XVIII Arktyczna Ekspedycja PAN

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Jesteśmy na Morzu Grenlandzkim, co kilka godzin opuszczamy sondy do samego dna, łowimy zooplankton z różnych głębokości , pobieramy próbki wody, konserwujemy wyłowione okazy...

Spitsbergen, Hornsund i najintensywniejszy okres badań w arktycznych fiordach jeszcze przed nami, ale 1/3 wyprawy już minęła, więc postaram się krótko opowiedzieć o tym, co już za nami. Bierzemy udział w XVIII Ekspedycji PAN w rejony Arktyki (AREX 2004), na żaglowym statku badawczym - r/v "Oceania".  
    
BADANIA     

Autor relacji i zdjęć:
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.

Termin:
lato 2004

Więcej na:
http://republika.pl/spitsbergen

Wyślij komentarz
Napisz do autora tekstu lub redakcji Norwegofila.

Celem tej wyprawy jest zbadanie całej masy różnych zjawisk (m.in. prądów morskich, aerozoli, grubości optycznej atmosfery, rozkładu zasolenia, radiacji wychodzącej z morza, koncentracji chlorofilu, matrycy fluorescencji "substancji żółtych", węgla organicznego, fitoplanktonu, zooplanktonu, bentosu, ptaków... i jeszcze wielu innych, fajnych rzeczy:-))  w rejonach  Mórz: Bałtyckiego, Północnego, Norweskiego, Barentsa, Grenlandzkiego, Oceanu Arktycznego i w fiordach Spitsbergenu. 



Kierownikiem naukowym wyprawy jest profesor Jan Piechura, znany na całym świecie oceanograf, a przy tym bardzo konkretny i fajny facet . 
Statek prowadzi kapitan Andrzej Drapella i też się nada :-)))).
Wyprawa jest podzielona na kilka etapów, wg obszarów badawczych i rodzaju badań - i tak na Bałtyku i Morzu Północnym królowali optycy, na Morzach: Norweskim, Barentsa, Grenlandzkim i Oceanie Arktycznym rządzą hydrolodzy do spółki z chemikami i fizykami, a w fiordach będą szaleć biolodzy i ekolodzy.  Ci z meteo :-), część ekologów i biologów - są cały czas. My też.
    
OCEANIA    
    
Płyniemy na "Oceanii". Jest to badawczy statek żaglowy, zbudowany specjalnie dla Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie, wyposażony w nowoczesny sprzęt badawczy (mnóstwo różnorakich sond, wyciągarek, wind pomiarowych, echosond, sonarów itp.), kilka laboratoriów, sieć komputerową, a posiadający przy tym  bardzo przyjemne zaplecze socjalne i , co najważniejsze, świetnego Kucharza :-).  


    
PRZEZ CIEŚNINY, LOFOTY I FIORDY DO TROMSO
    
Podróż rozpoczęliśmy na Bałtyku - tu pogoda była piękna i badania szły sprawnie. Dalej trasa biegła przez Cieśniny Duńskie, więc można było i z prawej i z lewej  co nieco zobaczyć :-), ale prawdziwa "przygoda" rozpoczęła się po wyjściu na Morze Północne. Dmuchnęło sztormem z północnego zachodu - naszym "transatlantykiem" rzucało niemiłosiernie, fale tłukły w burty jak młotem, po kabinach wszystko latało, przechyły dochodziły do 48 stopni, czyli  łatwiej było chodzić po ścianach niż po podłodze, no i to samopoczucie...  Po  kilku dobach bezsennego (bo trzeba czuwać, żeby nie wylecieć z koi na zbity pysk)  sztormowania - schroniliśmy się wśród cudownych :-), przeuroczych:-), najwspanialszych:-)  wysp na świecie - wysp archipelagu Lofotów, skąd  przepięknymi  i  (jakże cenne) o spokojnych wodach fiordami, przepłynęliśmy do Tromso w północnej Norwegii.
Niewielkie, kolorowe  Tromso oferuje wiele: świetne Muzeum Polarne, Instytut Polarny (tzw. POLARIĘ) ze swoją ekspozycją  i fokarium, hutę szkła artystycznego i  miłą, typowo norweską zabudowę. Kiedy wychodziliśmy dalej w morze - rozpoczynał się właśnie słynny Maraton Północy, w którym  startował Grzegorz Kołodko (spotkaliśmy go wcześniej w muzeum). Nie wiemy jak mu poszło, bo musieliśmy płynąć dalej na północ...
 

