Samochodem dookoła Bałtyku

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Autor:
Małgorzata Kaptur

Termin:
od 25.VI.2006 do 16.VII.2006

Wyślij komentarz
Napisz do autora tekstu lub redakcji Norwegofila

Wczesnym latem 2006 r. odbyliśmy wspaniałą podróż przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Norwegię, Szwecję, Danię i Niemcy. Jechaliśmy samochodem VW passat w czwórkę: mąż, który od lat marzył o Nordkappie, niestrudzony kierowca, ja – autorka planu trasy i kwatermistrz, syn – 20- letni student prawa, pilot, tłumacz, 13 letnia córka – II pilot.

W ciągu 22 dni podróży przejechaliśmy 8 300 km, i nocowaliśmy w 18 miejscach. Były to wcześniej zarezerwowane drogą elektroniczną domki na kampingach, niektóre warte polecenia. Zanim wyruszyliśmy na trasę przez ponad pół roku gromadziłam informacje czytając relacje z podróży, oglądając setki zdjęć, analizując mapy, przeliczając długość odcinków.
Bardzo wiele zawdzięczam Konradowi „Norwegofilowi”, który cierpliwie udzielał mi praktycznych rad.
W trakcie wyprawy robiłam notatki, by móc opisać nasze wrażenia. Nie sądzę, aby to, co napiszę było szczególnie odkrywcze, ale może komuś na coś się przyda.

1 dzień. Niedziela, 25 czerwca, Poznań-Suwałki - 568 km

Wyruszyliśmy o 8.00. W oczekiwaniu na wspaniałe widoki droga wydała nam się  długa i monotonna, a Suwałki (nie tak dawno miasto wojewódzkie!) ciche, prowincjonalne i bardzo zaniedbane. Spaliśmy w hotelu „Hańcza”, który czasy świetności ma już daleko za sobą. Upał 280C. Wybraliśmy się do Karczmy Polskiej na obiad, by pokrzepić się przed czekającą nas erą konserw i zup w proszku. Miejsce godne polecenia. Stylowo, smacznie i niedrogo. Zjadłam kartacze (cepeliny).

2 dzień. Poniedziałek 26 czerwca, Suwałki - Wilno - 230 km

Granicę przekraczamy bez czekania. Krótko potem skręcamy na Mariampol, zamiast jechać przez Kowno. Błąd! W Mariampolu błądzimy, bo słabo oznakowany, droga kiepska, roboty drogowe. W pewnym momencie asfalt się kończy i kilka kilometrów jedziemy szutrową nawierzchnią. Brniemy dalej, bo za późno na odwrót. Litwa nie zachwyca, jest płasko i biednie. Domy i całe zagrody w złym stanie, sprawiają wrażenie opuszczonych. Sianokosy, wozy drabiniaste zaprzężone w konie. Siermiężnie i trochę smutno. Około 100 km przed Wilnem krajobraz zmienia się, teren staje się pofałdowany, pojawiają się jeziora. Przy drodze połacie kwitnącego granatowo-niebiesko łubinu. Nigdy jeszcze nie widziałam takich ilości tej rośliny. Łubin będzie nam towarzyszył przez całą niemal podróż, będzie za kołem polarnym i na Lofotach. Zniknie dopiero w Danii.

Jedziemy do Trok. Urokliwe miejsce, położone na półwyspie. Wzdłuż głównej ulicy kolorowe drewniane domki Karaimów, pokryte eternitem (na litewskiej prowincji wszystko pokryte jest eternitem!). Parkujemy na podwórzu błękitnego domku. Jego właściciel ma prywatny mini parking i przekonał nas, że u niego bezpieczniej i taniej.
Przechodzimy mostem i słyszymy grany na akordeonie polski hymn, potem polonez Ogińskiego. Rozmawiamy z „grajkiem” (Polak) o życiu na Litwie. Sympatycznie i wzruszająco.
Zamek Witolda ma klimat. Początkowo nie mieliśmy zamiaru zwiedzać go dokładnie, ale zostajemy tam może 2 godziny. W największej komnacie spotyka nas dodatkowa atrakcja – występ chóru z Norwegii. Wspaniała akustyka, piękna muzyka przerywana opowieściami o Norwegii.

Docieramy do Wilna. Na dworcu czeka na nas Zbyszek, właściciel niedużego, ale gustownego apartamentu na starówce ( 60 euro). Odświeżamy się, jemy coś i idziemy na plac ratuszowy. Mijamy  barokowy kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Słyszymy śpiew, znana melodia, wchodzimy – nabożeństwo czerwcowe po polsku. Ludzi sporo, jest paru młodych. Siadamy obok staruszki, która pięknie śpiewa. Kiedy po kilku minutach nabożeństwo się kończy ściskam się  z nią i ściska mnie w gardle. Rozmawiamy chwilę. Potem jeszcze parę podobnych spotkań…

Zwiedzanie utrudnia nam remont kanalizacji na placu ratuszowym. Jest cały w głębokich wykopach. Kościół św. Ducha, katedra, wieża Giedymina, Uniwersytet wileński (niestety jest już za późno, by wejść na dziedziniec lub do kościoła św. Jana), kościół św. Anny, pomnik Mickiewicza. Padamy z nóg, więc zatrzymujemy się w ogródku restauracji z regionalnym jedzeniem „wioskowym” ( polecił nam ją Zbyszek). Odpoczywamy i mobilizujemy się do dalszego zwiedzania. Docieramy do Ostrej Bramy. Widzimy obraz w otwartym oknie, ale wejść już nie możemy, bo właśnie zamykają. Trochę po łebkach zwiedziliśmy to piękne miasto. Przydałby się dobry przewodnik, najlepiej Polak, który tu mieszka, Pascal nie jest w stanie sprostać naszym oczekiwaniom.

3 dzień. Wtorek 27 czerwca, Wilno - Ryga - 363 km

Wyjeżdżamy o 8.00. Kontynuujemy zwiedzanie Wilna. Najpierw wchodzimy do ostrobramskiej kaplicy. Potem cmentarz na Rossie. Znowu wielu miejscowych Polaków. Zaduma nad polskimi niełatwymi losami.
Potem oglądamy perłę wileńskiego baroku – kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu ufundowany przez Paca. Piękna sztukateria. Bogactwo form, ale biały kolor nadaje wnętrzu elegancki wygląd, naprawdę warto zobaczyć. Opuszczamy Wilno i drogą przez Poniewież i Szawle docieramy na Górę Krzyży. Niezwykłe miejsce. Nie żałujemy, że nadłożyliśmy drogi.Łotwa. W krajobrazie nic się nie zmienia, płasko zielono, trochę nudno.
Ryga. Otoczenie naszego hotelu przypomina czasy komunizmu. Starówka ma piękne miejsca, ale brak klimatu.

