Wędkowanie na wyspie Hitra

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Hitra leży na zachodnim wybrzeżu Norwegii jakieś 600 km na północny-zachód od Oslo i 120 km na zachód od Trondheim. Wędkarsko jest to jedno z najbardziej interesujących miejsc dla "zwykłego" europejczyka. Jeszcze dalej na północ, gdzie jest może jeszcze więcej ryb, jest już po prostu za daleko. Tegoroczna wyprawa była dla mnie jak dotychczas najbardziej udanym wypadem wędkarskim do Norwegii.
Autor relacji:
Artur Rysch

Termin:
29 maja - 8 czerwca 2002

Więcej na:
http://www.rysch.com 

Wyślij komentarz
Napisz do autora tekstu lub redakcji Norwegofila

Pojechaliśmy, już po raz czwarty zresztą, w trójkę: Norbert, Paweł i ja. Zabraliśmy ze sobą całe wyżywienie z domu, co się zresztą okazało mądrą decyzją, ponieważ do najbliższego sklepu spożywczego było 22 km (pomijam fakt, że kupowanie żywności w Norwegii jest jak dotychczas kosztowną zabawą).

Sama podróż trwała ponad 30 godzin: najpierw całą noc jechaliśmy po dach zapakowanym autem 900 km do Hirtshals na północnym cyplu Danii, potem cały dzień promem pasażerskim do Oslo i w końcu kolejną noc 600 km po krętych drogach norweskich do Hestnes na Hitrę. Na miejscu byliśmy o 5 rano, klucz tkwił w drzwiach. Mimo zmęczenia poszliśmy naturalnie zobaczyć nabrzeże i łódkę. Łódka 19 stóp (czyli ponad 6 m), silnik 15 konny, trochę mało, ale trudno.

Hitra: 4 tys. mieszkańców, 5 szkół podstawowych, 1 gimnazjum, 4 lekarzy (gospodyni naszego domku jest jednym z nich), ciekawa historia na temat wikingów... ale... miało być o rybach!

Pierwszy dzień:
płyniemy 40 minut za wyspę Torsoya, przy małej latarni morskiej robimy pierwszy stop. Ze sobą mamy GPS, na którym mamy zakodowane współrzędne wszystkich interesujących górek podwodnych (najciekawsze pozycje dostaliśmy od znajomych wędkarzy już w domu).

Echosonda pokazuje głębokość: 20 metrów. Wiatr spycha nas powolutku w stronę skał: rzucamy więc podwodny spadochron hamujący (niem. nazwa "Treibanker", angielska sea-anchor). Pierwsze rzuty 50-100 gramowymi pilkerami. Jesteśmy kilkanaście metrów od skał, kiedy czuję pierwsze mocne pobicie w ciągu kilku sekund ryba wybiera mi 20-30 metrów plecionki (0,15). Ufff! To ci początek! Na szczęście nastawiłem sobie dobrze hamulec. Po 10 minutach ryba jest pod łódką: czerniak, około jednego metra. Rękami podbieramy rybę do łódki. Ten czarniak pozostanie wprawdzie największą rybą wyprawy, jednak następne dni będą jeszcze ciekawsze. Z prawej strony Norbert z "moją" rybą: 20 minut później łapią zarówno Norbert jak i Paweł jeszcze kilka ładnych czerniaków, plamiaków i dorszy. Po powrocie spędzamy 2 godziny przy obrabianiu naszej zdobyczy.
Większość filetów ląduje w przygotowanej dla nas zamrażarce, część pójdzie później na patelnię.

Dzień drugi:
na wczorajszym miejscu są tylko małe 30-40 cm czerniaki i dorsze. Wieje słaby wiatr, więc płyniemy jakieś 2 km w stronę wyspy Froya. Na pierwszej górce podwodnej echosonda pokazuje 40 metrów. Mocny prąd przypływowy pcha nas dość szybko, jednak da się łowić. Dryfujemy kilkaset metrów łowiąc cały czas na pilkery. Kiedy głębokość wzrasta do 120 metrów płyniemy znowu spowrotem na górkę podwodną. I tak kilkanaście razy. Nie łowimy dzisiaj specjalnie dużych ryb, za to ilościowo jest ich kilkadziesiąt, najczęściej czerniaki, dorsze, plamiaki, pojedyńcze brosmy i malwy. Pod spodem: po powrocie przy stole do filetowania ryb. Norbert i Paweł w czasie filetowania ryb

Dzień trzeci: odpoczynek.
Po południu próbuję bezpośrednio pod kładką pomiędzy zacumowanymi łódkami. Na kawałek rybki łowię 2 dorsze (44 i 42 cm) i plamiaka 45 cm.