   
LODY I WIELORYBY   
    
Tego roku lód trzyma mocno, toteż nie musieliśmy długo czekać na wejście w rejon lodów i kry. Jest to zjawisko bardzo malownicze, ale nasz statek nie jest lodołamaczem i takie obszary musi czujnie omijać. Pojawiły się też wieloryby - bliżej statku podpływały te z gatunku popularnie zwanego "minki", a  z daleka obserwowaliśmy imponujące fontanny kaszalotów. Tam, gdzie płyniemy, podobno będzie ich wiele, a póki co, ekolodzy skrzętnie liczą ptaki... 

WYSPA NIEDŹWIEDZIA   
    
W pół drogi od Nordkappu w Norwegii  do Spitsbergenu -  leży Wyspa Niedźwiedzia, co to ją opisali w swej książce pod słusznym tytułem: „Wyspa mgieł i wichrów”  Alina i Czesław Centkiewiczowie. Wysadziliśmy na nią mały desant i przygoda się zrobiła, że hej! W jednej z zatok znaleźliśmy chatkę traperską, przepiękne widoki i fantastyczne formy skalne, a nasi biolodzy dużo różnych szkielecików do rozpoznawania (byli z tego powodu bardzo szczęśliwi - lubię ich, bo cieszą się jak dzieci, jak coś znajdą :-) i jeszcze każą mi tym ich świństwom robić zdjęcia).  
  


Potem popłynęliśmy do "zatoki wielorybników", gdzie ocalała machina do wytapiania wielorybiego tłuszczu, trochę innych, pordzewiałych, wielorybniczych sprzętów no i , oczywiście, wielorybie kości.
Wyspa jest przepiękna (zwłaszcza jej południowy cypel) -  tajemnicza, dzika, bezludna, zachmurzona i zamglona... 

RYBY   
    
Na nawigacyjnej mapie „Oceanii”, obok Wyspy Niedźwiedziej, są zaznaczone tajemnicze punkciki z adnotacją „nie usuwać”. Podpłynęliśmy do jednego z nich i... kapitan zarządził krótkie, wędkarskie zawody. Całe bractwo rzuciło się po wędziska ( my jeszcze w Tromso zaopatrzyliśmy się  w tym celu w tzw. "podrywki") i w 2 godziny nałowiliśmy kucharzowi ponad 150 kg "kłopotów":-),  zdarzały się i "potwory" :-). Filetowanie trwało do wieczora, a uczta do północy.  Ja, łowiąc po raz pierwszy w życiu, wyciągnęłam na moją "podrywkę” w ciągu 40 minut 10 dorszy (zdj. 3), a raz zdarzyło mi się nawet wyciągnąć trzy sztuki za jednym razem! Ha!  
     