4 dzień. Środa 28 czerwca, Ryga - Tallin- 321 km

Po wjeździe na Via Baltica jedziemy przez dłuższy czas wzdłuż morza, prześwituje między sosnami. Na drodze roboty drogowe. 16 odcinków z ruchem wahadłowym, zapach asfaltu, upał.
Tallin ładniejszy niż Wilno i Ryga. Nie tylko fantastyczna starówka, ale  od rogatek niezwykle ciekawe budowle, buduje się dużo, z rozmachem i pomysłem. Po zakwaterowaniu w nowoczesnym apartamencie znajdującym się na „europejskiej” wyspie otoczonej biednym blokowiskiem, a także zrujnowanymi drewnianymi domami, jedziemy do portu kupić bilety na prom. Trafiamy do Nordic Jet Line. Są bilety dopiero na 1500 i za 150 euro. Idziemy do Tallink. Kupujemy na 800 za 104 euro. Jesteśmy zadowoleni.    Rozpoczynamy zwiedzanie starego miasta. Rozkoszuję się średniowiecznym klimatem, baszty, wąskie kolorowe uliczki, romantyczne zaułki, dziwny ratusz, piękne detale… Mnóstwo zagranicznych turystów, zwłaszcza Finów. Nie dziwię im się. Mimo upału nie czujemy zmęczenia. Polecam każdemu.

5 dzień. Czwartek  29 czerwca, Tallin- Helsinki – Jaarvenpaa

Rano zachmurzenie. Jesteśmy poddenerwowani. To nasz pierwszy prom. Jest mało pasażerów. Okazuje się, że  trochę kołysze. Panowie biegają po pokładzie. My z córką układamy klocki w pokoju dla maluchów, bez okien. Żołądek uspokaja się. Jesteśmy zaskoczone, kiedy okazuje się, że to już koniec rejsu. Trwał tylko półtorej godziny.
Zabrana z promu mapa Helsinek ułatwia nam pierwsze kroki w Skandynawii. Parkujemy bez problemu i ruszamy w miasto. Tak naprawdę dopiero po wejściu na ląd uświadomiłam sobie, że do zwiedzania Helsinek nie jesteśmy przygotowani. Poszliśmy w stronę białej katedry z zielonymi kopułami, która górowała nad miastem, przytłaczała je wręcz – symbol rosyjskiego panowania nad Finlandią. Przed katedrą gustowny pomnik cara Aleksandra II. Weszliśmy po 45 potężnych schodach. Wewnątrz katedry niewiele do oglądania, jak to w kościołach protestanckich, biała skromna sztukateria, jeden obraz w ołtarzu głównym i posągi reformatorów, wśród nich M. Luter. Ławki przypominały szafki. Miały zamykane drzwiczki.

Z placu ratuszowego trafiliśmy do Informacji Turystycznej. Zaopatrzyliśmy się tam za darmo we wszystko, co było nam potrzebne do zwiedzania Helsinek, a także orientacji w Finlandii.
Obejrzeliśmy ratusz, pałac prezydenta, przeszliśmy przez targ na  nabrzeżu. Nasz wzrok przykuwały piękne, artystycznie ułożone owoce i warzywa. Ich ceny przyprawiały nas, nie przywykłych jeszcze do skandynawskiego poziomu, o palpitację serca. Dziwne było to, że jednostką miary był nie kilogram, tylko litr. Przekupki miały garnuszki litrowe i półlitrowe. Litr truskawek ( pewno ½ kg) kosztował 4 euro! Oglądaliśmy rękodzieło, zwłaszcza czapki, szaliki i swetry.

Potem zwiedziliśmy kościół wykuty w skale i monument Sibeliusa, który znajdował się w parku na obrzeżach którego rosły pokrzywy. To sprawiło, że poczuliśmy się wyzwoleni z kompleksów, że to u nas w Polsce taki nieporządek. Helsinki  można by sobie darować. Nie dziwię się Finom, że masowo jeżdżą do Tallina, bo ładniej i dużo taniej.
Nocowaliśmy na kampingu 35 kilometrów na północ od Helsinek, w Jarvenpaa. Nasz pokój pachniał historią. Mimo, że lubię historię, to wolę inne zapachy. Okazało się, że w tym niebieskim drewnianym budynku na przełomie XIX i XX wieku spotykała się fińska bohema. Dom miał stylową jadalnię z pięknym kaflowym piecem. W Jarvenpaa po raz pierwszy doświadczyliśmy zjawiska białej nocy. Zaskoczyła mnie cisza, jaka panowała na kampingu. Dużo ludzi i niebywały spokój.

6 dzień. Piątek  30 czerwca, Jaarvenpaa – Oulu – 570 km
 
Piękny ciepły słoneczny dzień, dobra droga, soczysta zieleń, ogromne połacie granatowych łubinów przy drodze, wiele jezior, dużo brzozy. Spokojnie, ładnie, ładniej niż myślałam… Odpoczywaliśmy na malowniczym parkingu nad jeziorem.
W Oulu mimo 22o C powietrze rześkie, czuje się nawet chłód. Śpimy w hotelu naprzeciw dworca hotelowego. Budynek drewniany z dużym zegarem. W nocy co godzinę robimy zdjęcia, by utrwalić zjawisko białych nocy.

7 dzień. Sobota  1 lipca Oulu – Inari

Renifer na pasachSpełniło się moje marzenie. Przed naszym samochodem przeszły dwa pierwsze renifery. W naszym samochodzie zapanowało ożywienie i oczekiwanie na następne. Zbliżaliśmy się do Koła Polarnego, kwitły bzy, świeciło słońce, było 25oC, Drzewa powoli malały i stawały się rzadsze, ale na poboczach trawa była bujna, a kwiaty wprawiały w zdumienie. Zajechaliśmy do wioski św. Mikołaja. Kicz. Postanowiliśmy zrobić sobie zdjęcie z Mikołajem. Choć nie wszyscy mieli na to ochotę, stało się to dla każdego miłym przeżyciem. Chwile oczekiwania umilał nam sympatyczny elf zabawiając nas rozmową. Zdjęcie nie było najważniejsze. Św. Mikołaj w stroju letnim witał każdego i rozmawiał chwilę, znał wiele polskich miast. Przypominało to audiencję u ważnej, ale bardzo miłej osoby. Kraina baśni, poczułam się jak dziecko.