Dzień czwarty:
górki podwodne sprzed dwóch dni okazują się o wiele bardziej rybne niż początkowo sądziliśmy. Tym razem zmieniamy jednak taktykę: echosonda pokazuje olbrzymie stada ryb (czerniaki), po złowieniu pierwszych okazów okazuje się, że są to patelniaki 30-40cm. Łowimy więc poniżej stada, bezpośrednio nad dnem. Głębokość: 50-60 metrów. Jako, że mały pilker nie ma żadnych szans dotrzeć na większą głębokość (natychmiast biorą małe czerniaki!), łowimy na tzw. "dorszową bombę", czyli na dole 300-400 gramowy pilker z bardzo dużą kotwiczką a na trokach bocznych 3-5 haków bocznych wielkości 5/0 z dowolnymi sztucznymi przynętami. Całość wpuszcza się pomiędzy małe czerniaki.

Kiedy wszystkie haki zostaną wzięte (czyli 3-5 czerniaków wisi na zestawie), wpuszcza się całość poniżej stada, gdzie czekają spokojnie duże drapieżniki (dorsze, czerniaki, brosmy, halibuty...). Mając szczęście, można w ten sposób złapać rybę życia! My nie łapiemy wprawdzie w ten sposób naszych rekordowych sztuk, jednak pokaźnych egzemplarzy było tyle, że musieliśmy po 3 godzinach przerwać łowienie i popłynąć do domu ze zdobyczą. Pod spodem, od lewej strony: Paweł z plamiakiem, ja z brosmą i Norbert z plamiakami. Ryby brały czasami rzut za rzutem Norbert z lumbem

Dzień piąty:
znowu na dalekich górkach podwodnych (musimy tam płynąć 50-60 minut, gdyż nasza łódka ma tylko silnik 15 konny). Dzisiaj mymy wiatr północno-wschodni i południowo-zachodni prąd morski. Nasz "Treibanker" (spadochron podwodny) ciągnie więc w jednym kierunku, natomiast wiatr w drugim. Stoimi z tego powodu praktycznie nad "hot spot". Echosonda pokazuje olbrzymie stada ryb. Jako, że nasza zamrażarka jest już dość pełna, łowimy na większych głębokościach (100-120 m). Brosmy i malwy, jednak niezbyt duże. Wiatr ustaje powoli i zaczynamy dryfować z prądem przypływowym. Z boku Norbert ze stosunkowo ładnyą brosmą.

Dzień szósty:
odpoczynek. Kurt i Peter-Sep na łowisku Dzień szósty: nasi niemieccy sąsiedzi z Bawarii, Kurt i Peter-Sep nie mają ani echosondy ani GPS, są więc skazani na łowienie w pobliżu fjordu, aby nie nazażać się na niebezpieczeństwa z dala od lądu. Widząc ich troszkę zazdrosne miny w trakcie filetowania, postanawiamy ich zabrać ze sobą na "nasze" górki podwodne. Również oni łowią w tym dniu jak zawodowcy. Z lewej nasi sąsiedzi w bliźniaczej łódce na łowisku.

Dzień siódmy:
płyniemy również dzisiaj z naszymi sąsiadami na dalekie łowiska. Znowu mamy dzień bezwietrzny. Płyniemy więc jeszcze dalej, w stronę otwartego morza. Wybieramy górkę podwodną 80-100 metrów głębokości, schodzącą na 400 metrów. Niestety łowimy tylko małe ryby. Wracamy więc po kilku godzinach na nasze górki podwodne i obławiamy się czerniakami i plamiakami "do syta". Pod spodem zdjęcie echosondy w momencie, kiedy jesteśmy ponad stadem czerniaków. 1/3 ekranu od spodu to grund, pozostałe 2/3 w górę to tysiące ryb! ryby na echolocie Dzień ósmy: czas do domu. O 7:00 odjazd, wieczorem w Oslo, nocnym promem do Hirtshals w Danii i znowu cały dzień autem przez Danię. Wieczorem w domu w Dortmundzie (ja), Castrop Rauxel (Norbert) i Gladbeck (Paweł).