PIERWSZY NIEDŹWIEDŹ   
    
Wczoraj (29 czerwca) – zobaczyliśmy niedźwiedzia na krze niedaleko statku. Załoga stała statku, co pływa tutaj co roku, wyzwała nas od fuksiarzy, bo to podobno latem rzadko się zdarza. Zasługa duża w tym lodów, co w tym roku mocno trzymają - bo misie idą za fokami, które podążają za oddalającym się lodem i raczej trudno je tutaj latem spotkać (wybitni pechowcy spotykają bardzo nieliczne na lądzie – ale wtedy bywa cienko – bo są to zazwyczaj sztuki bardzo głodne (foczki odpłynęły :-)), albo chore) . My z zalet lodu na razie skorzystaliśmy, ale inne zdanie mają z pewnością zimownicy naszej Stacji w Hornsundzie, bo ich fiord jest tak skuty lodem, jak od dziesiątków lat podobno nie był i pierwszy raz w historii statek dowożący im zapasy („Horyzont II”) - z silnymi maszynami i klasą lodową, po trzykrotnej próbie sforsowania lodów – zrezygnował.. Tak więc żarcie dostarczą im w następnej podróży za kilka tygodni, a dzielni polarnicy chyba zaczną zbierać grzybki, porosty i polować, jeżeli nie przewidzieli takiej sytuacji. My również mamy w planie wizytę w "polskim domu pod biegunem"  i szereg badań w Hornsundzie, ale dopiero za trzy tygodnie, więc do tego czasu może przyjdzie jakiś wschodni wiatr i uwolni fiord od lodu.
Wracając do Misia - Miś właśnie złowił fokę, wyciągnął ją na krę ( robi to, cherlaczek :-), jedną łapą) i zaczynał ją jeść. Asystowały mu dwie mewy, czekając na okruchy z pańskiego stołu. Podchodziliśmy do niego cichutko, na wygaszonym silniku, samą inercją statku, aby nie zakłócić  uczty. Byłby z nami dłużej, gdyby jeden bałwan z naszej ekipy nie wrzasnął rozradowany:  „Cześć Misiu!”. I film się skończył. Niedźwiadek z uczonym nie nawiązał dialogu, porzucił zdobycz i odpłynął. Znawcy przedmiotu orzekli, że jak się oddalimy – z pewnością po nią wróci.
Oto on i to, co po sobie zostawił:




Część druga relacji

Po miesięcznej podróży dotarliśmy wreszcie do Spitsbergenu.
Zachłyśnięci baśniowymi widokami i niesamowitą atmosferą podziwiamy pierwsze fiordy, lodowce i kończymy serię badań hydrologicznych i chemicznych. Za kilka dni zmieni się ekipa naukowa, przyjadą biolodzy i zaczniemy wyławiać bentos i plankton.
Zeszliśmy na ląd pierwszy raz po kilku tygodniach... 
   
SPITSBERGEN    
    

    
Spitsbergen jest jedną z wysp archipelagu Svalbard, czasami używa się jednak nazwy tej wyspy do określenia całego terytorium, do którego zalicza się również Wyspę Niedźwiedzią.
Jest krainą górzystą, poprzecinaną głębokimi fiordami i pokrytą jęzorami lodowców.
Rozciąga się pomiędzy 76 a 79 stopniem szerokości północnej.
Uprzedzając pytania, odpowiadam:-):
a) nie mieszkają tutaj Eskimosi
b) noc polarna (czyli ciemności przez całą dobę) trwa od października do lutego (obecnie mamy non stop dzień)
c) Spitsbergen, ze względu na wpływ ciepłego golfsztromu ma klimat o wiele łagodniejszy niż inne obszary polarne, latem jest średnio około zera, zimą średnio ok. –20, ale bywa i ponad -40
d) Spitsbergen został odkryty w 1596 przez Willema Barentsa (Duńczyk), ale wcześniej wiedzieli już o nim Wikingowie
e) Spitsbergen jest ziemią niczyją pod administracją Norwegów, osiedlić się tu może każdy, kto chce, ale warunki nie sprzyjają zdrowiu i samopoczuciu człowieka (zimno i 5 miesięcy ciemności).
    
JEST TU PIĘKNIE...    
     