Za kręgiem polarnym brzoza karłowacieje, jeziora, torfowiska, bagna, wiele rzek. W końcu docieramy do jeziora Inami. Jest ogromne, takie syberyjskie. Kamienisty  poszarpany brzeg, kryształowej czystości woda, otacza je wysmagana wiatrem, spopielała roślinność. Jest 24oC, ale od wody wieje chłodem. Bez trudu odnajdujemy kamping Uruniemi. Mamy domek z sauną.
Młodzież pływa w lodowatej wodzie. Potem wszyscy korzystamy z sauny i wychodzimy na spacer, spotykamy pięć reniferów, które spacerują szosą.  Pojawiają się pojedyncze komary. Nareszcie nasze potężne zapasy środków przeciw komarom się przydają. Parę symbolicznych psiknięć. Tutaj rady internetowych podróżników się nie sprawdziły, do końca podróży nie było komarów.
Kładziemy się spać. O północy wychodzimy obserwować słońce nad jeziorem. Jest jasno, ale słońce schowało się  za chmurami. Czas dobrej pogody się skończył, choć wtedy jeszcze nie przyszło nam to do głowy.

8 dzień. Niedziela  2 lipca – Inari – Russenes – Nordkapp – Russenes – 523 km

Jedziemy w stronę granicy z Norwegią. Krajobraz  bagienny, droga sfałdowana, spopielałe na wpół uschnięte brzozy. Zatrzymujemy się w Parku Narodowym10 km przed granicą, przechodzimy kładkami około 2 km. Obserwujemy z bliska arktyczną roślinność. W ostatniej fińskiej miejscowości kilka renów, jeden majestatycznie przechodzi ulicę po pasach.
Norwegia. Nareszcie! Zmienia się krajobraz, znikają bagna, pojawiają się góry, potężna rzeka płynąca piaszczystymi zakolami. Wjeżdżamy do Karasjok. Pierwsze zetknięcie z norweskimi cenami. Muzeum Saamów – bilet dla całej rodziny 270 NOK. Idzie młodzież, nie można oszczędzać na edukacji młodego pokolenia ( 160 NOK). My z mężem podziwiamy ziemianki, wigwamy z daleka. Oglądamy budynek parlamentu Saamów i ruszamy na północ.

NordkappZasypiam, a gdy budzę się jesteśmy w Lakselv nad pierwszym fiordem – Porsanger. Z prawej potężne
góry z wodospadem. Inny świat. Zatrzymujemy się na pierwszym widokowym parkingu w Norwegii. Krajobraz robi wrażenie. Jest zimno13oC. I tak już będzie przez 10 dni, ale wtedy jeszcze o tym nie wiemy. Zatrzymujemy się na campingu Russenes nad Olderfiordem. Jest odpływ. Domek jak niemal wszystkie w Norwegii czerwony z białymi obwódkami okien. Jemy obiad, próbujemy zasnąć (niektórym się to udaje). Obserwujemy przypływ. O 19oo jedziemy obserwować zachód, albo raczej jego brak na Nordkapp. Mamy do przejechania125 km w jedną stronę. Jest to piękna droga, jedna ze wspanialszych. Góry zwietrzałe, wyglądające jak ułożone w stosiki deseczki, niezwykłe formy skalne, rumowiska, no i renifery, najpierw   pojedyncze sztuki, potem coraz większe stada. Zbocza pokryte  rdzawo-zielonymi dywanami z mchu. Słońce świeci, góry łagodnieją, już nie ma łupków. Wjeżdżamy w tunel, nasz pierwszy podmorski, płacimy myto po jego przejechaniu ( w drodze powrotnej jeszcze raz – razem ponad 500 NOK). Zatrzymujemy się w najdalej na północ położonym mieście – Honnigsvag.  Tam w Informacji Turystycznej gawędzimy z Polką z Gdańska. Pracuje na Mageroya już piąty rok. Mijamy w centrum stadko renów.

Jedziemy przez pustkowie. Po obydwu stronach szosy jak okiem sięgnąć na łagodnych zboczach pokrytych już tylko mchami i porostami setki reniferów. Czuję się jak mały Książę, gdy ujrzał „sad z tysiącem róż”.
Wjazd na Nordkapp ponad 500 NOK. Nieźle! Wjeżdżamy na ogromny parking zapełniony w 1/3.
Jest bardzo zimno. Zakładamy kurtki czapki, szaliki, rękawiczki. Tak uzbrojeni brniemy w stronę globusa. Mocno się zachmurzyło. Widoki takie sobie. Ludzi nie za wiele. Postanawiamy wrócić na parking i coś zjeść. Gotujemy wodę i robimy ciepły posiłek. Wracamy, schodzimy do kaplicy i Muzeum Tajlandzkiego –wszystko kicz i komercja, robi się tłok, mnóstwo wycieczek, japońskich, niemieckich. Jest 2330 wychodzi na chwilę słońce, robimy zdjęcia i lekko zniesmaczeni opuszczamy to dziwne zgromadzenie. Po wyjściu z budynku widzimy, że parking jest niemal pełen i ciągle podjeżdżają autokary. Jeżeli komuś nie zależy na wysłaniu kartki ze stempelkiem i na kiczowatym zdjęciu z globusem można sobie to miejsce darować, a do obserwowania słońca wybrać inne miejsce, może piękniejsze a na pewno spokojniejsze.

O 2340 przejaśnia się, jedziemy na Kirkeporten. Stadko reniferów przechodzi leniwie obok nas. Widoki piękne, jasno, słońce wysoko. Zasypiam. Kiedy się budzę stoimy, bo przed samochodem przechodzą renifery. Na wyciągnięcie ręki widzę wspaniałe poroża. Ten moment zapamiętam na zawsze, tym bardziej, że jak się okaże później już więcej nie spotkamy się z tymi urokliwymi zwierzętami.
Jest około drugiej, jesteśmy już na kampingu. Idziemy spać, by jutro rano ruszyć dalej.