Reasumując:
była to jak dotychczas najciekawsza wyprawa do Norwegii. Może mieliśmy nieco za słaby silnik przy naszej dużej i wygodnej łódce. Jeszcze jedna ciekawostka: nasze żony były w tym samym czasie na Majorce z dziećmi. Normalnie pogoda na Majorce jest "bombowa", jednak tym razem było kilka dni deszczu, temperatura nie przekraczała 25 stopni.
Inaczej było u nas na Hitrze: cały czas upał (do 30 stopni w cieniu), ponoć było to lato 100-lecia w Norwegii.
Pod spodem domek, w którym mieszkaliśmy, z szopką wędkarską, i codzienny zachód słońca. w domku z lewej mieszkaliśmy, ten biały to tylko szopka narzędziowa. Zachód słońca na Hitrze.

{mosimage}
{mosimage}
{mospagebreak title=Wskazówki dla wędkarzy&heading=Wędkowanie na wyspie Hitra}
Norwegia i ryby - wskazówki dla wędkarzy

Drogi wędkarzu!

Poniższe zestawy sprzętowe to tylko moje osobiste i to jak najbardziej subjektywne podejście do tematu "wędkarstwo we fjordach norweskich". Przez ostatnie lata jestem jednak coraz częstszym gościem w morskich wodach norweskich. Poza tym korzystam z głębokiej wiedzy moich przyjaciół wędkarskich, jak i wiedzy wędkarzy niemiecko- i angielskojęzycznych na licznych forach i stronach internetowych.

Te powyższe dywagacje upoważniają mnie do tego, by mieć jakieś, choć jeszcze nie absolutne, zdanie na temat wędkarstwa, dość zresztą skutecznego, we fjordach.

1. Lekkie  wędkowanie wędką spinningową

Wędka - spinningowa 30-60 gram, długości 2-3m
Kołowrotek - o szpuli stałej, 200 m żyłki 0,25-0,30 lub 0,15 plecionki
Przynęta - ciężkie błystki lub lepiej lekkie pilkery 20-60 g
Uwagi - na takim sprzęcie można wyciągnąć również rybę życia!

2. Lekkie  wędkowanie wędką pilkerową

Wędka - spinningowa lub pilkerowa 80-120 gram, długości 2-3m
Kołowrotek - o szpuli stałej, 200-300 m żyłki 0,30-0,40, lepiej jednak 0,20 plecionki
Przynęta - lekkie pilkery 60-100 g, troki boczne na hakach 3/0-6/0 i żyłce 0,60-1,00
Uwagi - jeśli prąd wody jest słaby, wtedy łowimy do głębokości jakieś 40-50 metrów, w przeciwnym wypadku płycej!

3. Pilkowanie normalne

Wędka - pilkerowa 200-600 gram (10-30 lbs), długości 2-3m.
Kołowrotek - o szpuli stałej, 400-500 m plecionki 0,25. Może być również multiplikator.
Przynęta - pilkery 70-300 gram, troki boczne na hakach 7/0-12/0 i żyłce 0,80-1,00
Uwagi - Takie wędkowanie można uprawiać z przyjemnością do głębokości jakieś 100-120 metrów, poniżej to już raczej ciężka praca. Wtedy, szczególnie przy większym prądzie wody, należy wieszać pilkery do 500 a nawet 700 gram. Troki boczne utrudniają już pracę zestawu (można jednak próbować).