   
LONGYEARBYEN    
    
Longyearbyen jest „stolicą” Svalbardu, leży w jednej z odnóg Isfjordu. Jest małe, można je obejść w godzinę, ale jest tu wszystko, co potrzeba: kilka sklepów, biblioteka, przedszkole, kilka knajpek, basen, kino, uniwersytet, czyste powietrze, dzika przyroda naokoło, renifery i miśki szwendające się po ulicach (absolutny nakaz noszenia przy sobie broni) - taki fajny klimacik.
Spitsbergen , jak już wspomniałam, jest "ziemią niczyją" pod opieką Norwegów, osiedlić się tu może każdy (i chętnych jest coraz więcej, a z każdym rokiem buduje się nowy szereg domków). Mieszkają tu spragnieni  spokoju i pokoju  z całego świata.
Jest mały i miły uniwersytecik. Oferuje kursy z zakresu glacjologii, geofizyki, chemii, biologii, ekologii itp. i ściąga  najlepszych specjalistów od Arktyki z całego świata (zainteresowałam się na wypadek zimowania, o którym Andrzej coraz częściej wspomina – może sobie jeszcze postudiuję ??? :-)). Generalnie tu aż roi się od stacji naukowych i dlatego naukowców, różnej maści, spotyka się mnóstwo. 
    
RENIFERY, LISKI, MASKONURY, MISIE
    
Reniferów jest tu bardzo dużo, łażą wszędzie - jak w „Przystanku Alaska” :-).
Przesympatyczne i bardzo ciekawskie (więc podchodzą blisko) są liski polarne - na zdjęciu jeden malutki, co mieszka z całą swoją rodziną pod jednym z domków w Ny Alesundzie  -  zabawia się na całego patykiem. Tutaj ma letnie ubranko, ale na zimę wszystkie zakładają białe płaszczyki.
Bardzo fajne są maskonury – nurkują po ryby jak wańki wstańki i raz widać nad wodą czerwony dziób - raz czerwone kalosze :-).
Niedźwiedzie też są fajne i też ciekawskie – ale odpowiedź na pytanie, z jakim misiem mamy do czynienia, „czy tylko zaciekawionym, czy głodnym”, znamy tylko w przypadku, gdy miś rzeczywiście był tylko zaciekawiony :-). Niedaleko szukając - bliziutko Longyear stoi krzyż w miejscu, gdzie miś zjadł turystkę, a nakaz noszenia broni nie wynika przecież z kaprysu tutejszych władz. Spotkaliśmy drugiego w tej podróży, na przeciwległym brzegu Longyearbyen - żarł nadpsutą już fokę (na zdjęciu widać ślad po tym, jak wyciągał ją z wody). Gdy byliśmy za blisko – uciekł w góry. Ten, w przeciwieństwie do misia z kry – był strasznie wychudzony...  
     

    
NY ALESUND   
    
Ny Alesund leży w Kongsfjordzie, w północnej części Spitsbergenu. To podobno najbardziej na północ położona osada na świecie, w której przez cały rok żyją ludzie (na zimę zostaje ich około 30 - naukowców i obsługi technicznej). Kilkanaście uroczych domków, placówka norweskiego instytutu polarnego (moi dobroczyńcy internetowi:-)), stacja francuska, niemiecka, koreańska (sic!) i... już :-).  Sklepu ( takiego normalnego, z jedzeniem) - nie ma, bo mieszkańcy jadają w odgórnie prowadzonej stołówce, jest jeden - z pamiątkami dla turystów oraz kilkoma słodyczami i mydłem dla miejscowych. W jednym z domków ktoś 2 razy w tygodniu otwiera ostatnią knajpę przed biegunem:-)– „Mellageret Kafe”.
W Ny Alesundzie stoi do dzisiaj kotwica sterowca „Norge”, którym Amundsen w 1926 roku przeleciał stąd - nad biegunem - do Alaski. Również stąd, rok później wystartował sterowiec „Italia”, który podróż swoją zakończył tragicznie, a Amundsen zginął w wypadku samolotowym w okolicach Wyspy Niedźwiedziej, śpiesząc mu na pomoc. 
     