9 dzień. Poniedziałek 3 lipca – Russenes – Nordksjobotn – 439 km

Kiedy wyjeżdżamy z Russenes jest nadal przypływ. Droga prosta, odcinki bardzo malownicze, około 50 km jedziemy wzdłuż potężnej rzeki, która rzeźbi głęboki kanion, potem rozlewa się szeroko. Krajobraz surowy, zielono-kamienna równina. Niewiele siedzib ludzkich, w oddali bezleśne wzgórza z łatami śniegu, potem góry przychodzą blisko drogi i tak już zostanie. Brzozowe zarośla, w okolicach Alty pojawia się sosna. Cena benzyny w Alcie 12,40 NOK. Zaczyna padać, rezygnujemy ze zwiedzania Muzeum Rytów Skalnych. Zatrzymujemy się, by spałaszować chrupiące bułeczki kupione w Alcie, chyba najsmaczniejsze pieczywo jakie jedliśmy w Norwegii. Cena chleba w Norwegii od 9,80 do 27 NOK. Smak bardzo różny. Od Alty jedziemy nad fiordami. Potężne góry. Zatrzymujemy się na pięknym miejscu nad fiordem. Gotujemy wodę i serwujemy każdemu według zamówienia. (Gotowanie na trasie bardzo nam się sprawdziło. Nie zajeżdżaliśmy na kamping głodni i zmęczeni. Mogliśmy zatrzymywać się po drodze w ciekawych miejscach, bo siły zostały wzmocnione). 2 razy zatrzymujemy się na punktach widokowych, podziwiamy zachmurzoną, deszczową panoramę i Lapończyków z ich wyrobami. Przyjeżdżamy na kamping Bjornebo o 1730. Pada. W nocy też. Brodzimy w kałużach do węzła sanitarnego.

10 dzień. Wtorek 4 lipca – Nordksjobotn – Lyngwaer (Lofoty) – 402 km

LofotyOd rana tylko 10oC, ale wychodzi słońce i widać pięknie fiord, ale to tylko chwila, potem raz tak, raz siak. Po półtorej godziny jazdy leje i temp. spada do 7 o C. Jesteśmy zmartwieni, Lofoty już niedługo, a pogoda pod psem. Dojeżdżamy do Melbu i wjeżdżamy na prom, tak jakby to był most. 159 NOK. Wcześniej zastanawialiśmy się ile czasu przyjdzie nam czekać, a tu paszcza promu otwarta, jakby tylko na nas czekał. Może to dobry znak i zobaczymy jeszcze Lofoty w pełnej krasie?

Póki co pada i widoczność mocno ograniczona. Mimo to na najbliższym punkcie widokowym zatrzymało się wielu turystów. Kiedy chodzimy po Svolvaer przejaśnia się. Znajdujemy Informację Turystyczną. To nasz wypróbowany sposób na nowe miejsce. Znajdujemy wiele, darmowych oczywiście, materiałów. Jest 16, więc już za późno, by zarezerwować bilety na prom do Skutvik na pojutrze. Jedziemy do Lyngwaer. Odnajdujemy Bobilcamping, a w jego sąsiedztwie Lyngwaerstuę – osadę złożoną z trzech domów. Nasz stoi nad brzegiem malowniczej zatoki. Jest stary. Nasze lokum znajduje się w przyziemiu i z zewnątrz nie napawa optymizmem. W środku jest bardzo ciekawie i dość wygodnie. To najtańszy w stosunku do poziomu atrakcyjności „pokój”. Powierzchnia ok. 40 m2, kącik kuchenny, łazienka. Oprócz łóżek wielki stół i zestaw wypoczynkowy dla 5 osób. Grube mury, okna z kratami ( kiedyś tam był sklep monopolowy). Przez te ciekawe okna fantastyczny widok na zatokę, góry, bujną zieleń. Cisza, spokój. Przez 2 dni nie widzimy wokół domu żywej duszy. Wystrój ciekawy - belki, grube liny. Wszystko za 350 NOK. Polecam  gorąco.

Wychodzimy na spacer. Pięknie, trochę dziko, bezpośredni kontakt z naturą. Chodzimy kamienistymi groblami, przyglądam się dziko rosnącym kwiatom, prawie te same co u nas: fiołki, niezapominajki, jaskry, dzwonki, rumianki, margaretki, goździki, mlecze, babki lancetowate – niezwykła bujność zieleni. Zrywam gałązkę jasnofioletowego bzu. Pachnie jak nasz, kwiatki ma takie same, ale liście są inne. Bez w lipcu! Oglądaliśmy go od wielu dni w ogromnych ilościach na całej trasie…

11 dzień. Środa 5 lipca –Lyngwaer  – A - Lyngwaer  227 km

Rezerwujemy telefonicznie bilety na prom. Są tylko na 600. Wyruszamy  945. 10oC.  Pochmurno. Zwiedzamy muzeum wikingów w Berg.  Czuję się tam nieco podobnie jak w Biskupinie. Taka historyczna scenografia, ale pobudza wyobraźnię, więc warto. Wokół zielona górzysta panorama. W południe wychodzi słońce i świeci pięknie przez cały czas, ale mimo to temperatura waha się między 12 a 15oC. Zatrzymujemy się na prawie wszystkich parkingach. Bardzo oryginalnie zaaranżowana przestrzeń na punktach widokowych, a widoki z nich jeszcze piękniejsze. Jest doskonałe światło, robimy mnóstwo zdjęć.  Dużo czasu spędzamy na plaży w Bamberg. Biały piasek, lazur wody, można ulec złudzeniu, że to Karaiby. Wystarczy jednak wychylić nos z samochodu, by  wrócić do rzeczywistości, niezwykłej, niepowtarzalnej. Mąż ulega czarowi Lofotów, rzadko widzę go w takim stanie. Malownicze mosty. Jedziemy w kierunku Å .

Wioska AZachwycamy się Reine. Cały czas  szukam widoków znanych z oglądanych wcześniej w Internecie zdjęć. Są, jeszcze ciekawsze, bo zdjęcia rzadko zatrzymują całe piękno, no chyba, że to zdjęcia Adama Ławnika. Dojeżdżamy do Å i spacerujemy po osadzie. Nie od razu wpadam w zachwyt, trzeba czasu, by dotrzeć tam, gdzie najciekawiej, usiąść, wsłuchać się w płacz mew. Na Vestvagoy wybieramy mało uczęszczaną drogę południowo-wschodnią. Mijamy wielu rowerzystów, spacerujące owce, zanurzamy się dosłownie w kwiecistej łące, obserwujemy jakiegoś nieznanego nam z nazwy ptaka. Jest cudownie fantastyczne kształty gór, dywany kwiatów.
Pogoda do wieczora piękna, tak piękna, że mąż chce o północy jechać obserwować słońce nad oceanem. Względy praktyczne, tzn. pobudka o 430, by zdążyć na prom i 400 km do przejechania następnego dnia, zmuszają nas do rezygnacji z tego pomysłu.