4. Ciężkie łowienie na przynęty naturalne przy dnie

Wędka - pilkerowa 600-1000 g (30-50lbs)
Kołowrotek - duży multiplikator (np. Penn GTI 340), 600-800 m plecionki 0,30-0,35
Przynęta - całe makrele lub śledzie na haku 12/0 lub większym i przyponie z żyłki 0,80-1,00, ciężarek 0,5-1,0 kg
Uwagi - ciężka praca, czasami opłaca się jednak. Na głębokości od 100-150 metrów jest to najlepsza metoda na kapitalne okazy. Szczególnie malwy i brosmy lubią takie głębokości

Uwagi do sprzętu:

Pomiędzy tymi propozycjami można sobie jeszcze naturalnie dobrać coś "pomiędzy". Każdy z nas wędkarzy ma jakieś tam swoje pomysły. Oto mój sprzęt i zestawy, których używam:
Mój drobny sprzęt
Trochę moich pilkerów
Zestaw 1 - pilkerowy i węzły wędkarskie
Zestaw 2 - bomba dorszowa
Zestaw 3 - na przynęty naturalne

Co jeszcze potrzebujemy:
Ostry i stabilny nóż do obrabiania ryb. Doskonały np. firmy Mora (szwedzki) w cenie około 16 Euro, można go kupić w sklepach budowlanych na wybrzeżu norweskim. Długość ostrza jakieś 20cm.
Gaf, czyli hak do wyciągania ryb na łódkę. Szkoda byłoby rybę życia pogłaskać po łbie i pozwolić jej po prostu odpłynąć.
Jeśli będziemy łowić z brzegu, wtedy dobrze jest mieć duży podbierak z długą rękojeścią.
Deska (taka do chleba) do krojenia małych ryb na przynętę (śledzia lub makreli, na łódce).
Wąskie bardzo stabilne szczypce (małe kombinierki) do wyciągania haka z paszczy ryby.
Haczyki, kółeczka łącznikowe, agrafki i.t.d. tylko najlepszej jakości i wytrzymałości. Szkoda jechać kilka tysięcy kilometrów, aby zerwać ewentualną rybę życia.
Na przynętę nadają się szczególnie makrele (pachną w wodzie wspaniale), dalej śledzie i na samym końcu inne "nietłuste" ryby. Z brzegu dobre są krewetki, które można kupić mrożone w każdym sklepie spożywczym w Norwegii.
Spławik przelotowy 20-40 gram. Wspaniała metoda z brzegu, na hak nadają się wyżej wymienione przynęty (w mniejszych porcjach naturalnie).

Wskazówki (1):

Łódka. Powinna być możliwie duża, z bezbłędnie pracującym silnikiem. Silnik co najmniej 10 koni, najlepiej 25-50. Przy słabym silniku łowimy jak najbliżej naszej kwatery. Chyba, że mamy bezbłędnie pracującą komórkę i kogoś, kto nas w razie czegoś odholuje (straż przybrzeżna jest cholernie kosztowna!)
Echosonda. Bez echosondy będziemy łowili zdecydowanie mniej.
GPS. Od czasu, kiedy Amerykanie przestali fałszować sygnały satelitarne, precyzja GPSu wynosi kilka do kilkanaście metrów. Precyzja GPSu nie zależy absolutnie od ceny  urządzenia a wyłącznie od jakości sygnału i ilości osiągalnych w danym momencie satelitów. GPS daje możliwość objechania wszystkich ciekawych górek podwodnych. Zakładając, że pozycje tych górek mamy zakodowane (można je kupić przez internet lub po prostu odczytać z mapy głębokościowej).
Kompas. To na wypadek, jeśli nie mamy GPS. W czasie mgły można mianowicie łatwo pomylić kierunki i popłynąć w stronę Spitzbergenu.
Górki podwodne. Wszyskie górki, które na szczycie mają głębokość od 10-70 metrów (w wyjątkowych okazjach 100 metrów) i schodzą dość szybko o 50-100 metrów głębiej, są bardzo interesujące. Łowimy od szczytu górki na stoku "schodzącym", nigdy "pod górkę" - po pierwsze szkoda pilkerów na zaczepach a po drugie ryby zbierają się zwykle na "zawietrznej", gdzie pokarm niesiony prądem morskim sam wpada do paszczy.
Sea-anchor. To nazwa angielska małego spadochronu podwodnego, który spowalnia dryf łódki, pchanej zwykle dość szybko przez wiatr. Sea-anchor nie należy jednak przeceniać, ja łowiłem kilka lat bez niego, zresztą bardzo skutecznie. Czasami dobrze go jednak mieć.