    
RÓŻNE TAKIE :)    
    
Śmieszny jest na Spitsbergenie sposób „posiadania psa” – mianowicie psów nie trzyma się w domach, tylko w specjalnych zagrodach poza miastem, u opiekunów (bo podobno w nocy hałasują, nie dają spać, a w ogóle to taki jest zwyczaj i już; ja tam słyszałam, że husky – a innych psiaków tutaj nie widziałam - akurat są bardzo cichutkie i nie szczekają, ale nie wnikam). Można przyjść odwiedzić swojego psa, pójść z nim na spacer, nakarmić, ale nie można wziąć go do chałupy.
Karmi się je mięsem foczym, które suszy się na dworze, na stojakach.
Inną sprawą jest zdejmowanie butów – np. w bibliotece, w pracy, nawet w sklepie ( o muzeum już nie wspomnę). W Ny Alesundzie jest jeden sklepik, gdzie wszyscy turyści zdejmują buty i chodzą na bosaka, a miejscowi mają po prostu klapki na zmianę w sieni :-))). Właściwie jest to sympatyczne – tworzy się od razu taka familiarna, swobodna atmosfera. Śmieszne jest wejście do UNIS-u, czyli uniwerku w Longear – cała sień jest wprost zawalona butami, czapkami, rękawiczkami, torbami – leżą tam i czekają na swoją pogodę. W szatniach „ludzi pracy” :-) jest to samo – ma się wrażenie, że mieszkańcy Spitsbergenu mają kilka kompletów obuwia, kurtek i nakryć głowy i trzymają je w różnych miejscach, na wszelki wypadek. Inna rzecz, że to leży sobie spokojnie i nikt tego nie tknie (zamykane szafki są tutaj nieznane). Rowery, skutery, kanistry z paliwem, narty, deski snowbordowe – wszystko to cały rok stoi swobodnie przed domkami i...stoi - u nas nie do pomyślenia...
Aaaaa, zapomniałam wspomnieć, że na całym Spitsbergenie panuje absolutna prohibicja (podobno wiąże się to z zimowymi depresjami, które dopadają niektórych ze względu na ciągłe ciemności, ale głównie chodzi o awantury wszczynane niegdyś przez pijanych górników – bo kiedyś było tu sporo kopalni). Wyjątkiem jest pierwszy dzień światła po kilkumiesięcznej nocy – wtedy Gubernator (Sysselmannen) uchyla zakaz, wszyscy piją, bawią się, kąpią na golasa w fiordach i szaleją do upadłego - jak niegdyś u nas w Kupałową noc. 
    

    
LOSY WYPRAWY WISZĄ NA WŁOSKU!
    
Wszędzie lód! Hornsund wciąż zapchany, a teraz jęzor lodu zablokował również wejście do Isfjordu (Longyearbyen), czyli naszej bazy przeładunkowej. Statki stoją uwięzione w lodach. Co prawda paliwo i wodę możemy wziąć w Ny Alesundzie, ale do Longearbyen przylatuje zmiana ekipy i tam jest cały, potrzebny w następnym etapie, sprzęt badawczy. Już i tak plany badań uległy zmianom, ale teraz to już nawet wymiana ludzi jest niemożliwa. Zobaczymy, co będzie dalej...Dzięki tym lodowym blokadom, byliśmy zmuszeni wyznaczyć zastępcze punkty badawcze i profesor zdecydował się pójść daleko na północ. Dotarliśmy sondując do tegorocznej granicy lodów, czyli 80 stopnia 48 minut szerokości północnej ...Do bieguna rzut beretem :-).
    
W OGRODACH KRÓLOWEJ ŚNIEGU, CZYLI PIERWSZE WYPRAWY POD LODOWCE 
    

    
Wielka cisza i wielki, przejmujący chłód...
Co jakiś czas dzwoniącą w uszach ciszę przerywa trzask, huk i roznosi się echem po całej dolinie – 30 metrowe ściany lodowca odpadają – lodowiec się cieli i powstają małe góry lodowe.
Te góry są bardzo podstępne – mają rozmaite, fantazyjne kształty, są piękne, ale nad linią wody widać tylko 1/7 – 1/10 część bryły. Trzeba być ostrożnym.
Różnorodność lodowych faktur powala na kolana – Królowa Śniegu zatrudnia przecież najlepszych artystów i architektów. Bardzo możliwe, że tam, w lodowej grocie czeka na nas śnieżna Capella Sistina, albo „Biała”:-) Pagoda... 
    