12 dzień. Czwartek 6 lipca - Lyngwǽr- Svolwǽr- Skutvik- Bjerka 401 km

Już o 508 byliśmy w porcie. Całkiem niepotrzebnie. Mogliśmy spać pół godziny dłużej. Prom nazywał się Vǻgan. Był niewielki, pustawy - niewielu pasażerów zerwało się o świcie, tak jak my. Woda spokojna, nie kołysze. Stoimy na pokładzie i patrzymy na oddalające się wyspy piękne jak marzenie. Szkoda, że musimy się spieszyć. Czy tu jeszcze wrócimy? Pewno nie, nigdy nie wracamy.
Prom zatrzymuje się na wyspie Skrova. Pogoda ładna, świeci słońce.
Na lądzie jesteśmy już o 820. Jest 14oC. Jedziemy drogą wykutą w bazaltowych górach (ok. 20 tuneli) położoną wysoko nad poziomem wody. Góry potężne, chłodne i posępne. Pustkowie, mało samochodów. O 11 zjeżdżamy niżej, robi się cieplej. W Fauske 20oC. Od Fauske towarzyszy nam linia kolejowa. Więcej domów. Przed nami w oddali widać szczyty pokryte śniegiem. Jedziemy wzdłuż dużej rzeki. Widać zapakowaną w białą folię trawę, trawy obfitość, ale z powodu częstych opadów chyba nie można jej wysuszyć. Stada krów, owce.
Potem wjeżdżamy w płaskowyż, z bielejącymi śniegiem szczytami w oddali. Szare rumowisko jak okiem sięgnąć, bagienka, jednotorowa kolej, biegnąca raz z lewej, raz z prawej drogi.

O 15.30 przekraczamy krąg polarny i po 6 dniach opuszczamy Arktykę. Robimy zdjęcia pod obeliskiem z różowego marmuru z Fauske. Chodzimy po łagodnych kamienistych pagórkach, dzieci budują piramidki z kamieni. W kopulastym budynku Polarsirkelsenter ogromny sklep z pamiątkami i małe muzeum. Temperatura 27oC. To ciekawe, że na kole polarnym tak w Finlandii, jak i w  Norwegii było tak upalnie.
Mijamy Mo i Rana. O 17 dojeżdżamy na camping Bjerka (domek za 400 NOK - taki sobie - bez wody, naczyń). Na kampingu brzozy, spokojnie, ale ledwie zdążyliśmy zjeść usmażone w kuchni naleśniki z dżemem z borówek na trawniku, zaczęło padać.

13 dzień. Piątek 7 lipca – Bjerka – Trondheim – Melhus - 484 km

W nocy nieźle padało. Na kampingu kałuże. Wyruszamy o 830. Niebo zachmurzone. Krótko za Bjerką tunel 8,6 km. Mgła, pada. Zielono. Krajobraz górski tatrzańskiego typu. 30 km za Mosjoen skręcamy w prawo, by zobaczyć wodospad ze skaczącymi łososiami. O tym, że dotarliśmy na miejsce opisywane w przewodniku Pascala (myślę, że to bardzo kiepski przewodnik) upewniamy się, kiedy widzimy autobusy z niemieckimi turystami. Wodospad niewysoki, ale spada szeroką kaskadą. Kilka wygodnych punktów obserwacyjnych. Nie widać jednak łososi. Kiedy już jesteśmy skłonni sądzić, że to nie sezon, nagle dostrzegamy skaczące rybki. Łososie sprawiają wrażenie juniorów, którzy jeszcze długo będą musieli trenować skoki wzwyż, zanim osiągną sukces. Im dłużej wpatrujemy się w wodospad, tym więcej zauważamy łososi. O 1130 przekraczamy bramę do Nordland. Wjeżdżamy do Trondelag. Przed Stjenkjer zaczynają się rolnicze tereny. Już nie tylko łąki, ale dużo pól uprawnych, zboża, ziemniaki. Wielkie obory, stada krów i charakterystyczny niezwykle intensywny krowi zapach.

Dojeżdżamy do Trondheim. Za wjazd płacimy myto. Nie mamy planu miasta. Jakoś tak przez  przypadek zatrzymujemy się akurat tam, gdzie trzeba. Parę kroków w lewo czerwony zabytkowy most, z którego można podziwiać zabytkowe drewniane domy na palach zbudowane wzdłuż rzeki Nidelvy. Idziemy w stronę katedry Nidaros. Przez gałęzie drzew przebija szary gmach. Wchodzimy bocznymi drzwiami do wnętrza. Mroczne i kolorowe jednocześnie. Niezwykłe. Tajemnicze. Perła architektury, porównywalna z paryską Notre Dame. Nie możemy się nasycić urodą tego miejsca do woli, ponieważ Katedrę właśnie zamykają. Siadamy na ławkach na placu i podziwiamy fasadę. Nasze przewodniki nie zawierają potrzebnych informacji na jej temat. Zaczyna padać ulewny deszcz, więc kończymy krótkie zwiedzanie i pędzimy do samochodu. Jedziemy do Melhus na kamping Oysand. Po raz pierwszy i ostatni w trakcie tej podróży mamy problem ze znalezieniem kampingu. Tracimy  dużo czasu i nerwów. Nie pomaga nam nawet telefon do recepcji. Przy wjeździe na kamping ani na budynku recepcji nie ma nazwy. Do końca nie wiemy czy jesteśmy na miejscu. Okazuje się, że tak. Niestety. Nasz domek  bardzo skromny i ma widok na plac budowy. Tuż obok jest druciana siatka, a za nią mała koparka. Kamping jest nad rzeką i cieszy się wielkim wzięciem Norwegów. Jest 19. Zaczyna się weekend, wszystkie miejsca są zajęte. Wzdłuż brzegu całoroczne przyczepy kampingowe z kwiatami. Nie mogę zrozumieć jak mając tyle cudownych miejsc w Norwegii można rzucić kotwicę w takim miejscu. Na domiar złego pada, pada całą noc.