Wskazówki (2):

Piwo na łódce. Jedna lub dwie puszki na łebka jest OK! Nigdy więcej!
Wiadro na łódce. To po to, aby pozbyć się wypitego wyżej piwa. Sikać nie należy nigdy przez relling. Ponoć większość utopionych wędkarzy miała otwarty rosporek.
Na otwarte morze nie wypływać nigdy samemu. A najlepiej płynąć w dwie łódki.
Kapoki bezpieczeństwa zawsze mieć na łódce. Zacznie kołysać nieco mocniej, najlepiej je założyć! Również założyć, jeśli zbliża się policja wodna (wtedy jest jednak najczęściej za późno).
Telefon komórkowy, kompas (lepiej GPS). Aby mieć poczucie bezpieczeństwa.

Wskazówki (3):

Ryby w Norwegii. Niestety mają zbliżone cechy charakteru do ryb na całym świecie i nie zawsze biorą. Nie przejmujemy się tym. Są jeszcze piękne krajobrazy.
Krajobrazy. To na wypadek, kiedy ryby nie mają na nasze pilkery w ogóle ochoty. Patrzymy wtedy na nie zamiast na echosondę, na której często widać tysiące ryb. Krajobrazy są mniej frustrujące. A do tego są one najczęściej w Norwegii fantastyczne.

Ryby złapane. Robimy zawsze filety. Nigdy nie bierzemy ryb z ościami do domu. Dlaczego: po pierwsze ości i krew przy ościach szybko psują mięso nawet głęboko zamrożone. Po drugie filety są bardziej estetyczne. A po trzecie i ostatnie przy precyzyjnym filetowaniu (szybko można się nauczyć, patrz stronę o filetowaniu) nie zmarnotrawimy mięsa.

Ryby złapane raz jeszcze. Jeśli będziemy mieli szczęście i nałowimy olbrzymią ilość ryb, wtedy:
- Po pierwsze nie chwalimy się tym faktem, choć tak bardzo chcielibyśmy. Norwedzy są przeczuleni na wędkarzy odławiających z ich wód "wszystko co pływa". Poza tym norweski parlament już od kilku lat debatuje nad ustawą ograniczającą odłów ryb przez wędkarzy. Wędkarze są niestety w Norwegii konkurencją dla rybaków. A rybacy w przeciwieństwie do wędkarzy żyją z tego co złowią.
- Po drugie nałowienie kilkuset 30-40 cm czerniaków nie przysporzy nam na pewno sławy, a jedynie kilku nudnych godzin przy stole do filetowania. A przyjechaliśmy do Norwegii po "rybę życia". Płotek i leszczy nałowimy w domu.

Czytany 27958 razy
Więcej w tej kategorii: « Rejs do fiordów Norwegii

komentarzy

  • Link do komentarza niedziela, 10 marzec 2013 19:07 napisane przez Mirek Mikityszyn

    Super artykuł. Bardzo przydatne informacje.Wybieramy się z żoną na Hitrę, czy kolega wędkarz poda nazwę swojego maila mam kilka pytań. Pozdrawiam

  • Link do komentarza niedziela, 10 marzec 2013 19:05 napisane przez mirek Mikityszyn

    Super artykuł. Bardzo przydatne informacje.Wybieramy się z żoną na Hitrę, czy kolega wędkarz poda nazwę swojego maila mam kilka pytań. Pozdrawiam

  • Link do komentarza niedziela, 10 marzec 2013 19:03 napisane przez mirek Mikityszyn

    Super artykuł. Bardzo przydatne informacje.Wybieramy się z żoną na Hitrę, czy kolega wędkarz poda nazwę swojego maila mam kilka pytań. Pozdrawiam

  • Link do komentarza sobota, 12 styczeń 2013 23:37 napisane przez Jonasz

    Bardzo fajny i pomocny artykuł. Dobrze i czytelnie napisany. Na pewno skorzystam. Ryba nazywa się czarniak, czerniak to nowotwór. Bez urazy.
    Pozdrawiam

Skomentuj