...tak przypomniała mi się w tej zimnej ciszy baśń o małym Kaju, Gerdzie i lodowych pałacach pięknej, ale złej Królowej Śniegu, co chłopca oczarowała. Teraz wiem, że coś w tym jest, że to nie bajka. Wszak wszyscy, którzy tu zawitali, są zaczarowani pięknem tej krainy i mówią, że muszą powrócić...
Czar działa – przenika wraz z chłodem i zostaje na zawsze...


część trzecia relacji

Los nam sprzyja - wschodni wiatr rozrzedził lody na tyle, że kontynuujemy wyprawę według pierwotnego planu. Obecnie prowadzimy badania biologiczno-ekologiczne w spitsbergeńskich fiordach. To jest ostatni, „arktyczny” etap wyprawy, po nim czeka nas długa podróż na południe i ponowne badania na Bałtyku, ale zanim to nastąpi... 
    
SŁÓWKO O FIORDACH I PREKAMBRYJSKICH STEMPLACH
    
Jak już wspomniałam, Spitsbergen jest górzystą krainą, poprzecinaną fiordami. Fiordy te bardzo różnią się od siebie (niektóre są piękne, a inne jeszcze piękniejsze :-)) , ale wszystkie mają wspólną cechę: olbrzymie jęzory lodowców spływające z dolin. Magdalenfjord, Kongsfjord, Hornsund i Liefde Fjords uchodzą za najbardziej malownicze i są najczęściej odwiedzane.  
    

    
Na mnie osobiście największe wrażenie zrobił niewielki Crossfjorden (odnoga Kongsfjordu) z wielkim lodowcem Lilliehookbreen. Liliehook to połączenie 9 lodowych jezorów spływających z blisko siebie położonych dolin, gdy dopłynie się do końca fiordu – zabiera on 340° horyzontu – statek kotwiczy w wielkim, lodowym kręgu...
Spitsbergen jest przez niektórych naukowców nazywany „geologiczną książką obrazkową”. Podobno można tu znaleźć skamieliny ze wszystkich ważnych okresów geologicznych od prekambru do czwartorzędu, a ubóstwo szaty roślinnej ułatwia „badanie i zbieranie” na całym, wolnym od lodowców, obszarze. Nam, przez te łatwo dostępne, geologiczne stempelki i zapalonych geologów z ogniem w oczach i  workami na znaleziska - bardzo przedłużają się wycieczki :-).
    
BIOLODZY I EKOLODZY W AKCJI
    
Na „Oceanię” zawitali biolodzy i ekolodzy, nie bez kozery nazywani przez załogę „sekcją błociarzy” :-). Łowią bentos, czyli to co żyje na dnie i plankton – czyli to, co się unosi w wodzie (plankton dzieli się na fitoplankton (zielone) i zooplankton (zwierzaki)). Plankton z różnych głębokości wyciąga się takimi specjalnymi, lejkowatymi siatkami; do wyciągania bentosu służy przeważnie draga, czyli metalowy, prostokątny stelaż, w którym jest siatka z materiału (zdj. 1), a oprócz tego różne łopatki i specjalne maszyny do wyciągania profili dennych. Wyciągają tym wszystkim na pokład zwały błota i potem godzinami je płuczą...  
     

    
Płuczą, płuczą, płuczą – i wypłukują jakieś wieloszczety, mięczaki i skorupiaki, a Ci od planktonu wyławiają „przecudowne” bruzdnice, złotowiciowce, okrzemki i (kukuryku!) widłonogi (calanus i pseudocalanus)! Jak dla mnie: wszystko to paskudne robale i koniec :-))). 
    