14 dzień. Sobota 8 lipca – Melhus – Trollstigen -  361 km

W deszczu opuszczamy camp. Oysand. Wygląda na to, że będzie padało cały dzień, oby jeden!
Całkowite zachmurzenie. Widać tylko domy przy drodze. Drugiego planu i tła nie ma. Zmieniamy plany nie pojedziemy drogą „morsko-fiordową” tylko lądową, krótszą. Po godzinie jazdy deszcz staje się drobniejszy, temperatura spada do 11oC, nadal słaba widoczność. Za Oppdal przestaje padać, widoczność poprawia się, mgła unosi się do góry. Jedziemy przez porośnięty mchem w kolorach kremowym i ciemnozielonym płaskowyż Dovrefjell. Rozległy „plamisty” krajobraz. Dojeżdżamy do Dombas. Młodzież robi sobie zdjęcia z ogromnym trollem i zwiedza „Trollpark”. Chodzimy z mężem po centrum handlowym. Oglądam kwiaty. Stokrotka 50 NOK!

Odwiedzam bogato zaopatrzoną w materiały Informację Turystyczną. Znajduję informację o Jorundgard – rekonstrukcji  rodzinnego dworu Krystyny – córki Lavransa, który znajduje się w Sel. Namawiam resztę załogi, by nadłożyć drogi i pojechać 32 km doliną Gudbrandsdalen i odwiedzić Krystynę. Mają pewne opory, ale jadą. Dolina piękna. Skręcamy do Sel. Zatrzymujemy się przy kościele. Stoi przed nim Krystyna. Inaczej ją sobie wyobrażałam, a mimo to wzruszam się do łez. Jedziemy kawałek dalej, by zobaczyć Jorundgard – norweskie Soplicowo. Scenografia do filmu Liv Ullman o Krystynie, robi na mnie i na córce dobre wrażenie. Przypominają  mi się fragmenty powieści. Panowie nie uczestniczą w naszym radosnym bieganiu po tym niby skansenie. Odpoczywają gdzieś w cieniu i demonstrują dystans nie tylko do kobiecej literatury, ale i do kobiecego przeżywania literackiej fikcji. Z żalem żegnam Sel, które nagrodziło nas piękną pogodą.
40 km przed Andalsnes zatrzymujemy się, by podziwiać wodospad Slettafossen. Jedziemy malowniczą doliną Raumy do  Trollvegen. Podziwiamy w słońcu (!) ścianę Trolli. Docieramy na kamping Trollstigen, jest przepiękny. Otaczają go ze wszystkich stron wysokie góry. Na jego terenie  wiele zabawnych drewnianych trolli. Recepcjonista to Polak z Gliwic. Nasz domek pachnie świeżym drewnem, to jego pierwszy sezon. Na dachu bujna zielona trawa. Wieczorem idziemy na spacer w stronę drogi trolli, wzdłuż szosy. Zaczyna kropić. Tradycji staje się zadość.

15 dzień. Niedziela  9 lipca Trollstigen – Geiranger -  97 km

GeirangerKiedy wyruszamy na Trollstigen niebo jest lekko zachmurzone, kropi, ale widoki przepiękne.
Zatrzymujemy się kilka razy po drodze, na dłużej na przełęczy Trollfjell. Idziemy na platformę widokową. Rozmawiamy z Polakami. Jedziemy przez płaskowyż, potem przez „truskawkową” dolinę. Przepływamy promem przez Nordfjord, zbaczamy z drogi. Jedziemy ok. 6 km wąską, od połowy szutrową drogą i docieramy do miejsca, z którego roztacza się przepiękny widok na Nordfjord. Siedzimy na ławce i korzystając z tego, że pogoda się poprawiła  zachwycamy się do woli. Potem jedziemy Drogą Orłów i wreszcie widzimy Geiranger. Podziwiamy go z dwóch punktów widokowych. Kupujemy bilety  na rejs po fiordzie na 1700, bo na wcześniejszy nie było wolnych miejsc. Jedziemy się zakwaterować. Kamping Hole Hytteutleige  jest cudowny. Nasz domek położony jest na trawiastym tarasie. Gdybym nie patrzyła w stronę fiordu i na domek to pomyślałabym, że to nasze polskie góry, łąka, którą pamiętam z dzieciństwa. Na łączce, która należała tylko do nas stały ławki. Były takie jakby zrobił je polski góral. Domek taki jak większość w Norwegii czerwony, łóżka piętrowe, stół, 4 krzesła, lodówka. Na ganku naszego domku ławka i stół z widokiem na Geiranger. Poczułam, że mogłabym zostać tutaj na dłużej. Na ganku był stolik z kuchenką. Można coś ugotować, zjeść nie odrywając wzroku od fiordu.

Rejs MSGeirangerfjord Ledwie znaleźliśmy się na pokładzie MSGeirangerfjord zrobiło się zimno i zaczęło kropić, ale trwaliśmy  na pokładzie, by nie stracić resztki tych wspaniałych widoków, mocno ograniczonych z powodu  deszczu i chmur. Po powrocie do domu przejaśnia się, więc młodzież z ojcem bierze drewniane kije przy recepcji i wyrusza do wodospadu Storseterfossen. Jest godzina 2100. Ja kontempluję widok z tarasu. Niestety wkrótce zaczyna padać i fiord zasnuwają mgły. Włączam grzejnik i czekam na moich turystów. Wracają po dwóch godzinach  przemoczeni, ale szczęśliwi. Rozwieszamy mokrą odzież, gdzie się da. Dobrze, że jest grzejnik. Zasypiamy.

16 dzień. Poniedziałek 10 lipca  Geiranger – Lustrafjord - 238  km

Geiranger - LusterW nocy leje. Nasza łąka jest mokra jak gąbka, a fiord zasłoniły mgły, czy chmury. W każdym razie niezwykły widok z naszego tarasu zniknął. Miny nam zrzedły. Wyruszamy dopiero o 10. Jedziemy na Stryn. Wjeżdżamy coraz wyżej, ale nie odwracamy się za siebie, bo i tak nic nie widać. Mijamy drogę na Dalsnibbę. Nie wjeżdżamy, bo po co? Gdzieniegdzie odsłaniają się fragmenty niezwykłych skał. Ponieważ przy tej pogodzie nie ma sensu wchodzić na lodowiec (myśleliśmy o Briksdalbreen), zawracamy w stronę Grotli. Chcemy skoro nic nie widać wybrać krótszą drogę. Przez przypadek znajdujemy się na Strynfjell. Jedziemy wolno 30/h. Momentami jest taka mgła, że nic nie widać. Zatrzymujemy się często i czekamy, aż wiatr rozwieje mgłę na tyle, by przez dziurkę od klucza zobaczyć cokolwiek. A widoki zapierają dech w piersiach! Jest tylko 9 oC. potężne rumowiska skalne, huk wodospadów. Mijamy górną stację wyciągu krzesełkowego, potem Strynsommerskisenter przy widoczności może 20 m. Na poboczach dużo śniegu zabarwionego na różowo. Z prawej strony jezioro, niezwykle długie, płaskowyż, krajobraz księżycowy. W zagłębieniach małe jeziorka, roślinność uboga.

