen to sypialnia Oslo. Przejeżdżamy więc przez miasto (trochę gubimy się) bez większego zachwytu. Na ulicach widać i słychać wielu obcokrajowców. Prawdopodobnie większość z nich przyjechała w celach zarobkowych a nie turystycznych. Niestety wieczór się zbliża i pojawia się problem z noclegiem. Szukamy miejsca nad fiordem. Rozstawienie namiotu w środku miasta jest nie lada wyczynem. Okazuje się jednak, że jest to możliwe. Na miejsce noclegu wybraliśmy miejski park znajdujący się na wyspie w Sandvik. Aby nie wzbudzać sensacji wśród spacerowiczów (namiot w środku miasta), z rozbiciem namiotu musimy poczekać do zmroku. Miejsce jest już wybrane - krzaki, osty, wysoka trawa. Czekając na zachód słońca każdy wypełnia sobie czas jak może. Sławek znika w celu naprawy roweru w ciszy i spokoju, ja zaczynam być marudna i głodna, Marcin też gdzieś znika. Przychodzi czas na kolacje, więc zjadamy dary od Bartka i Emilii czyli szprotki i tuńczyka. Już prawie ciemno i można rozbić namiot....a nie, jeszcze nie. Sławek zjawił się wyczerpany naprawą i postanawia zjeść kolacje. Wszyscy najedzeni więc można już rozstawić namiot. Podłoże trochę nierówne ale można wytrzymać
74 km - dystans dnia
15 lipca, sobota
Wstajemy w miarę wcześnie z zamiarem szybkiego dotarcia do Oslo. Według mapy, do Oslo jest 15 km ale w rzeczywistości okazuje się więcej. Szlak rowerowy strasznie kręci i droga robi się długa. Dojeżdżamy do Oslo i zaczynamy szukać, wybranego dzień wcześniej na podstawie przewodnika, campingu. Nie znajdujemy go na naszej drodze. Jedziemy więc dalej i w końcu trafiamy do centrum. Sławek pyta się taksówkarzy o camping. Polecony został "Ekeberg Camping" znajdujący się gdzieś za stacją kolejową. Po drodze na camping gubimy się. Właściwie, to Marcin nam się zgubił albo...chciał odpocząć od nas :) i celowo się odłączył. Po odnalezieniu się "zguby", ruszyliśmy we wskazanym kierunku. Po drodze Sławek ucina sobie pogawędkę z dwoma Polakami. Uzyskujemy od nich dodatkową wskazówkę, że camping jest na szczycie pobliskiego wzgórza. Niestety Sławkowi znowu "nawala" rower. Zmuszony jest więc prowadzić go a my jedziemy dalej. Po małych problemach z odnalezieniem celu, w końcu dojeżdżamy na camping. Marcin po zdjęciu swoich sakw wraca aby pomóc Sławkowi. Gdy wszyscy są już na miejscu Sławek dokonuje naszej rejestracji w recepcji - spędzimy tutaj dwie noce. Wieczorem ja i Marcin jedziemy zwiedzić wstępnie centrum miasta. Sławek został gdyż naprawiał rower :) Jest sobota wieczór a ludzi w centrum jak na lekarstwo. Około 22 wracamy na nocleg. Camping jest dość duży ale oczywiście spotykamy Polaków. Znowu dwóch panów- studentów poszukujących pracy.
dystans dnia - 25 km.
16 lipca, niedziela
Zwiedzamy Oslo. Sławek wyruszył na podbój miasta wcześnie rano. Zostawiwszy swojego "rumaka" (rower) w stajni (na campingu) będzie poruszał się per pedes co z pewnością jest wolniejszą formą poruszania się od jazdy na rowerze. My wybraliśmy tą drugą opcję więc wyruszamy w południe. Na samym początku czeka na nas niespodzianka - rozładowanie akumulatorków w aparacie fotograficznym. Doładowanie ich mam miejsce .... w toalecie na dworcu. Zwiedzamy większość atrakcji jakie czekają na turystę w centrum stolicy kraju...Półwysep Bygdoy, ratusz, pałac królewski z ogrodami, parlament.... . Nie zapominamy oczywiście o kupieniu pamiątek Większość z nich nabywamy w centrum informacji turystycznej. Na kolacje/obiad pizza w barze typu fast food. Ostatnie spojrzenie na miasto i powrót na camping.
17 lipca, poniedziałek
Niestety musimy opuścić już camping. Dzisiaj naszym celem jest lotnisko gdyż jutro czeka nas powrót do kraju. Po drodze jedziemy jeszcze zobaczyć park Vigelanda (Sławek był tutaj wczoraj). Wyjechanie z miasta na drogę prowadzącą do lotniska jest strasznie trudne. Naszymi drogowskazami są przede wszystkim rozkłady jazdy na przystankach autobusowych. Droga jest mało ciekawa i męcząca. Lepiej chyba było wsiąść w pociąg, który zawiózł by nas z Oslo na lotnisko. Humory mamy coraz gorsze. Musimy jeszcze znaleźć miejsce na nocleg. Będąc już mało wymagający, rozbijamy namiot w mało atrakcyjnym z pozoru miejscu, około 10 km przed lotniskiem. A atrakcją okazały się dwa łosie, które bacznie nas obserwowały ( i vice versa) z zarośli. To chyba znak, że kiedyś jeszcze wrócimy do Norwegii.
18 lipca, wtorek
Dzień powrotu. Dojeżdżamy do lotniska dużo przed czasem. Daje to nam możliwość zwiedzenia lotniska, spokojnego przygotowania rowerów i innych bagaży do podróży. Zajęcia są w podgrupach takich samych jak podczas zwiedzania Oslo. Spotykamy się i rozmawiamy ze Sławkiem przy nadaniu bagażu i później dopiero na lotnisku w Polsce. Po odprawie włóczę się z Marcinem po sklepach wolnocłowych w celu wydania ostatnich koron. W końcu wsiadamy na pokład samolotu. Widać różnice w traktowaniu podróżnych na lotnisku w Norwegii i w Polsce. W naszym kraju tanie linie lotnicze mają osobny, mały terminal a w Oslo jest jeden duży, wspólny dla wszystkich linii. Poza tym turysta z nietypowym bagażem jak rower nie stanowi dla nich żadnego problemu. Namiastkę Polski mamy już w samolocie gdyż lot znowu uatrakcyjniają polscy robotnicy wracający na urlop do ojczyzny. Lądujemy w Warszawie. Walka o bagaże ale na szczęście skuteczna. Krótkie pożegnanie ze Sławkiem. Wracamy do domu, już niestety samochodem, czyli ...to koniec wyprawy.



Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.