PIRAMIDEN   
    
Jest taka książka, jeśli dobrze pamiętam – „Wielkie solo Antona L.” – czy jakoś tak – o człowieku, który budzi się pewnego ranka w wyludnionym mieście. Na początku jest ciekawie – wszędzie wchodzi, wszystko ogląda, podkrada z cukierni swoje ulubione czekoladki :-), cieszy się wolnością i bezkarnością – ale później...
Takie jest Piramiden. Osada opuszczona nagle i przed chwilą.
Jest to nieprawdopodobne wprost curiosum - ambicjonalny wybryk komunistycznego systemu.
W Billefjordzie , naprzeciw lodowca Nordenskiold, wśród wysokich gór, wybudowano niewielką osadę górniczą. Osada musiała przewyższać we wszystkim osadę norweską w Longyear i pokazać, kto może rządzić tym światem. Była, oczywiście, naj... (m.in. najbardziej na pn wysuniętą osadą ludzką).
Dla tych górników z rodzinami wybudowano bardzo ładnie zaplanowane pod względem urbanistycznym osiedle mieszkalne (Longyear jest pod tym względem „bezkoncepcyjne” – rozbudowuje się bezładnie) z wspaniałym zapleczem socjalnym.
W wielkim gmachu wieńczącym osadę znaleźliśmy piękną salę koncertową!, halę sportową!, bibliotekę! (ostatnią przed biegunem :-) – na oko z 5 - 6 tys. tomów, salę prób zespołu muzycznego!, szatnię drużyny hokejowej (a jakże!), a nawet baletową salę prób z poręczami i lustrami! W oddzielnych budynkach – piękny basen i kinoteatr! 
    

    
Coś nieprawdopodobnego i nierealnego w tej spitsbergeńskiej rzeczywistości. To wspaniałe zaplecze i kilkadziesiąt prostych, rosyjskich rodzin górniczych – musiało stanowić bardzo ciekawe laboratorium socjologiczne. Ze zdjęć w kronikach porozrzucanych tu i ówdzie wynika, że prawdopodobnie wydelegowano tu wraz z górnikami wielu „instruktorów k-o” i wszystkie te dobra były sensownie wykorzystywane. Niestety, nie trwało to długo. Zaledwie po kilku latach eksploatacji kopalnię zamknięto (nigdy zresztą nie była dochodowa, bo nie o to tutaj chodziło). Infrastruktura została.
Dzisiaj jest tu wszystko, oprócz ludzi - ewakuowano ich nagle.
W bibliotece stoją książki, w sali prób leżą instrumenty, na scenie fortepian, na łóżkach powleczona pościel, porozrzucane zdjęcia, płyty...
Bardzo ”duszoszcipatielnoje” miejsce... aż ciarki chodzą po plecach.
 
    
"TRAPERSKIE" :) WYCIECZKI   
    
Życie wyprawy toczyło się spokojnie i dość monotonnie, dopóki na pokład nie wtarabanił się, razem z całym swoim sprzętem, niejaki „Traper”, czyli kierownik naukowy etapu fiordowego.
Traper (czyli Marek Z.) jest postacią malowniczą, zimował kiedyś na stacji w Hornsundzie, zna tu każdy fiord i każdą chatkę, lubi badać - ale jeszcze bardziej lubi zwiedzać :-), buduje sobie domek w Longyearbyen „na emeryturę”, ma niespożyte zasoby energii i swój ukochany ponton, którym zabiera dziewczyny na fajne wycieczki. Też się załapałam :-))).
Traper po badaniach myje się z błota i wrzeszczy: „Dziewczyny, zakładajcie HH (takie ciepłe, wypornościowe kombinezony), lecimy połazić po krach”, albo: „Ładujcie się na ponton, płyniemy do Groty Jęczących Trolli”, albo: „Zakładać nieprzemakalne, brać strzelbę – idziemy pod wodospad w Ensfiordzie”, albo: „Czapki na głowy i płyniemy pod lodowiec (coś tam o tych lodowcach pisałam w poprzednim odcinku dramatu :-)), albo: „Zimno, to może rozpalimy sobie ognisko?”. Traper z ekipą je właśnie rozdmuchują i wyglądają jak, nie przymierzając, trzy wiedźmy z „Makbeta” :-))...
I czy można się dziwić, że cała gwardia Trapera (4 dziewuchy + ja „na doczepkę” :-)) patrzy w niego jak w Słońce :-))) ??? Nie , nie można - i nawet gdyby nie wyglądał jak Bohun – to nie miałoby to dla nas naprawdę żadnego znaczenia :-)))!!!.
(Czy ustalono już jakiś znaczek na „przymrużone oko” :-)???) 
    