Mgła unosi się nieco. Co za ulga! Jedziemy dość długu szutrową drogą. Z Grottli pędzimy w dół. Przestaje padać. Wjeżdżamy w dolinę w tatrzańskim stylu, tylko rzeka Otta taka błękitna.
Zatrzymujemy się w Lom, zwiedzamy nasz pierwszy stavkirke. Robimy zakupy. Wychodzi słońce. Jest
17 oC. Widoczność wspaniała. Ach, ta Norwegia. Jaka zmienna!
Domy czarne lub ciemnobrązowe. Elvester – kolumna z historią Norwegii. Jedziemy obok Jotunheimen. Z platformy widokowej obserwujemy wysokie szczyty. Który to Galdhoppigen? Nie mamy pewności, ale czy to takie ważne jak się który nazywać. Najważniejsze, żeby chłonąć  urodę świata.
Koło Krossbu wychodzimy na dłuższy spacer. Przechodzimy przez mostek, idziemy w stronę lodowca, wydaje się tak blisko, ale to złudzenie. Zawracamy, niektórzy próbują drogi na skróty, ale nie widoczne z dala bagienka nie przepuszczają. Wojtek robi Zuzi zdjęcia z owcami. Wjeżdżamy na najwyższą przełęcz Fantastein 1434 m. npm. Jedziemy przez Sognefjellet. Co za widoki. Jesteśmy pod wrażeniem, szczególnie Staszek.

Zjeżdżamy serpentynami w dół w stronę Lustrafjordu. Jest ciepło, świeci słońce. Dojeżdżamy na camping Viki ok. 1800. Nikogo nie ma w recepcji. Na drzwiach wisi kartka. Obejrzyj wolne domki, jeżeli któryś Ci się spodoba wprowadź się. Klucz jest w drzwiach lub pod wycieraczką. Nasz był pod wycieraczką. Domek cudo. Bezpośrednio nad brzegiem fiordu z widokiem na Feigumfossen 218 m. Jest za późno na lodowiec i na wyjazd do Urnes. Zostajemy w domu. Zapraszamy na kawę sasiadów Nowozelandczyków.
Podziwiamy widok z tarasu. W promieniach słońca nad wodospadem widać tęczę. Leżąc w łóżkach zasypiając i budząc się rano widzimy i  słyszymy nasz wodospad.

17 dzień. wtorek 11 lipca  Lustraford – Nigardsbreen- Urnes - 238  km

Wycieczka na lodowiecRano świeci słońce, jednak kiedy wyjeżdżamy ok.  9 niebo jest już zachmurzone. W ostatniej chwili zbieram pranie. Z Gaupne do Nigardsbreen jest 36 km. Po przejechaniu kilku zaczyna kropić i temp. spada do 12 oC. Kiedy dojeżdżamy na miejsce leje. Jesteśmy podłamani. Z lodowca nici! W centrum lodowca dowiadujemy się, że wycieczki po lodowcu się odbędą.  Ja decyduję się zostać w samochodzie i kontemplować lodowiec z bezpiecznej odległości. Reszta ekipy przepływa łodzią przez jezioro i w towarzystwie przewodnika wyrusza na wycieczkę po lodowcu. Niemal caly czas pada, momentami leje. Słucham muzyki, patrzę na błękitnoszary jęzor. Kiedy na chwilę przestaje padać wsiadam do łódki i płynę na drugą stronę. Na środku jeziora zaczyna kropić. Nie wysiadam nawet, wracam do spokojnej przystani, czyli do samochodowego wnętrza i czekam na moich wędrowców. Wracają po 3 godz. przemoczeni, ale bardzo zadowoleni. Jedziemy do domu się przebrać i cos zjeść. Mimo deszczu i dużego zachmurzenia jedziemy do Urnes. To ostatnia szansa, by zobaczyć kościółek. Jedziemy jak szybko się da, ale nie jest to proste, bo droga wąska, przy mijaniu trzeba zwalniać lub nawet się zatrzymywać.

O dziwo! Tuż przed Ornes nagle robi się pogoda. Pędzimy od parkingu ok. 800 m z wywieszonymi językami, bo do zamknięcia zostało 20 minut. Wchodzimy. Udało się! Nie byłam świadoma tego, że obiekt jest w nienajlepszym stanie. Bryła przechylona, w środku belki wspierające konstrukcję, ale i tak robi wrażenie. Zwiedzamy razem z włoską rodziną, którą spotkaliśmy u św. Mikołaja. Czy to nie dziwne?

Zatrzymujemy się na dłużej na terenie cmentarza i podziwiamy kościółek z każdej strony. Wyszło słońce i wygląda wspaniale na tle fiordu. Wracamy podziwiając Lustrafjord i jego odnogę Gaupnefjord. Przejeżdżamy przez 3 ciemne tunele. Zatrzymujemy się koło Feigumfossen (218 m). Koło Skjolden znów pada i tak jest do późnego wieczora. Wielokrotnie obserwujemy podwójną tęczę nad fiordem. Robimy zdjęcia.

18 dzień. Środa  12 lipca  Lustrafjord – Oslo 411 km

Park VigelandaKiedy wyjeżdżamy kropi, ale widoczność niezła. Jesteśmy już przyzwyczajeni. Jak w lustrze odbijają się widoczki. Zatrzymujemy się na pół godziny w Sogndal. Nie robi na nas wrażenia. Przepraw promowa 176 NOK (96 za samochód z kierowcą, dorosły 64, dziecko16 NOK) Zatrzymujemy się w Burgund. Jedziemy górzystą drogą do Oslo. Ciągle piękne widoki, a już nie spodziewałam się więcej atrakcji. 30 km za Burgund  stado kóz zmusza wielu kierowców do zatrzymania się. Pada. Już po raz trzeci mam wrażenie, że zielony krajobraz przypomina tatrzański. Oglądamy kolejny skromny stavkirke w Oye bez wieży, przejeżdżamy przez Wang, skąd pochodzi kościół z Karpacza. Przed szóstą docieramy na kamping Bogstad. Jest ogromny, budynek sanitarny przypomina kołchoz. Brudno. Jesteśmy zdziwieni. To dla nas nowość. Przyzwyczailiśmy się do ciszy i czystości na norweskich kampingach.  Dużo Cyganów i innych ciemnolicych. Robią dużo hałasu. Ciepło, świeci słońce. Wypijamy kawę i pędzimy do centrum. Spacerujemy po Parku Vigelanda. Dzieciaki świetnie się bawią, przybierają pozy wyrzeźbionych postaci. Jest bardzo przyjemnie.

Parkujemy blisko królewskiego pałacu. Następnie idziemy ulicą Johansgate obok Uniwersytetu i Teatru Narodowego do budynku Parlamentu, stamtąd do ratusza, który stoi niemal nad Oslofjordem. Nabrzeże portowe. Jeszcze rzut oka na budynek Fundacji Nagrody Nobla i powrót do domu około 23.
Toaleta wieczorna dostarcza nam wielu emocji. 1 karta magnetyczna dla wszystkich. Ja mam z tym osiągnięciem techniki wielkie problemy. Jestem załamana i rezygnuję z mycia. Dopiero rano udaje mi się skorzystać z prysznica.

19 dzień. Czwartek 13 lipca  Oslo – Ullared  415 km

Jedziemy na półwysep Bygdoy. Wojtek idzie do Muzeum Kon-Tiki, Fram i Muzeum Łodzi Vikingów, pozostali do Vikingów i Volkmuseum. Mamy się spotkać o 1200.
Łodzie wspaniałe. Skansen ma lepsze i gorsze miejsca. Stavkirke z Gol rekompensuje wszystko. Jest piękny, najbardziej podobny do kościółka Vang z Karpacza. Można wszystkiego dotknąć. Poświęcamy każdemu detalami wiele czasu. Na placu przed kościołem przemiłe 2 panie w strojach regionalnych. Młodsza od czasu do czasu śpiewa. Blisko wyjścia ekspozycja poświęcone Saamom, bardzo ciekawe.
Opuszczamy Bygdoy zadowoleni. Zobaczyliśmy więcej niż się spodziewaliśmy.

Opuszczamy Oslo, a nieco później Norwegię, czy na zawsze?
Do Ullared dojeżdżamy zmęczeni około 19. Kamping jest dziwny. Znajduje się obok Domu Towarowego Gekas – jak się okazało największej atrakcji turystycznej Szwecji. Parking na 2 200 samochodów. Ludzie w amoku biegają z ogromnymi zakupami. Takiej gorączki zakupów nie widziałam jeszcze. Wchodzimy do sklepu. Ceny jak na warunki norweskie, czy szwedzkie bardzo niskie, niektóre towary w cenach zbliżonych do polskich. Niczego jednak nie kupujemy, bo też jakość taka sobie.

20 dzień. Piątek 14 lipca  Ullared – Kopenhaga - Billund   415 km

O godz. 1006 wjeżdżamy na most Oresund. Robi wrażenie. Przejeżdżamy Kopenhagę, musimy się cofać. Parkowanie zabiera nam godzinę. Miasto nie wzbudza naszego entuzjazmu. Na placu ratuszowym tłumy, roboty drogowe, nic specjalnego. Tylko Andersen robi mile wrażenie. Chcieliśmy jechać do syrenki rowerami, ale najpierw w ogóle ich nie było widać, potem znaleźliśmy tylko 2. Jedziemy więc autobusem. Syrenka, twierdza – koszary, pałac królowej. Wracamy autobusem i o 14 opuszczamy stolicę Danii. Potem kolejny piękny most z Zelandii na Fonię i jeszcze jeden na Jutlandię. W Billund jesteśmy o 1745.
Domek w lasku sosnowym ładny i wygodny. W sklepie na kampingu kupiłam 6 jajek, 3 małe pomidory (18 koron = 9 zł) mleko, 1l soku jabłkowego. Zapłaciłam 56 koron, tj. około 28 zł. U nas zapłaciłabym za  to samo 10 zł. W Danii jest taniej niż w Norwegii, ale drożej niż Polsce.
Smażę po raz trzeci naleśniki, wypijamy kawę zagryzając orzeszkami pistacjowymi zabranymi z domu. Młodzież biegnie na basen.

21 dzień. Sobota 15 lipca  Billund – Jelling – Velje – Billund

Jemy wystawne śniadanie na tarasie, bo jest nareszcie ciepło. Przed 1000 zawozimy dzieci do Legolandu, a sami jedziemy w „land”. Dojeżdżamy do Jelling – kolebki państwowości duńskiej. 2 kurhany – Gorma Starego i jego żony Tory. Pomiędzy nimi kościół, a przed nim 2 kamienie runiczne Gorma i Haralda Sinozębego. Wchodzimy na Gorma. Jedziemy do Vejle, kupujemy w piekarni chleb, o nazwie Andersen,  potem robimy zakupy w Rema1000. Wracamy na kamping i leniuchujemy. Po raz pierwszy w czasie tych wakacji.
Młodzież wykorzystuje czas na rozrywkę do maksimum. Wracają po 20-tej bardzo zadowoleni.

22 dzień. Niedziela 16 lipca  Billund – Mosina – 875 km

Wyjeżdżamy o 545. jedziemy przez Flensburg, Hamburg, Berlin. O 1230 jesteśmy w Polsce. 690 km w 6 i pół godziny! Ach te niemieckie autostrady… W Torzymiu robimy godzinną przerwę na obiad. Nie ma jak polskie jedzenie!
W domu jesteśmy około 16. I tak się kończy nasza wspaniała wyprawa 2006.

Podsumowanie

Przejechaliśmy 8 300 km. Średnio 377 km dziennie. 8 państw. 6 stolic. Każdy dzień był inny, każdy ciekawy na swój sposób.  Wróciliśmy nafaszerowani pięknymi widokami, wrażeniami, ale mimo wszystko z pewnym niedosytem. Wydaje mi się, że zobaczyliśmy wszystko, a zwłaszcza Norwegię przez dziurkę od klucza. Nie odsłoniła wszystkiego przed nami. Pozostała piękną intrygującą nieznajomą. Czy poznamy ją kiedyś bliżej? Nasza wyprawa miała charakter zwiadu, przeglądu. Każdy z nas chętnie pojechałby do Norwegii jeszcze raz. Ja z córką wybrałabym fiordy, mąż pojechałby jeszcze raz na Nordkapp, syn na Lofoty, ale już nie z nami...

Czytany 19745 razy

Artykuły powiązane

Skomentuj