FOKI, RYBITWY I HODOWLA DOMOWA :-)
    
Zdjęcie tego uroczego, foczego malucha pochodzi z wystawy z badań w Ny Alesundzie. Teraz na focze przedszkole jest już za późno (działa w marcu i kwietniu :-)), ale spotkaliśmy kilka dorosłych fok, m.in. na krze w Isfjordzie tę oto fokę brodatą.
Muszę wtrącić słówko o rybitwach - rybitwy to strasznie wredne typy - dlatego też nie mają zdjęcia -(podziobały mnie, skubane :-)). Dopiero po fakcie dowiedziałam się, że należy nosić ze sobą kij i wsadzić go do plecaka tak, żeby wystawał nad głową – wtedy dają spokój. Wiem już, w związku z tym, skąd się wzięło takie powiedzenie „bez kija nie podchodź” – od spacerów w towarzystwie, takich właśnie, „miłych ptaszków”... :-)
Jeśli chodzi o hodowlę własną – od miesiąca podróżujemy z „ogórkiem”, wyłowionym jeszcze przy Wyspie Niedźwiedziej oraz krabem i kilkoma widłonogami. Bardzo miłe i spokojne towarzystwo - często chodzimy je „macać” na górę, do laboratorium :-))). 
    

    
POLSKA STACJA POLARNA W HORNSUNDZIE
    
Lody nas wpuściły i dotarliśmy do słynnego „Polskiego Domu pod biegunem”, czyli Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie.
Stacja została założona w 1957 roku przez członków wyprawy PAN, działającej w ramach Międzynarodowego Roku Geofizycznego pod kierunkiem prof. Stanisława Siedleckiego. Później różnie układały się jej losy, ale od 1978 działa i prowadzi badania nieprzerwanie.
Leży na północnym brzegu Hornsundu, w niewielkiej zatoce, zwanej Isbjornhamna (czyli Zatoką Białego Niedźwiedzia) – nomen omen tuż przed naszym przybyciem jeden miś przez trzy dni leżał nieopodal i chorował, bo dzień wcześniej zżarł dzielnym, polskim polarnikom plastikową beczkę :-). 
    

    
Przyjęli nas bardzo serdecznie, gościnnie i pozwolili zajrzeć do każdego kąta. W niewielkim budynku mieści się kilka 1-osobowych pokojów mieszkalnych dla zimowników, wieloosobowa sala dla letników (latem siedzi tutaj sporo osób), duża kuchnia, salon z jadalnią, magazyny i laboratoria.
Jest tu jak w domu – przytulnie i ciepło. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, wypiliśmy herbatkę, zjedliśmy ciasto, zostawiliśmy trochę sprzętu badawczego, który dla nich wieźliśmy – i w drogę. Zdjęcia 4 i 7 przedstawia autentyczną, niedawną wizytę misia w stacji - w pokoju radiowym, o której nam opowiedzieli. Jest podobno taki chiński zwyczaj, że gościowi ofiarowuje się to, co mu się w naszym domu bardzo spodobało. Misiowi wpadła w oko słuchawka – ale nie czekał na miły gest - sam zabrał i poszedł, a chłopcy nie oponowali :-))). Po tym incydencie poprzylepiali sobie na drzwiach takie znaczki :-) – zobaczymy, czy następnym razem chociaż trochę misia zmitygują :-))). 
    

    
To jest ostatnia relacja z naszej wyprawy. Jutro wykonamy jeszcze kilka badań w Hornsundzie i ruszamy na południe, do Kopenhagi, a stamtąd, po wymianie ekipy badawczej, na kilkudniowe badania Głębi Arkońskiej na Bałtyku... czyli... za miesiąc będziemy w domu !

Czytany 4302 razy
Skomentuj